Monday, October 29, 2007

Poddajmy tę kwestię pod referendum, także w Polsce.


Bez referendum ani rusz
Nasz Dziennik, 2007-10-29
Międzynarodowa konferencja w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu: Przyjęcie traktatu reformującego UE to powstanie superpaństwa i utrata suwerenności przez jej członków

Manipulując europejską opinią publiczną, projektodawcy nowego dokumentu nazywają go traktatem reformującym. Jednak podczas unijnych debat nie starają się nawet ukryć, że ten obszerny tekst, którego zapewne nikt w całości nie przeczyta, jest zakamuflowaną konstytucją. O zagrożeniach wynikających z traktatu reformującego Unię Europejską dyskutowali prelegenci podczas konferencji zorganizowanej w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Zamysłem Komisji Europejskiej jest doprowadzenie do powstania superpaństwa z jednym niezależnym od krajów członkowskich ośrodkiem decyzyjnym. Stanie się tak, jeśli wszystkie państwa, w tym Polska, przyjmą traktat - wynika z debaty. Dlatego głos narodów nie może zostać pominięty.

Sympozjum odbyło się przy udziale frakcji Niepodległość i Demokracja Parlamentu Europejskiego. Spotkanie otworzył o. dr Krzysztof Bieliński CSsR, rektor WSKSiM.
Jak zauważyła poseł Urszula Krupa, "na naszych oczach buduje się superpaństwo oraz elity, które chcą tym superpaństwem rządzić".
- Prace nad traktatem reformującym są zwykłą manipulacją, czego nawet nie ukrywają unijni przywódcy. Ta kosmetyczna zmiana ma na celu wyeliminowanie referendum w sprawie ratyfikacji traktatu reformującego - dodała eurodeputowana frakcji Niepodległość i Demokracja i na potwierdzenie swych słów odtworzyła wypowiedź Margot Wallstrom, komisarza ds. stosunków z instytucjami i komunikacji. - To polityka. Dla takiego państwa jak Wielka Brytania użycie słowa "konstytucja" będzie tak drażliwe, że może doprowadzić do debaty w całej Europie - mówiła komisarz w czasie konferencji międzyrządowej w Lizbonie.
Jakby w odpowiedzi na to stwierdzenie zebrani w Toruniu usłyszeli Dereka Rolanda Clarka, eurodeputowanego z Wielkiej Brytanii, który stwierdził: "Konstytucja zniszczy Wielką Brytanię. Jeśli zrujnuje Wielką Brytanię, zniszczy ważną część tego, co nazywamy Europą".
Komisja Europejska, zaniepokojona negatywnym wynikiem referendum w sprawie konstytucji europejskiej przeprowadzonego we Francji oraz Holandii, zmieniła jedynie kolejność zapisów i nowy dokument nazwała traktatem. Teraz parlamenty i rządy krajów członkowskich nie muszą kierować zapytania do obywateli, czy chcą go przyjąć. Mogą to uczynić same.
Na pytanie, jak postąpi Polska za rządów nowej władzy, zdaje się odpowiadać jeden z europosłów Platformy Obywatelskiej Jacek Saryusz-Wolski, który kilka dni temu wyraził nadzieję, że Polska jako pierwszy kraj ratyfikuje traktat. A zatem można się domyślać, że głos Narodu zostanie pominięty.
Eurodeputowany Witold Tomczak z frakcji Niepodległość i Demokracja w czasie swojego wystąpienia zwrócił uwagę na niektóre zapisy traktatu reformującego. - Jeden z artykułów stwierdza, że "unia ma osobowość prawną", co czyni z niej superpaństwo. Inny artykuł traktatu mówi, że "prawo europejskie jest nadrzędne w stosunku do prawa państwa członkowskiego" - przestrzegał poseł Tomczak. - Przerażająca jest naiwność, że obce mocarstwa czy organizacje międzynarodowe są w stanie zapewnić nam respektowanie praw człowieka, prawa do pracy. To jest wbrew rozsądkowi, a nawet naszemu honorowi - dodał poseł. Jak zauważył inny prelegent, dr Waldemar Gontarski, dyrektor Centrum Ekspertyz Prawnych Zrzeszenia Prawników Polskich i redaktor naczelny "Gazety Sądowej", ta nadrzędność już jest w dużej mierze widoczna, czego przykładem może być sprawa Alicji Tysiąc.
Doktor Gontarski zwrócił także uwagę, że decyzja o utracie przez Polskę suwerenności zapadła dużo wcześniej, bo 1 maja 2004 roku. - Przez te lata ponad 80 proc. polskiej gospodarki przeszło pod unijną jurysdykcję. Po 13 grudnia 2007 r. ten procent się jeszcze powiększy - dodał prelegent. Tymczasem, jak zauważył, "w UE panuje zasada 'gospodarka niemiecka ponad wszystko'".
Podobne zdanie wyraził dr Mieczysław Ryba, który wygłosił referat na temat "Cele strategiczne UE w kontekście polityki niemieckiej". Zaznaczył, że zawsze trzeba starać się odpowiedzieć na pytanie, komu zachodzące zmiany się opłacają. W UE najwięcej korzystają największe i najsilniejsze kraje, takie jak Niemcy. - Gdy przyjrzymy się celom politycznym niemieckim, to zasadniczo są one niezmienne od XIX wieku - mówił. Jak dodał, "najważniejszym zadaniem jest dla nas poznać mechanizmy działające w UE, gdyż są one niezmienne, zaś nawet czytając zawiłe traktaty zawierające po kilka tysięcy stron, nie wychwycimy sedna sprawy, nie znając tych mechanizmów".
Mówcy zwracali też szczególną uwagę, jak niebezpieczna dla życia i rodziny jest Karta Praw Podstawowych. Unijne superpaństwo porównywali do państwa sowieckiego. - Nie ma ono nic wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi - podkreślali referenci. - Niestety, doświadczyliście tego w Polsce w przeszłości, było to bolesne doświadczenie dla wschodniej Europy i bądźcie świadomi, co to jest. Poddajcie tę kwestię w referendum. Pozwólcie ludziom zdecydować - apelował Godfrey Bloom, europoseł z Wielkiej Brytanii.

Katarzyna Cegielska, Toruń



System państwa sowieckiego
Godfrey Bloom, europoseł z Wielkiej Brytanii:
Przedstawię Państwu traktat europejski z perspektywy Anglika. Traktat jest tożsamy z odrzuconą konstytucją europejską. Tworzy on europejskie superpaństwo. Nie jest ono oparte na systemie amerykańskim, ale na starym systemie państwa sowieckiego. Oznacza to jeden rząd, jednego prezydenta, jedną politykę, jednego ministra spraw zagranicznych. Wszystkie krajowe instytucje rządowe zostaną odsunięte na boczny tor. Oznacza to, że demokratyczny etos, który mamy tak głęboko zakorzeniony w Wielkiej Brytanii przez tysiąclecia, został zepchnięty do podziemi. Myślę, że powinniśmy zapytać, czy tego chcą obywatele. Pytanie, czy nie powinni oni wypowiedzieć się w referendum. Moim zdaniem tak. Pozwólmy ludziom zadecydować. Poddajmy tę kwestię pod referendum, także w Polsce.

Deptanie demokracji
Patrick Louis, europoseł z Francji:
Z ustaleń traktatu będzie zadowolony ktoś, kto opowiada się za tym, aby UE stała się superpaństwem z własnym prezydentem, a państwa narodowe zostały przekształcone w superregiony. Jeśli ktoś popiera Europę Narodów z narodem jako suwerenem i niezależnym szefem państwa, nie będzie zadowolony z tego, co zatwierdzono w Lizbonie. Ja jako Francuz jestem absolutnie niezadowolony. 56 proc. Francuzów powiedziało "nie" konstytucji europejskiej w referendum. Teraz został nam przedstawiony w 90 proc. ten sam tekst, tyle że określa się go mianem traktatu. Wmawia się nam, że powinniśmy go przyjąć. My mówimy "nie", bo mamy wrażenie, że jest to deptanie demokracji, czego we Francji nie możemy zaakceptować. Traktat pozwala instytucjom Unii na zwiększenie ich kompetencji i wpływów, przez co rola państw narodowych jest uszczuplona. To jest przerażające. Bardzo nad tym ubolewam, ponieważ uważam, że siła Europy leży w różnorodności krajów i kultur.

Zwycięstwo paneuropejskiego nacjonalizmu
Vladimir Zelezny, europoseł z Czech:
Traktat reformujący to nasza porażka, klęska tych wszystkich, którzy mieli nadzieję, że po fiasku konstytucji we Francji i w Holandii reforma UE podąży w bardziej demokratycznym kierunku. Ale tak się nie stało. Znów leży przed nami ta sama konstytucja, w której jest 105 nowych kompetencji dla Unii, wyeliminowanych zostało 68 możliwości użycia prawa weta i zastąpiono je głosowaniami większościowymi. Przedstawiono nam dokładnie ten sam tekst, który został wniesiony pod obrady z niewielkimi zmianami, a powiedziano nam: "To nie jest ten sam tekst i nie wymaga referendum, bo nie jest to przecież konstytucja". Ale to jest konstytucja. My, którzy żyliśmy w totalitaryzmie bloku komunistycznego, zauważymy wiele. Przyzwyczailiśmy się do arogancji i nadużywania władzy. Ci ludzie nie mówią prawdy, ale wyczuwamy, że skrycie mówią nam: "Tak naprawdę jest to konstytucja, ale nie chcemy, abyście wy o niej decydowali, bo całkowicie zdajemy sobie sprawę z tego, że byście jej nie przyjęli". Jest to niezwykle ciężka porażka albo, innymi słowy, zwycięstwo nowego paneuropejskiego nacjonalizmu, który nie ma żadnych historycznych korzeni, żadnych fundamentów, żadnego duchowego zaplecza. Jest to tylko nacjonalizm długich korytarzy Komisji Europejskiej. Od nas wszystkich zależy, czy pozwolimy odnieść tym nacjonalistom ostateczne zwycięstwo. To my - europejskie narody - powinniśmy mieć ostatnie słowo, ponieważ to my jesteśmy suwerenami i mamy prawo decydowania o sobie.

not. CK

Monday, October 22, 2007

Dutch heroin smugglers arrested in Poland

Dutch heroin smugglers arrested in Poland
Monday 08 October 2007
Two Dutchmen were arrested on the Polish-Ukrainian border at the weekend for smuggling 60 kilos of pure heroin in a hidden compartment in their car, reports ANP news service.
According to customs officials the heroin has a street value of €3m and probably originated from Afghanistan. If convicted of drug smuggling, the two men face a 15 year prison sentence.

Thursday, October 11, 2007

Poland up in arms about proposed Russian food inspections




Created: Thursday, October 11. 2007

The Polish Foreign Ministry has protested at new moves from Moscow which threaten more Polish exports of food products.

“This is blackmail, to which we cannot concede”, says Poland’s foreign minister Anna Fotyga on the announcement of further controls in Polish food processing facilities by Russia.

However, if |Poland withholds permission, more export bans to Russia may follow.

Moscow sent a letter to the Polish Ministry of Agriculture earlier this week, in which it announced that it wants to control facilities not yet under the Russian embargo. Anna Fotyga deems it outrageous.

“The rules of the game were laid down when the case of the Russian embargo on Polish food products was overtaken by the European Commission. Russia knows it all too well. Introducing an embargo and controls intended as blackmail are a breach of these international arrangements”, claims Fotyga.

The problem is, however, that Brussels gave Russia a go-ahead with the controls. “I am under the impression, that there must have been some miscommunication between the European Commission and Russian services”, said minister Fotyga, referring to the awkward situation.

Russia has banned meat products from being imported from Poland since late 2005.

Tuesday, October 9, 2007

Russia: France's Sarkozy Takes Critical Stand On First Trip To Moscow


Russia: France's Sarkozy Takes Critical Stand On First Trip To Moscow
By Jeffrey Donovan

Nicolas Sarkozy has been clear that France's relations with Russia are on a different footing (file photo)
(AFP)
October 8, 2007 (RFE/RL) -- If diplomacy is an art of nuance and of understatement, French President Nicolas Sarkozy at times has taken license to break the rules -- particularly when talking about Russia.


Far from offering the warm embrace shown Moscow by his predecessor, Jacques Chirac, the 52-year-old Sarkozy has been nothing short of blunt in expressing his views on Russia -- whether its foreign, energy, or security policies.

Nor has the new French leader minced his words on Vladimir Putin, whom Sarkozy, during his election campaign last spring, said was "covered in blood" due to his war policies in Chechnya.

Regardless of whether Putin recalls that provocative comment when he welcomes Sarkozy to the Kremlin for a two-day visit starting on October 9, there's little doubt the Russian leader has noted the new tone in Paris since Sarkozy moved into the Palace d'Elysee on May 16.

"France speaks openly about things that it doesn't like about recent developments in Russia," says Jacques Rupnik, a French political scientist. "President Sarkozy even used the word, there's a certain 'brutalization' of Russian politics. Well, this is not exactly [the] diplomatic language we were used to. So, yes, that is a change, there is a greater sensitivity to the problems of internal democratic developments in Russia."

Embracing Eastern Europe

For an idea of where Paris now stands vis-a-vis Russia, consider how Sarkozy spent the run-up to his official visit to Moscow.

After visiting Hungary, his father's native land, in September, Sarkozy traveled to Bulgaria on October 4. Standing before reporters in Sofia, Sarkozy, in a comment perhaps never before made by a French president, announced that he is "half-Eastern European."

To many in the region, it was a clear statement of solidarity with the former "captive peoples" of the ex-Soviet bloc. But Sarkozy then accused Russia of "complicating" the world's problems in a thinly veiled reference to Moscow's stance on Kosovo.

The next day, on October 5, Sarkozy welcomed to Paris pro-Western Ukrainian President Viktor Yushchenko, whose tussles with Russia have become in a way emblematic of the struggle of ex-Soviet republics to emerge from Moscow's shadow.

Perhaps to drive home the point before meeting Putin, Sarkozy is today in talks with the leaders of new EU members Poland and the Czech Republic, two former Soviet satellites well-known for their deep-seated suspicions of Moscow.

Andre Glucksmann, a French philosopher and commentator, says that from the start of his election campaign Sarkozy made it clear he would seek to put freedom and human rights at the center of his foreign policy.

"The difference with Chirac, the previous president, is that Sarkozy prefers the new members of the European Union to Putin" Glucksmann says. "And of course you know that Chirac was a very good friend of Putin, whom he awarded with the highest award of the republic [the Legion of Honor award] about [two weeks] before the assassination of Anna Politkovskaya."

Sending A Clear Message To Moscow

Sarkozy's separate talks in Paris today with Poland's Lech Kaczynski and Czech Prime Minister Mirek Topolanek also send a message to Moscow.

Both countries are in the process of negotiating the hosting of elements of a U.S. missile-defense shield that Putin vehemently opposes and calls part of a NATO design to encircle Russia.

French officials have said the talks were not scheduled deliberately ahead of Sarkozy's Moscow trip. But according to French media reports, Kaczynski will be pushing for French support for the missile base, as well as backing for Georgian membership in NATO, into whose military structure Sarkozy also hopes to return France.

Topolanek is expected to discuss European policies with Sarkozy, as both countries are set to drive upcoming EU policy. In July, Paris assumes the six-month rotating EU Presidency, with Prague taking over in January 2009.

Under Chirac, France had been cool to both the U.S. missile-defense plan and NATO offering Tbilisi a Membership Action Plan, a first step toward joining the trans-Atlantic military alliance.

On Georgia, Glucksmann believes Sarkozy has already made clear his change of heart. "Sarkozy has hosted [Georgian President Mikheil] Saakashvili, while the previous president, Chirac, always refused to," he says.

During talks in Moscow last month, French Foreign Minister Bernard Kouchner reportedly did not discuss either missile defense or Georgia's NATO plans. Some observers suggested that meant Paris has higher priorities with Moscow -- such as Iran, energy, and Kosovo, which France wants to see achieve independence.

Of course, French diplomats say the country's deepening relations with Eastern Europe have nothing to do with policy toward Russia. And it remains unclear whether France will accept any of the requests from Poland or the Czech Republic.

But Sarkozy's weeklong embrace of Eastern Europe and consistent criticism of Russia do suggest he's unlikely to swap principles for Russian support on any single issue -- even after the gates of the Kremlin welcome him on October 9.

(Andre Glucksmann and Jacques Rupnik spoke with RFE/RL on the sidelines of the annual Forum 2000 conference in Prague, which brings together politicians, businesspeople, and academics to discuss themes of social concern. This year, the theme is "Freedom and Responsibility.")

Monday, October 8, 2007

W Lizbonie może nie dojść do zatwierdzenia traktatu reformującego UE


Czy wybory opóźnią traktat?
Nasz Dziennik, 2007-10-08
W Lizbonie może nie dojść do zatwierdzenia traktatu reformującego UE

Portugalia rozważa możliwość przesunięcia o miesiąc decyzji w sprawie traktatu reformującego UE ze względu na wybory w Polsce. Może się okazać, że po wyborach nowy rząd dokona zmian w grupie negocjującej warunki tego dokumentu. Czy skutkiem tego będzie odstąpienie od bronionych obecnie postulatów, w tym wpisania mechanizmu z Joaniny do tekstu traktatu? Ugrupowanie Lewica i Demokraci odżegnuje się zarówno od polskiego warunku dotyczącego Joaniny, jak i Karty Praw Podstawowych, której obecny rząd nie chce przyjąć ze względu na zbyt dużą ingerencję w polskie prawo dotyczące moralności.

Problematyce traktatu miałoby być poświęcone nadzwyczajne spotkanie w drugiej połowie listopada - dowiedziała się redakcja "Welt am Sonntag". Niemiecki tygodnik informuje, że dopiero wtedy, a nie podczas szczytu w Lizbonie 18 i 19 października, szefowie państw i rządów 27 krajów Wspólnoty przyjmą ostatecznie dokument. Przyczyną przesunięcia na listopad miałyby być wybory parlamentarne w Polsce, a być może także w Wielkiej Brytanii. Jednak od soboty wiadomo, że przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii, wbrew oczekiwaniom, się nie odbędą. Pozostaje zatem jedynie kwestia wyborów w Polsce i tego, kto je wygra. Jeżeli bowiem do władzy dojdzie opozycja, może ona, chociaż nie musi, dokonać pewnych korekt w dotychczasowych postulatach w postaci np. wpisania mechanizmu z Joaniny do deklaracji zamiast do tekstu traktatu.
Jeszcze większe znaczenie może mieć kwestia przyjęcia przez Polskę kontrowersyjnej ze względów moralnych Karty Praw Podstawowych, na co ostatnio nalegał brytyjski liberalny eurodeputowany Andrew Duff, jeden z trzech przedstawicieli Parlamentu Europejskiego na negocjującą ostateczny kształt traktatu Konferencję Międzynarodową. Wydaje się, że to właśnie nadzieja na zmianę kursu polskiej polityki zagranicznej stanowi motor pomysłu przesunięcia podjęcia ostatecznych decyzji na listopad, nie zaś "presja kampanii wyborczej", jak sugeruje niemiecki tygodnik.
Poseł PiS Paweł Zalewski uważa, że nie ma powodu do niepokoju. - Jakiś czas temu wśród pewnych polityków zachodnich była dyskusja, czy termin tuż przed wyborami z punktu widzenia efektów szczytu jest korzystny. Z tego, co wiem, żadne poważne sugestie, żadne pytania nie przekroczyły jednak progu rozważań - poinformował Zalewski w rozmowie z "Naszym Dziennikiem". - To oznacza, że szczyt się odbędzie w terminie, przy czym żadnego zagrożenia w moim przekonaniu nie ma - konkludował. Poseł Zalewski wyraził przy tym przekonanie, że wybory w Polsce w żaden sposób nie wpłyną na stanowisko polskich przedstawicieli w Lizbonie. - Jest to stanowisko niekoniunkturalne, niezwiązane z samym procesem wyborczym, tylko z reprezentacją dobrze rozumianej racji stanu, natomiast przesunięcie tego szczytu na inny termin mogłoby doprowadzić do zinterpretowania tego w Polsce, że jest to związane z wyborami w naszym kraju i wtedy cała sprawa stałaby się polityczna - stwierdził Paweł Zalewski. - Tego typu pytania nie przekroczyły jednak progu rozważań - zaznaczył.
- Mam nadzieję, że wszystkie ostateczne decyzje zapadną we wcześniej uzgodnionym terminie i uda się zawrzeć porozumienie na szczycie w Lizbonie - oświadczył w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" rzecznik prasowy MSZ Robert Szaniawski. Nawet gdyby jednak doszło do przesunięcia wspomnianego terminu, zdaniem Szaniawskiego nie powinno to rodzić żadnych obaw. - Pewne priorytety, które zadecydują na wiele lat o sytuacji i pozycji Polski w Europie, powinny być sprawą wspólną wszystkich rządów i mam nadzieję, że wyznaczony kurs nie ulegnie zmianie, nawet gdyby rzeczywiście doszło do zmian personalnych w składzie polskiej delegacji - stwierdził.
Pytanie tylko, czy zdanie to podzieli znana z proniemieckiej postawy opozycja, jeżeli uda jej się wygrać najbliższe wybory?
Wielką niewiadomą pozostaje również to, czy ostateczna wersja traktatu reformującego zostanie przetłumaczona na język polski przed jego podpisaniem. Z informacji udzielonych "Naszemu Dziennikowi" przez wiceministra spraw zagranicznych Pawła Kowala wynika, że tłumaczenie to ukaże się na stronach internetowych MSZ już w tym tygodniu, jednak rzecznik resortu nie był w stanie tego potwierdzić.

Anna Wiejak

Friday, October 5, 2007

Czy Niemcy i Francja będą motorem tworzenia wspólnej europejskiej dyplomacji?


Przymiarki do unijnego MSZ?
Nasz Dziennik, 2007-10-05
Czy Niemcy i Francja będą motorem tworzenia wspólnej europejskiej dyplomacji?

Wspólne francusko-niemieckie konsulaty i ambasady niedługo rozpoczną działalność. Niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie ukrywa, że są to działania zamierzone na powołanie w przyszłości europejskiej dyplomacji. Eksperci już dziś przestrzegają: jeśli niemiecko-francuskie jednoczenie placówek dyplomatycznych okaże się stałym trendem, może to stanowić niebezpieczny precedens i preludium do unifikacji dyplomacji państw Unii.

Paryż i Berlin nie od wczoraj zacieśniają współpracę na różnych obszarach, także w dyplomacji. Jak poinformowano nas w niemieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, powołanie wraz z Francją kilku wspólnych ambasad i kilku konsulatów to pilotażowy program większego projektu związanego z polepszaniem współpracy europejskich placówek dyplomatycznych, szczególnie w mniejszych państwach. - W przyszłości na bazie europejskiej współpracy być może powstaną wspólne europejskie przedstawicielstwa dyplomatyczne - zauważa w rozmowie z nami Christian Klein, odpowiedzialny w biurze prasowym niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych za kwestie europejskie.
- Jeżeli kiedyś dojdzie do powstania wspólnego unijnego MSZ, a mamy nadzieję, że tak się stanie po podpisaniu nowego traktatu europejskiego przez wszystkich członków, to będziemy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, jak Unia Europejska ma zamiar reprezentować się za granicą - dodał Klein.
- W odniesieniu do kwestii wspólnych przedstawicielstw dyplomatycznych można powiedzieć, że praktyka ta jest stosowana w dyplomacji. Natomiast pełna integracja jest niespotykana i nieprawdopodobna. Rezygnacja z własnych struktur dyplomatycznych byłaby równoznaczna z zrzeczeniem się ważnego atrybutu suwerenności - wskazuje dr Leszek Bosek, prawnik. Także zdaniem mecenasa Stefana Hambury, przymiarki do stworzenia dyplomacji europejskiej są dużym nieporozumieniem. - Nie ma żadnych racji do powoływania wspólnej dyplomacji europejskiej, wystarczy współpraca w tej dziedzinie poszczególnych państw - powiedział nam berliński adwokat. - Francja i Niemcy zawsze zapowiadały, że będą tworzyć ścisłe jądro Unii Europejskiej. Powoływanie wspólnych ambasad może stanowić tworzenie pewnego precedensu. Zaczyna się to niewinnie, ale może oznaczać, że powstaje Europa dwóch prędkości - uważa dr Waldemar Gontarski, dyrektor Centrum Ekspertyz Prawnych Zrzeszenia Prawników Polskich.
Projekt nowego unijnego traktatu przewiduje powołanie nie ministra spraw zagranicznych UE, jak zakładała konstytucja dla Europy, lecz przedstawiciela Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Zdaniem wielu, zmiana dotyczy tylko nazewnictwa.
- Stały trend tworzenia wspólnych ambasad przez Niemcy i Francję byłby sprzeczny i z literą, i z duchem traktatów konstytuujących Unię Europejską, gdyż może przeszkadzać integracji europejskiej to, jeżeli dwa państwa "odjeżdżają" świadomie, zostawiając w tyle inne. Pozostałe państwa mogą wówczas zaskarżyć to do Trybunału w Luksemburgu i uważam, że strona polska powinna się pod tym kątem temu przyjrzeć - ocenia dr Gontarski. Także według dr. Boska, fakt potencjalnej pełnej integracji dyplomacji Francji i Niemiec byłby niepokojący i należałoby dokładanie śledzić ten proces.
Wprawki do kreowania wspólnej unijnej polityki zagranicznej są czynione na różnych polach.
Pięćdziesięciu polityków, menedżerów, naukowców i dziennikarzy stworzyło nowy instytut naukowy, którego zadaniem będzie wspieranie europejskich wartości i europejskich interesów na arenie międzynarodowej. Do współzałożycieli instytutu należą między innymi: Joschka Fischer (były szef niemieckiej dyplomacji, członek partii Zielonych), Martti Ahtisaari (fiński polityk socjaldemokratyczny) czy Bronisław Geremek. Nowy instytut będzie posiadał swoje biura w Berlinie, Londynie, Paryżu, Madrycie i Sofii.

Waldemar Maszewski, Hamburg
Anna Wiejak

Wednesday, October 3, 2007

A hypocritical EU seeks to impose its values on the rest of the world


A hypocritical EU seeks to impose its values on the rest of the world, says daniel hannan

Poland is taking over from Britain as the least-liked nation in Brussels. This time, the conservative Kaczynski government - President Lech (right) and Prime Minister Jaroslaw - is in trouble for blocking a "European Day against the Death Penalty", arguing that such a day should be a general celebration of life, and should cover the rights of the unborn.

Good for the Poles! I'm not a supporter of capital punishment, but what the hell does it have to do with Brussels? The EU was meant to focus on cross-border issues; but it is hard to see how even the most tendentious Eurocrat can argue that domestic penal codes are an area of international interest.

Nor does it stop at Europe. Under the new Charter of Fundamental Rights, member states are forbidden to extradite suspects to jurisdictions where they might face the death penalty, including the US. Remember this the



The Kaczynski government is in trouble for blocking a ‘European Day against the Death Penalty’
next time someone tries to tell you that the Charter doesn't impose obligations on the member nations, and concerns itself solely with the actions of EU institutions.

Euro-enthusiasts are unthinkingly displaying the cultural imperialism they decry in others. Most of those demanding a global ban on executions are the same people who raged at America for seeking to "impose its values" on Iraq.

By the same token, the EU tends to make its development aid conditional on recipient states respecting the reproductive rights of women. Nicaragua, for example, was recently threatened with being cut off when it toughened its abortion law. Yet when the US channels aid to organisations that favour sexual abstinence, it is condemned as colonialist.

You can't have it both ways, my Europhile friends. Either it's right for rich countries to hector and bully poor ones into mimicking their values, or it's not. It can't be right when Brussels does it, but wrong when Washington does

Friday, September 21, 2007

Unia chce wyciąć z Bałtyku polską flotę


Unia chce wyciąć z Bałtyku polską flotę
Nasz Dziennik, 2007-09-21
W Departamencie Rybołówstwa w Brukseli kontrolą wykorzystania kwot w Komisji Europejskiej zajmują się Szwed i Niemiec. W ich interesie jest więc pokazać, że to nasza flota łowi za dużo



Z ministrem gospodarki morskiej Markiem Gróbarczykiem rozmawia Paweł Tunia

Unijny komisarz ds. rybołówstwa Joe Borg nadal nie zamierza znieść zakazu połowu dorsza przez naszych rybaków. Zakaz ma obowiązywać do końca roku. Czy to oznacza, że sprawa jest już przegrana, czy też można podjąć jeszcze jakieś kroki, aby zmienić tę sytuację?
- Od początku zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że zniesienie zakazu połowu dorsza nie jest sprawą prostą. Dlatego przygotowując się do poniedziałkowej wizyty, przyjęliśmy inny plan działania. Walczyliśmy o to, aby podważyć dane, na podstawie których wyliczane są kwoty połowowe przyznawane państwom UE, oraz całą sprawozdawczość unijną związaną z raportowaniem ilości odłowionych dorszy.
Udało nam się uzyskać zapewnienie komisarza Borga o nieblokowaniu nam działania w celu powołania niezależnej komisji przy Radzie UE, która zbada zasoby dorszy na Bałtyku. Według nas, informacje, na których bazuje Komisja Europejska, nie są prawdziwe. Druga kwestia to uzyskanie zapewnienia komisarza Borga, że zorganizuje spotkanie wszystkich ministrów krajów bałtyckich, w czasie którego chcemy przedstawić nasze argumenty. Wiemy, że UE jest uwikłana w wielką aferę związaną z błędnym raportowaniem ilości złowionych dorszy. Te kwoty, które są przyznane, to fikcja! Żaden kuter nie utrzyma się z takiej kwoty, dlatego raporty są zaniżane.

Jak to wygląda w praktyce?
- W raportach przesyłanych do Komisji Europejskiej każdy kraj informuje, że złowił tyle ryb, ile wynosiła kwota - aby nie dostać zakazu. W rzeczywistości jest to bzdura! Te komisje, sprawozdania, oceny to wytwory biurokracji! Zaprezentowano nam wyniki sprawozdania z kontroli w Szwecji, które pokazują 4-procentowe przekroczenie kwoty połowowej. Na przykładzie pierwszego z brzegu kutra szwedzkiego GG 44, który miał wyładunki w polskich portach, stwierdziliśmy, że w ciągu pół roku wyłowił 178 ton dorszy. Przez rok wyłowi 356 ton, podczas gdy jego roczna teoretyczna kwota połowowa powinna wynosić 40 ton. A więc przekroczy ją prawie dziewięć razy! Takich łodzi w Szwecji jest oficjalnie 319 sztuk, a nieoficjalnie mówi się o 2000 sztuk. Przekazaliśmy komisarzowi Joemu Borgowi materiały także o tym kutrze, ale i wiele innych dokumentów i opinii, które podważają cały system raportowania i przyznawania kwot połowowych. Jeśli Komisja zamiecie to pod dywan, to będzie to znak, że nieuczciwy lobbing wygrał sprawę.

Wspomniał Pan o komisji, która ma zbadać rzeczywiste zasoby dorszy w Bałtyku. Ale jak sam komisarz Borg odnosi się do problemu polskich rybaków, którym jego decyzja bardzo szkodzi?
- Pokładamy w nim wielkie nadzieje. Prosiłem komisarza, aby pomógł w sprawie polskiej, bo tylko on może to zrobić. Komisarz potwierdził, że w listopadzie odwiedzi Polskę, jednak jest to dla nas zbyt odległy termin. Ale trzeba wiedzieć, że osobami, które zajmują się w Departamencie Rybołówstwa w Brukseli kontrolą wykorzystania kwot w KE, są Szwed i Niemiec. W ich interesie jest więc pokazać, że to nasza flota łowi za dużo i przekracza kwoty. Problemem jest też to, że niestety, ale nasza flota po negocjacjach prowadzonych przez SLD jest najmniejszą na Bałtyku, mniejszą nawet od flot Litwy i Estonii, a teraz UE chce ją całkowicie zlikwidować. Podczas spotkania z Komisją Europejską zakomunikowano nam, że nie będzie żadnych problemów z dotacjami unijnymi na dalszą redukcję floty. Ja to rozumiem jednoznacznie: UE chce wyciąć z Bałtyku polską flotę rybacką. Dopóki rząd Jarosława Kaczyńskiego sprawuje władzę, nie dopuści do realizacji takiego scenariusza.

Dziękuję za rozmowę.

Thursday, September 20, 2007

Musimy sami zadbać o siebie o zdywersyfikowanie źródeł dostaw


Musimy sami zadbać o siebie o zdywersyfikowanie źródeł dostaw
Perspektywa konieczności zapłacenia za tranzyt oraz działki, przez które biegłby rurociąg, tłumaczy też, dlaczego wciąż stoi w miejscu dokończenie budowy II nitki gazociągu Jamał - Europa. Podczas budowy I nitki wyszło na jaw wiele skandalicznych wręcz spraw, jak np. wadliwe skonstruowanie umowy, co powoduje, że Polska w praktyce dopłacała do tego projektu, zamiast na nim zarabiać. W dodatku to właśnie ta inwestycja jest przykładem realizacji przez Rosjan biznesu w Europie kosztem interesów Polski, co odbywało się jednak często niestety z przyzwoleniem niedawnych włodarzy naszego kraju. Sprawa ta ujawniła zadziwiającą do niedawna niedbałość centralnych urzędów o polską rację stanu.
Obecna ekipa rządząca wykazuje determinację w sprzeciwie wobec projektu Nord Stream. Widać też starania o zdywersyfikowanie źródeł dostaw. To pierwszy krok do zapewnienia nam bezpieczeństwa energetycznego. Kolejny to - w obliczu rosyjsko-niemieckiej "dwururki" (gazociąg ma mieć docelowo dwie nitki, a według niektórych równolegle może być również ułożony rurociąg naftowy) - monitorowanie jej, aby po raz kolejny w historii nie była wymierzona w Polskę, nawet jeśli nie wypali...

Warto mieć złotego!


Warto mieć złotego!
Nasz Dziennik, 2007-09-20
Likwidacja walut narodowych i wprowadzenie w ich miejsce jednej wspólnej nie jest niezbędnym warunkiem korzystnej integracji krajów biorących w niej udział. Ani w grupie krajów tworzących organizację NAFTA w Ameryce Północnej, ani w grupie krajów tworzących organizację ASAEN w Azji koncepcja likwidacji walut narodowych nie jest realizowana, a kraje będące członkami tych organizacji mają z reguły szybsze tempo wzrostu gospodarczego niż kraje tworzące strefę euro.

Na mocy artykułu 4 Traktatu Akcesyjnego Polska stała się członkiem Unii Gospodarczej i Walutowej z derogacją. Tym samym otwarta została droga prowadząca do likwidacji polskiego złotego. W traktacie tym nie podano jednak żadnej daty przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Oznacza to, że do Eurolandu przystąpić możemy np. w roku 2013 lub w roku 2113. Z tego punktu widzenia za całkowicie nieuzasadnione należy uznać wszelkie wypowiedzi komisarza UE Joaquű"na Almunii sugerującego, iż Polska powinna w najbliższej przyszłości taką datę podać.

Nie chcemy europropagandy
W grudniu 2005 r. na łamach miesięcznika "Prawo Bankowe" radca w Ministerstwie Finansów, były pracownik NBP Konrad Szeląg zaapelował do przedstawicieli organów polskiej władzy państwowej o wzmożenie działań mających na celu propagowanie koncepcji przystąpienia Polski do Eurolandu.
W artykule tym K. Szeląg zaproponował utworzenie międzyresortowej grupy roboczej ds. komunikacji społecznej. W skład tej grupy winni wchodzić, jego zdaniem, przedstawiciele Ministerstwa Finansów i NBP, a także innych instytucji, np. Związku Banków Polskich, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej itd. Przedstawiciele tej grupy powinni współpracować nie tylko z podmiotami polskimi, ale także z ponadnarodowymi (np. z Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Centralnym czy też niektórymi bankami centralnymi ze strefy euro). Trzeba pozytywnie ocenić fakt, iż przedstawiciele Rady Ministrów w taką akcję propagandową, jak dotychczas, nie włączyli się.
Z drugiej strony z olbrzymim niepokojem wielu ludzi obserwowało działania poprzedniego kierownictwa Narodowego Banku Polskiego z prezesem Leszkiem Balcerowiczem na czele. Przez pewien czas przedstawiciele polskiego banku centralnego zobowiązanego konstytucyjnie do troski o polskiego złotego podejmowali działania mające na celu jego likwidację. NBP finansował audycje radiowe i telewizyjne, w których promowana była koncepcja likwidacji złotego. Opracowywane były scenariusze lekcji dla młodzieży, podczas których młodym Polakom miała być obrzydzana suwerenność monetarna Polski. Działania takie były bardzo szkodliwe. Na szczęście, wedle mojej wiedzy, zostały one obecnie zaniechane. Nie ma jednak pewności, czy w przyszłości znów nie zostaną podjęte.
Na temat zasadności wejścia Polski do strefy euro toczy się poważny spór, który powinien znaleźć swoje odbicie w referendum. Wedle ostatnich badań Taylor Nelson Sofres (TNS), przeprowadzonych na zlecenie londyńskiego instytutu Open Europe, liczba zwolenników zachowania złotego jako waluty narodowej (58 proc.) jest w Polsce większa od liczby zwolenników wejścia do strefy euro (32 proc.). Bardzo pozytywnie oceniam nowego prezesa NBP Sławomira Skrzypka i głęboko wierzę, że pod jego kierownictwem nasz bank centralny będzie starał się zachować bardziej neutralne stanowisko w sprawie problemu członkostwa Polski w strefie euro. Ogromnie mnie cieszy, że prezes S. Skrzypek opowiedział się za przeprowadzeniem referendum w tej sprawie.

Czym jest suwerenność monetarna
Suwerenność monetarna daje prawo do prowadzenia własnej polityki pieniężnej. We współczesnej gospodarce prawo to jest uprawnieniem niezwykle ważnym. Bank centralny, wykorzystując swoje instrumenty, może poprzez tzw. kanały transmisji oddziaływać nie tylko na procesy inflacyjne, ale także i na stan aktywności gospodarczej. Jest więc rzeczą niezmiernie ważną, aby również Polska miała nadal swój własny bank centralny, którego cele będą ustalane przez polską władzę ustawodawczą, a jego polityka będzie musiała służyć realizacji polskiego interesu narodowego.
Polska jak powietrza potrzebuje szybkiego, długookresowego wzrostu gospodarczego. Kraje, które np. na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat charakteryzowały się wysokim średniorocznym tempem wzrostu realnego PKB, posiadały własną walutę i prowadziły własną politykę pieniężną. Można z tego wysunąć wniosek, że likwidacja własnej waluty i dobrowolna rezygnacja z prawa do prowadzenia własnej polityki pieniężnej nie są wcale niezbędnym, koniecznym warunkiem rozwoju kraju. Wynika z tego, że aby szybko się rozwijać, nie musimy wcale likwidować polskiego złotego i rezygnować z prawa do prowadzenia własnej polityki pieniężnej.

Euro a suwerenność Polski
Na łamach miesięcznika "Bank i Kredyt" (nr 4 z 2003 r.) wspomniany już wyżej K. Szeląg stwierdził, że "docelowo nieunikniona wydaje się ewolucja od koordynacji polityk gospodarczych (chodzi o grupę krajów tworzących UGiW) do prowadzenia jednolitej polityki gospodarczej" (i towarzyszącej jej jednolitej polityce pieniężnej). Można więc wysunąć tezę, że wprowadzenie euro przyczynia się i przyczyniać będzie do przenoszenia dotychczasowych kompetencji państw narodowych na szczebel ponadnarodowy i tym samym do budowania de facto Federalnego Państwa Europejskiego (FPE).
Martin Stuart Feldstein, amerykański ekonomista, profesor Harvard University, były przewodniczący Rady Doradców Ekonomicznych prezydenta USA Ronalda Reagana, szef Narodowego Biura Badań Ekonomicznych, pisał w 1997 r. na łamach "Foreign Affairs", że "długofalowym efektem przyjęcia jednej waluty będzie (...) utworzenie Europejskiego Państwa Federalnego". Z kolei Brytyjczyk Bernard Connolly, który stał na czele działu Komisji Europejskiej monitorującego m.in. funkcjonowanie tak zwanego Europejskiego Systemu Walutowego, w swej książce "The Rotten Heart of Europe. The Dirty War for Europe"s Money" z 1995 r., stwierdza bardzo wyraźnie, że "rzeczywistym celem unii walutowej jest powstanie europejskiego superpaństwa".
13 kwietnia 2007 r. przebywał w Polsce premier Belgii Guy Verhofstadt, który zaapelował o utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. Nowy organizm polityczny miałby wspólny rząd i prezydenta. Państwo to mogłoby się też nazywać Republiką Europejską. Co szczególnie interesujące, państwo to, zdaniem premiera Belgii, powinno obejmować tylko kraje, które znajdują się w strefie euro.
Z ekonomicznego punktu widzenia strefa euro, czyli Europejska Unia Gospodarcza i Walutowa, zwana także Eurolandem, stanowi de facto państwo. Na przykład, według statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego, strefa euro jest już traktowana na równi z państwami. Wprowadzenie euro i likwidacja walut narodowych stanowi główną przyczynę przenoszenia coraz większej liczby kompetencji państw członkowskich na szczebel ponadnarodowy. Pojawienie się projektu konstytucji europejskiej, a obecnie traktatu reformującego, było moim zdaniem nieuniknionym i odroczonym w czasie skutkiem likwidacji walut narodowych.

Przykład grupy G-3
Często wysuwany jest argument, że na przystąpieniu do Eurolandu skorzystały najbardziej kraje najbiedniejsze. Warto się zastanowić, czy jest to w ogóle prawda i czy skala ewentualnych korzyści jest znacząca. Należy przede wszystkim zauważyć, że do strefy euro należą kraje o zróżnicowanym poziomie PKB na 1 mieszkańca. Najniższy poziom tego wskaźnika mają Grecja, Portugalia i Hiszpania. Grupę tych krajów można nazwać roboczo grupą G-3. Popatrzymy teraz na ich wyniki makroekonomiczne. Od momentu likwidacji walut narodowych, czyli od 1999 r. do roku 2006, średnia stopa wzrostu PKB w grupie G-3 wynosiła 3,1 procent.
Ponieważ Grecja weszła do strefy euro w roku 2001, można też policzyć średnie tempo wzrostu gospodarczego w latach 2001-2006, czyli dla okresu, w którym własnej waluty narodowej nie miały ani Grecja ani Hiszpania, ani Portugalia. Średnie tempo wzrostu gospodarczego w tym okresie wynosiło 2,7 procent. Przecież takie tempo wzrostu jest tak naprawdę, jak na kraje wschodzące, które mają się szybko rozwijać, bardzo niskie. Czy bowiem posłużymy się liczbą 2,7 proc., czy - jak to wynika z innego okresu - 3,1 proc., tempo to jest małe. Czy w tej sytuacji można w ogóle powiedzieć, że wzrost gospodarczy najbiedniejszych krajów Eurolandu był wysoki? Mam duże wątpliwości.
Pragnę w tym momencie zwrócić uwagę na inny, może jeszcze ważniejszy aspekt sprawy. Grupa G-3 obejmuje najbiedniejsze kraje Eurolandu. Popatrzmy, czy w okresie od momentu wprowadzenia euro można znaleźć przykłady takich krajów wschodzących, których gospodarki rozwijały się szybciej niż grupa G-3. Otóż przykładów takich jest wiele.
Wystarczy odnotować Koreę Południową z tempem wzrostu 5,7 proc., Indie - 4,4 proc., Malezję - 5,4 proc., Tajlandię - 4,9 proc., Indonezję - 4,4 proc., Tajwan - 3,9 proc., Chile - 3,9 proc., Peru - 3,9 proc., Turcję - 3,8 procent. Te wszystkie kraje rozwijały się szybciej niż państwa Grupy G-3. Wynika z tego jedno: dróg rozwoju jest wiele. Podałam liczne przykłady. Zaprezentowałam kraje z Azji, Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu. Państwa te dzieli wiele. Nie tylko położenie geograficzne, ale także struktura systemu finansowego, struktura PKB i jeszcze inne czynniki. Ale łączy je jedno. Kraje te nie likwidowały własnej waluty, zachowały suwerenność monetarną. Widzimy więc, jak wiele jest przykładów potwierdzających tezę o tym, że suwerenność monetarna stwarza szansę szybkiego rozwoju gospodarczego.

Słynni ekonomiści o wspólnej walucie
Wielu czołowych ekonomistów wyrażało lub wyraża swój niechętny stosunek do koncepcji wprowadzenia euro. Milton Friedman (Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii z 1976 r.) sądził na przykład, że błędem jest prowadzenie tej samej polityki monetarnej przez EBC dla krajów znajdujących się w różnych fazach cyklu koniunkturalnego. Opinia ta wyrażona została w wypowiedzi dla włoskiego dziennika "Corriere della Sera" w roku 2001. Podkreślał on, że warunkiem powodzenia unii walutowej jest unia polityczna, czyli tak naprawdę likwidacja państw narodowych, a na to naszej zgody po prostu nie może być nigdy.
Robert Lucas (Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii z 1995 r.) mówi z kolei, że jego zdaniem "wielość walut nie jest przeszkodą na drodze do osiągania wysokiego poziomu dobrobytu, ewentualne korzyści ekonomiczne z wprowadzenia wspólnej waluty są raczej skromne, a brak zaufania do kogoś obcego, kto miałby prowadzić dotychczasową krajową politykę pieniężną, może rodzić opór wobec unii monetarnej". Zapytany wprost o opinię o unii walutowej mówi, że "na polityce się nie zna", co wyraźnie wskazuje na to, że trafnie ocenia on, iż rzeczywiste motywy likwidacji walut narodowych miały charakter polityczny. Wypowiedzi Lucasa zamieszczone zostały w wywiadzie opublikowanym na łamach miesięcznika "Gospodarka Narodowa", nr 5-6 z 1999 roku.
Gary Becker (Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii z 1992 r.) twierdzi, że błędem jest likwidacja rywalizacji monetarnej między poszczególnymi krajami. Pogląd taki wypowiada na łamach tygodnika "Business Week" ze stycznia 1996 r. w artykule "Zapomnijmy o unii walutowej - niech waluty europejskie konkurują".

Ustanówmy nowe święto
Zamiast likwidować polskiego złotego, należy jeszcze bardziej uświadamiać nasze społeczeństwo w zakresie znaczenia suwerenności monetarnej Polski w życiu naszego kraju. W związku z tym proponuję, aby 28 kwietnia każdego roku obchodzić Urodziny Polskiego Złotego. Stanowiłoby to okazję do poszerzenia wiedzy w zakresie roli Narodowego Banku Polskiego.
W styczniu 1924 r. Sejm uchwalił słynną reformę walutową, która pozwoliła opanować katastrofę hiperinflacji i chaos gospodarczy. W kwietniu 1924 r. w miejsce zniszczonej inflacją marki polskiej wszedł do obiegu złoty, poprzednik naszej obecnej jednostki pieniężnej. Zajął się tym utworzony wtedy Bank Polski - poprzednik Narodowego Banku Polskiego. Dnia 28 kwietnia 1924 r. Bank Polski rozpoczął działalność i podjął emisję nowej waluty - złotego. Miało to być nawiązanie do długiej tradycji monetarnej. Złoty Polski był jednostką pieniężną stosowaną w dawnej Polsce już w końcu XV wieku. Nawet w czasach porozbiorowych, gdy w obiegu znajdował się obcy pieniądz, przywiązanie do złotego było silne. Ojcem złotego i współtwórcą Banku Polskiego SA był wybitny polityk, ekonomista - Władysław Grabski.

dr Gabriela Masłowska,
posłanka na Sejm RP IV i V kadencji,
członkini Komisji Finansów Publicznych

Ukarani za Szwedów


Ukarani za Szwedów
Nasz Dziennik, 2007-09-20
Z powodu wprowadzonego przez Komisję Europejską zakazu połowu dorsza dla polskich rybaków nawet 25 tys. osób związanych z sektorem rybołówstwa morskiego może stracić pracę


Unijny zakaz połowu dorsza, który obowiązuje polskich rybaków do końca roku, może spowodować nieodwracalne skutki dla naszej gospodarki. Pracę może stracić 25 tys. osób z sektora rybołówstwa morskiego. Może dojść nawet do likwidacji polskiego rybołówstwa. Minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk w poniedziałek w programie "Polski punkt widzenia" w Telewizji Trwam przyznał, że nie liczył na pozytywny efekt negocjacji w Brukseli, ale dodał, że dzięki tym rozmowom podważyliśmy cały sposób raportowania unijnych połowów. Okazuje się, że informacje, które są przekazywane przez Szwecję, Niemcy i Danię, są danymi niezgodnymi z prawdą.

Od kilku dni rybacy mają bardzo poważne problemy wynikające z decyzji europejskich urzędników, którzy zakazali im połowu dorsza na Bałtyku, twierdząc, że łowimy ich za dużo. Komisja Europejska, wprowadzając zakaz połowów dorsza, opierała się na wynikach kontroli, która dowodzi, że połowy tego stada przez polskich rybaków, trzykrotnie przekroczyły ilości zgłoszone przez Polskę, co oznacza w konsekwencji całkowite wyczerpanie limitu.
- Chcemy, by Komisja Europejska rzetelnie i prawidłowo oceniła zasoby dorsza w Bałtyku. Od chwili, gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, sprawozdawczość dotycząca zasobów dorsza jest wciąż fikcyjna, należy je dokładnie zracjonalizować, uaktualnić wszelkie dane - powiedział w poniedziałek w programie "Polski punkt widzenia" w Telewizji Trwam poseł Czesław Hoc (PiS).
Zadziwiający jest fakt, iż zakaz dotyczy tylko polskich rybaków. Komisja Europejska obawia się, że polskie połowy zachwieją całą populacją dorsza w Bałtyku. Unijny zakaz połowu dorsza obowiązuje do końca roku. Może on spowodować nieodwracalne skutki dla rybaków i polskiego przemysłu. - Około 25 tys. ludzi w Polsce jest związanych z sektorem rybołówstwa morskiego i jeśli poddamy się temu zakazowi, to naprawdę zlikwidujemy polskie rybołówstwo - stwierdził poseł Hoc.
Rozmowy przeprowadzone w Brukseli przez stronę polską nie doprowadziły niestety do zniesienia zakazu. - Dużo nie obiecywaliśmy sobie po tej wizycie, jednak jednoznacznie pokazała ona, że podważyliśmy cały sposób raportowania unijnych połowów. Informacje, które są przekazywane przez Szwecję, Niemcy i Danię, są danymi nieprawdziwymi, niezgodnymi z prawdą. Pokazaliśmy przykład statków szwedzkich, które łowią na polskim łowisku, których raportowanie jest inne niż to, które pojawia się w oficjalnych informacjach, które przekazuje do Unii Europejskiej Szwecja - mówił w programie "Polski punkt widzenia" minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk. - Na tej podstawie Unia zbudowała strukturę szacowania zasobów naturalnych w Bałtyku, na tej podstawie wydano opinię, jaki jest stan dorsza na Bałtyku - zauważył minister.

Weronika Pachla

Cukru coraz mniej


Cukru coraz mniej
Nasz Dziennik, 2007-09-20
Ruszyła tegoroczna kampania cukrownicza


Około 1,6 mln ton - tyle cukru wyprodukujemy podczas rozpoczętej właśnie kampanii 2006/2007. Niekwestionowaną pozycję lidera na rynku zachowa Krajowa Spółka Cukrowa - Polski Cukier. Niestety, może to być ostatni dobry rok dla cukrownictwa, bo w ramach reformy narzuconej przez Komisję Europejską produkcja cukru w kolejnych latach znacznie się zmniejszy.

Jako pierwszy oficjalnie kampanię cukrowniczą rozpoczął koncern Pfeifer & Langen Polska SA w cukrowniach Gosławice, Miejska Górka i Środa Wielkopolska. Ale w innych zakładach też już powoli rozkręca się skup. KSC uroczyście rozpocznie kampanię w przyszłym tygodniu z udziałem ministra rolnictwa Wojciecha Mojzesowicza w cukrowni Dobrzelin (woj. łódzkie).

Lider bez zmian
W tym sezonie cukrownie mają wyprodukować około 1,6 mln ton cukru. Najwięcej - ponad 650 tys. ton - opuści zakłady należące do holdingu Polski Cukier. Drugie miejsce zajmuje Suedzucker (około 400 tys. ton), a dalsze pozycje należą do Pfeifer & Langen (250 tys. ton), British Sugar Overseas i Nordzucker (obie firmy mają udział w rynku wynoszący po niespełna 200 tys. ton). Łącznie produkcja cukru zapewni nam w tym sektorze 3. miejsce w Unii Europejskiej.
Pozycja poszczególnych producentów jest od lata stała, bo wynika w dużej mierze z organizacji rynku w UE. Każdy kraj, a co za tym idzie - każdy wytwórca, ma bowiem określony limit produkcji, a ponieważ u nas najwięcej cukrowni ma wciąż KSC Polski Cukier, zachowuje pozycję lidera.
Ale liczba cukrowni zapewne po tej kampanii spadnie (co roku są zamykane jakieś zakłady), podobnie jak zmniejszy się areał buraków cukrowych. Szacuje się, że w tym roku plantatorzy obsiali około 230 tys. ha, a przeciętne plony przekroczą prawdopodobnie 45 ton z hektara. Zawartość cukru w surowcu ma osiągnąć średnio 17 procent. Rolnicy za tonę buraków mają dostawać równowartość prawie 30 euro (plus rekompensata, co razem da mniej niż 40 euro). Niestety, od kilku lat jest obserwowany stały spadek cen skupu.

Mniej cukrowni?
To, co dzieje się na rynku cukru, to głównie skutek unijnych reform, przeciwko którym - co trzeba zaznaczyć - Polska od początku protestowała. Bruksela konsekwentnie dąży do zmniejszenia produkcji cukru w całej UE. Ponieważ mało kto dobrowolnie wygaszał cukrownie, Bruksela chce teraz wymusić redukcje. Polska ma mieć zmniejszony limit produkcji o 13,5 procent. Marchewką dla cukrowni mają być zachęty finansowe. Efekt tego może być taki, że przed kolejną kampanią może zostać zamkniętych kilka cukrowni. A przecież trzeba pamiętać, że od 1990 r. jesteśmy świadkami drastycznych zmian na rynku. Ocalała tylko część przetwórni buraków. Przykładem może być Polski Cukier. Gdy powstawał, liczył 27 firm, teraz cukier wytwarza tylko 11 zakładów. Podobnie jest w przypadku pozostałych przedsiębiorstw. Choć cukrownie zastanawiają się, czy dobrowolnie iść "na rzeź", czy też czekać na decyzje Brukseli.
Także rolnicy są nakłaniani do tego, aby rezygnować z upraw buraków lub je zmniejszać. Bruksela obiecuje im w zamian pomoc restrukturyzacyjną do wysokości 10 proc. posiadanej przez plantatora kwoty produkcji buraków. Jeśli ktoś zrezygnuje z siania buraków, może liczyć na jednorazową rekompensatę w wysokości prawie 240 euro. I część plantatorów się na to godzi, przestawiając się na inną produkcję. Popularna jest np. uprawa pszenicy. - Ziemia pod buraki musi być wysokiej klasy, podobnie jak pod pszenicę. Jeśli więc ktoś dysponuje kapitałem, aby zainwestować w zboża, może to być opłacalna zmiana, zwłaszcza że ceny pszenicy są od roku bardzo wysokie i ten sektor ma dobre perspektywy na przyszłość - wyjaśnia Zbigniew Czerwonka, doradca rolny.

Z cukru nie zrezygnujemy
Ministerstwo rolnictwa zapewnia, że Polska wciąż pozostanie znaczącym producentem cukru, choć tak jak inne kraje będziemy go produkować coraz mniej. Nikt nie ma jednak zamiaru przerywać dwuwiekowej tradycji wytwarzania cukru z buraków. Tam, gdzie nie będą już działały instalacje do rafinacji białych kryształków, rozważane jest prowadzenie alternatywnej produkcji, np. biopaliw. Choć akurat to jest uzależnione od rozwoju tej branży.

Krzysztof Losz

Monday, September 17, 2007

UNIA EUROPEJSKA zablokowala dla Polskich Rybakow polowy na Baltyku.


UNIA EUROPEJSKA zablokowala dla Polskich Rybakow polowy na Baltyku.

Janowsze wiadomosci z przed kilku minut podaja ze jednak nie zniesiono zakazy na polowy dorsza.
UE-Polska-połowy dorsza
Poniedziałek, 17 września 2007

Zakaz łowienia dorszy na Bałtyku Wschodnim będzie dziś (17.09)głównym tematem spotkania ministra gospodarki morskiej Marka Gróbarczyka z unijnym komisarzem do spraw rybołówstwa Joe Borgiem. Zakaz wprowadzony przez Komisję Europejską, wszedł w życie 15 września i obowiązuje do końca roku.



Przeciwko tej decyzji protestują polscy rybacy, którzy domagają się jej cofnięcia. Argumentują, że utrzymanie zakazu do końca roku doprowadzi do kryzysu w polskim rybołówstwie. Władze w Warszawie chcą więc przekonać Brukselę do zmiany decyzji. Jednak rzeczniczka Komisji Mireille Thom wyklucza możliwość zniesienia zakazu. "Decyzja Komisji jest oparta na dokładnych wyliczeniach. Nie podejmujemy jej zbyt często, tylko w oparciu o twarde podstawy. Nie ma więc powodu, by tę decyzję zmieniać" - dodała rzeczniczka. Komisja tłumaczy, że kontrole unijnych ekspertów wykazały, iż Polska wykorzystała przyznane jej tegoroczne limity. Polscy rybacy kwestionują rzetelność tych inspekcji. IAR/B.Płomecka,Bruksela/dabr

SPOTKANIE MINISTRA GOSPODARKI MORSKIEJ I PODSEKRETARZY STANU Z KOMISARZEM DS. RYBOŁÓWSTWA I GOSPODARKI MORSKIEJ UNII EUROPEJSKIEJ - zapowiedź



W poniedziałek, 17 września br., Minister Gospodarki Morskiej RP Pan Marek Gróbarczyk oraz Podsekretarze Stanu Pan Grzegorz Hałubek i Pan Piotr Zalewski spotkają się z Komisarzem ds. rybołówstwa i gospodarki morskiej UE Panem Joe Borg’iem. Ministrowie przebywać będą w Brukseli z oficjalną wizytą. Tematem spotkania będzie sytuacja polskich rybaków po wprowadzeniu przez Komisję Europejską zakazu połowów dorsza na Bałtyku Wschodnim przez polskie jednostki do końca roku 2007.

Program wizyty:

godz. 9:45

Spotkanie Ministra Gospodarki Morskiej RP i Podsekretarzy Stanu z Komisarzem ds.rybołówstwa i gospodarki morskiej UE

Bruksela, Siedziba Komisji Europejskiej. (budynek BERL)

(przewidywany czas spotkania - półtorej godziny)

godz. 11: 20

Briefing prasowy ministrów RP na dole budynku KE przy recepcji

(dla korespondentów polskich w Brukseli)

Briefing prasowy: Renata Bancarzewska Z-ca rzecznika – Coreper 1 (+32 473 74 02 47)
Unia Europejska. Komisarz nie chce rozmawiać o połowie dorsza
13.09.2007
Unijny komisarz ds. rybołówstwa Joe Borg nie przyjedzie do Polski na rozmowy w sprawie połowów dorsza. Nie zamierzam skorzystać z zaproszenia do przyjazdu do Polski w najbliższym czasie - napisał Borg w liście przesłanym do resortu gospodarki morskiej. Jednocześnie Borg potrzymał swoje stanowisko odnośnie zakazu połów dorszy do końca 2007 roku na Bałtyku Wschodnim.

Całkowity zakaz połowu dorszy na Bałtyku Wschodnim, czyli od portu w Darłowie na wschód, Komisja Europejska wprowadziła 9 lipca. Zakaz wprowadzono na podstawie kontroli przeprowadzonej przez unijnych inspektorów w polskich portach rybackich. Wynika z niej, że polscy rybacy już w I kwartale tego roku o 100 proc. przekroczyli na Bałtyku Wschodnim przyznany im limit połowów, czyli 10,8 tys. ton. Zakaz łowienia dorsza na Bałtyku Wschodnim ma zacząć obowiązywać 15 września. Rybacy kwestionują rzetelność unijnej kontroli. Twierdzą, że wszystkie państwa unijne przekraczają limity połowowe dorsza z przekroczenie udowodniono jedynie Polsce. Większość z rybaków opowiada się za złamaniem unijnego zakazu. Twierdzą oni, że i tak będą łowić dorsza po 15 września.
- Wczoraj resort gospodarki morskiej wysłał do Joe Borga pismo, w którym przedstawił argumenty na rzecz cofnięcia zakazu połowów dorszy oraz ponowił zaproszenie do podjęcia niezwłocznych rozmów na temat rozwiązania tego problemu - informuje Krzysztof Gogol, rzecznik Ministerstwa Gospodarki Morskiej.
O tym jakie konkretnie działania podejmie resort poinformuje pod koniec tego tygodnia nowy wiceminister gospodarki morskiej, Grzegorz Hałubek.
- Rząd podejmie decyzje zmierzające do uratowania polskiego rybołówstwa. Jest,to plan na wypadek, gdyby negocjacje z Komisją Europejską dotyczące kwot połowowych na Bałtyku nie przyniosły żadnego rezultatu - powiedział w ubiegłym tygodniu Hałubek.
Unia chce ograniczyć połowy dorszy na Bałtyku
Opublikowano: 11 czerwca, 2007
Należy się spodziewać jeszcze większych niż dotychczas redukcji kwot połowowych dorszy na Bałtyku - zapowiedziała Komisja Europejska, ostrzegając, że te rozpowszechnione niegdyś ryby zagrożone są wyginięciem.

Do komisarzy unijnych dotarł właśnie raport naukowców, którzy jednoznacznie wskazują, że bałtycka populacja dorszy jest zagrożona. Rybacy odławiają o wiele więcej niż zakładają limity. Na początku listy kłusowników jest Polska, która przyznawany corocznie limit przeławia aż o 48 procent. Jeżeli sytuacja się nie zmieni, to za kilka lat zostanie wprowadzony całkowity zakaz połowu.

- Trzeba wyciągnąć wnioski z realizacji dotychczasowego planu odbudowy stad dorszy na Bałtyku - mówi Mireille Thom, rzeczniczka komisarza ds. rybołówstwa Joe Borga. - We wrześniu przedstawimy konkretne propozycje na 2008 rok w sprawie Morza Bałtyckiego. Następnie do końca roku będą musieli zatwierdzić je ministrowie ds. rybołówstwa w poszczególnych krajach UE.

Thorn przyznaje, że najlepszym sposobem odnowienia zasobów byłby całkowity zakaz połowów dorszy. Komisja Europejska nie zdecyduje się jednak na taki krok, rozumiejąc jego społeczno-gospodarcze konsekwencje. Dlatego też propozycja Komisji Europejskiej może być tylko jedna. Jeszcze większe ograniczenie połowów. Wstępnie szacuje się, że w 2008 roku limity zostaną ograniczone o kolejne 15 procent. Oznacza to, że polscy rybacy dostaną do odłowienia niewiele ponad 11 tysięcy ton dorszy. W tym roku rybacy mają do odłowienia 13, 5 tysiąca ton.

Przeciw cięciom są rybacy. Środowisko rybackie nie zgadzają się też z opinią naukowców. Według nich, w ostatnim czasie w morzu pojawiło się bardzo dużo tych ryb.

- Mówi się o braku ryb w Bałtyku, a dorszy jest tyle, że nikt go już nawet nie chce skupować - mówi Grzegorz Hałubek, szef Związku Rybaków Polskich. - Wraca odwieczny problem z naukowcami. Nie wiemy dokładnie, jak odbywają się te badania i jakimi metodami sprawdzana jest populacja dorszy w Bałtyku. Już od dawna chcemy współuczestniczyć w pracy naukowców. Przecież to my na co dzień widzimy, co wpada do sieci. Nikt nas jednak nie słucha. Naszym zdaniem limity powinny być zwiększone, a nie zmniejszone.

- Faktycznie pojawiły się dorsze w Bałtyku, ale bardzo często rybacy odławiają ryby, która nie przeszły jeszcze tarła i nie złożyły ikry - przekonuje Zbigniew Karnicki, wicedyrektor Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. - Powinniśmy wprowadzić już teraz zakaz połowu dorszy aż do września i dać czas tym rybom na spokojne rozmnożenie się. Jest dużo innych gatunków ryb, jak na przykład śledzie, flądry czy szproty, na które limity są prawie nieruszone.

Polscy rybacy obawiają się jeszcze jednego.

- Najgorsze jest jednak to, że jak wprowadzą kolejne ograniczenia w połowach, to rybacy w innych krajach dostaną rekompensaty i odszkodowania za postoje, a my będziemy musieli zwalniać pracowników - ostrzega Grzegorz Hałubek.
Joe Borg, komisarz do spraw rybołówstwa chce, aby sprawa wspólnej, europejskiej polityki rybackiej została wyjaśniona do końca czerwca tego roku. W innym przypadku Unia zacznie drastycznie ciąć limity.

Limity połowowe przekracza większość krajów nadbałtyckich. Jednak żaden z nich nie łowi nielegalnie tak dużo jak Polska. O 21,4 proc. więcej ryb, niż określają to kwoty połowowe, poławiają Szwedzi, o 15,6 proc. więcej Litwini, o 13,6 proc. - Niemcy, o 12,7 proc. - Duńczycy i o 7,5 proc. - Łotysze. Bruksela nie sprawdziła jedynie rybołówstwa fińskiego i estońskiego.

Autor: Hubert Bierndgarski

Warszawa, dnia 12 września 2007 r.
MINISTER
GOSPODARKI MORSKIEJ
Marek Gróbarczyk

SM 910 /M




Pan
Joe Borg
Komisarz ds. rybołówstwa
Komisja Europejska
w Brukseli




Z wielkim zadowoleniem odebrałem propozycję Pana Komisarza przedstawioną w piśmie z dnia 11.09.2007 r. dotycząca zintensyfikowania i pogłębienia naszych kontaktów w sprawie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Wypada tylko żałować, że sprawa ta nie została rozpoznana i załatwiona wcześniej, a szczególną do tego okazją była Pana wizyta w Polsce i spotkanie ze środowiskiem rybaków w kwietniu 2005 roku w Gdyni.
Jestem głęboko przekonany, że pomimo to nawet w obecnej sytuacji, którą kształtuje obecnie treść rozporządzenia 804/2005, instytucja odpowiedzialna za europejskie rybołówstwo, którą Pan kieruje da sobie z tym problemem radę i poprzez rzeczowe i rzetelne rozpoznanie przedstawionych dokumentów i innych informacji. Podjęte zostaną decyzje umożliwiające działanie bałtyckiego rybołówstwa w oparciu o prawdę i rzetelność naukową. Analizując Pana dotychczasowe stanowisko w sprawie wprowadzonego tylko wobec polskich rybaków zakazu połowów dorsza, nasuwa się spostrzeżenie, że wiele faktów i informacji było i jest przed Panem ukrywane. Wydaje się, że również Komisja Europejska w niezbyt wystarczający sposób analizuje dostarczane do niej informacje, zarówno naukowe jak i ekonomiczne. W trakcie mojej krótkiej działalności rządowej natrafiłem na informacje i dokumenty, które jednoznacznie świadczą o tym, że Komisja Europejska i ICES nie otrzymują prawdziwych informacji o połowach poszczególnych państw Morza Bałtyckiego, a w związku z tym cały proces szacowania zasobów ryb i związany z tym system ochrony dorsza jest nieprawidłowy. Działalność ta ma miejsce od wielu lat i odbywa się na dużą skalę. W celu uzdrowienia sytuacji KE powinna jak najszybciej określić stan faktyczny, a cały ten mechanizm zlikwidować. Moim zdaniem, z racji tego, że sprawa jest dość delikatna i wrażliwa może być załatwiona tylko podczas naszego spotkania, na którym przedstawię Panu stosowne dokumenty i inne informacje w tej sprawie. Dlatego proszę o jak najszybszy przyjazd Pana w celu wyjaśnienia tej trudnej, ale niepotrzebnej sytuacji.
Obecny problem polskiego rybołówstwa jest w prostej linii konsekwencją tej nieprawdopodobnej sytuacji, a sprawy te dotyczą wszystkich bez wyjątku państw Morza Bałtyckiego. Istnienie tego mechanizmu i jego kontynuacja jest także pewnego rodzaju komplikacją dla samej UE, która tworzy akty prawne wobec bałtyckich rybaków w oparciu o nieprawdziwe informacje.
Uważam, że jest jeszcze możliwe bezkonfliktowe porozumienie się w tej sprawie z KE, wymaga to jednak naszego niezwłocznego spotkania w celu przedstawienia odpowiednich dokumentów i analiz, które potwierdzą przedstawiony przeze mnie stan rzeczy. Konsekwencją przekonania Pana do moich racji w takim razie byłby następujące propozycje, które w sposób kompleksowy i bezkonfliktowy rozwiązywałyby ww. problemy wspólne dla wszystkich krajów bałtyckich:
1. Wycofanie rozporządzenia 804/2005 jako warunek niezbędny do uratowania przed bankructwem i nieodwracalnym upadkiem całe polskie rybołówstwo i przemysł przetwórczy.
2. Zawieszenie rozporządzenia 804/2005 na określony czas, w którym nastąpiłaby analiza i rozpoznanie przedstawionych przez nas dokumentów i informacji.
3. Odstąpienie od wyznaczania kwot połowowych na Bałtyku jako głównej przyczyny problemów wszystkich krajów i zastąpienie tej regulacji innymi działaniami, które zastosowane razem spowodują skuteczną i kompleksową ochroną dorsza. Są to rozwiązania stosowane skutecznie na wielu akwenach rybackich świata.
Należy podkreślić, że jeżeli nie rozwiąże się teraz tego problemu, to dyskusja w tym temacie będzie dalej trwała, a nawet nastąpić może nastąpić gwałtowna jego eskalacja, która będzie wynikiem poczucia niesprawiedliwości i dyskryminacji polskich rybaków, a z drugiej strony determinacji polskiego rządu do ratowania narodowego rybołówstwa i przemysłu rybnego.
Proszę również o zwrócenie uwagi na fakt, że system kwotowania połowów, słabość doradztwa naukowego oraz likwidację europejskiej floty rybackiej krytykuje także ostatnio Parlament Europejski, który jako instytucja europejska powinien być także wysłuchany, tym bardziej, że precyzyjnie potwierdza nasze zastrzeżenia w tej sprawie.
Podkreślam, że przykład dorsza nie jest jedyny, który wzbudza wątpliwości, co do działania KE w sprawie Bałtyku. Drugim takim przykładem jest zakaz używania pławic łososiowych od 2008 roku, rzekomo mających wpływ na śmiertelność morświnów. Po przeprowadzeniu w Polsce specjalnego programu obserwatorów okazało się, że na ok. 300 obserwacji nie został złowiony ani jeden morświn.
Jak to jest możliwe, że w KE jest do wykonania określony lobbing, którego efektem jest uzyskanie rozporządzenia, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Rząd polski wystąpi w najbliższym czasie o udostępnienie stosownych dokumentów w tej sprawie.
Jednak morświnowy program obserwatorów jest jednocześnie faktem bardzo dobrze świadczącym o KE. Okazuje się, że instytucja UE w celu poznania prawdy i podjęcia właściwych decyzji jest w stanie kompleksowo rozpoznać sytuację i od wyników badań uzależnić ostateczną decyzję. Uważam, że w sprawie bałtyckiego dorsza, szacowania zasobów i dostarczania informacji połowowych przez poszczególne kraje powinno się zastosować identyczne działanie. Nie jest niczym wstydliwym i nagannym popełnić błąd, ale niedopuszczalne jest zamykanie oczu na ewidentne nieprawidłowości i ich dalsze utrwalanie.
Wśród licznych faktów, które mam nadzieje przedstawię Panu podczas naszego spotkania, chciałbym dziś zwrócić uwagę na jeden, bardzo istotny, który w oczywisty sposób potwierdza to, o czym pisałem wcześniej.
Jeżeli bowiem uznać przeprowadzoną w Polsce kontrolę za rzetelną, to oprócz samego faktu ewentualnego przekroczenia kwot połowowych nasuwają się jeszcze inne, moim zdaniem istotniejsze pytania:
1. Jak ustalony jest system kwot połowowych skoro w tak krótkim czasie następuje tak znaczne ich przekroczenie.
2. Jak wygląda faktyczny stan zasobów dorsza, skoro dochodzi do tak łatwego przekroczenia kwot połowowych w tak krótkim czasie.
3. Jak wyglądają połowy w innych państwach bałtyckich skoro dorsz warunkuje 80% dochodów dla wszystkich rybaków we wszystkich krajach.
Nie jest rolą polskiego rządu określanie wielkości połowów w innych krajach. Uważam, że problem ten powinna zbadać sama KE. Powinna to zrobić nie w celu podobnego karania, jak ma to miejsce w przypadku Polski, lecz w celu poznania prawdy i wyciągnięcia wniosków z dotychczasowej działalności, która nie przynosi chluby KE. Polska ma dziś szczególny tytuł do prośby o rozwiązanie tego problemu, ponieważ w społecznym odczuciu została złamana zasada solidaryzmu europejskiego. Ponadto chciałbym podkreślić fakt, że polscy rybacy wielokrotnie wykazywali, że kwestia ochrony środowiska morskiego oraz żywych zasobów morza leży im głęboko na sercu, czego jednak niezbędnym warunkiem jest analiza prawidłowych informacji, dotyczących stanu zasobów i połowów.
Biorąc powyższe pod uwagę wierzę, że Pan Komisarz uzna poruszone kwestie za bardzo ważne i pilne i wyrazi chęć jak najszybszego rozwiązania tych problemów, mając na względzie, że 16.09.2007 r. rozpoczyna się w Polsce sezon połowów dorsza.
Zdając sobie sprawę z tego, że nasz kontakt może być utrudniony z powodu Pana licznych obowiązków, z góry będę wdzięczny jeżeli prześle Pan pozytywną decyzję jeszcze przed dniem 16 września bieżącego roku.

Friday, September 14, 2007

Minister swoje, eurodeputowani swoje


Minister swoje, eurodeputowani swoje
Nasz Dziennik, 2007-09-14
Argumenty ministra środowiska Jana Szyszki nie przekonały eurodeputowanych z Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego. Parlamentarzyści przyjęli wczoraj raport negatywnie oceniający budowę obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy. Nie oznacza to zakazu budowy w wariancie rządowym. Sprawa znajduje się w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości.
W trakcie wczorajszej debaty w Parlamencie Europejskim pierwszy zabrał głos współautor raportu Thijs Berman, który podtrzymał zawarte w nim opinie o niekorzystnym wpływie na przyrodę przebiegu drogi ekspresowej przez dolinę Rospudy w wariancie rządowym. Jego zdaniem, władze powinny rozważyć trasę alternatywną przez Chodorki albo rozbudować transport kolejowy.

Minister Jan Szyszko, odpierając zarzuty przedmówcy, wskazał, że w raporcie znalazło się wiele "nieporozumień". Odnosząc się do jednej z tez postawionych w raporcie, mówiącej o pierwotnym pochodzeniu lasów na spornym terenie, mających rzekomo tysiące lat, przekonywał, że w rzeczywistości wiele z tych miejsc zostało stworzonych przez człowieka, a interwencja ludzka w przyrodę sięga tu kilkuset lat wstecz. Eurodeputowani z komisji mogli zobaczyć na przygotowanej prezentacji zdjęcia śluz, okopów i bunkrów z czasów drugiej wojny światowej oraz 45-letnie lasy sosnowe. Na terenie tym od dziesiątek lat prowadzą swoją działalność rolniczą okoliczni mieszkańcy. Wiceminister transportu Barbara Kondrat podkreśliła, że w raporcie zaprezentowanym komisji nie uwzględniono wielu opracowań naukowych dotyczących Rospudy.
Stanowisko resortu zostało wsparte ekspertyzami naukowymi prof. Aleksandra Sokołowskiego, byłego pracownika m.in. Stacji Botanicznej Instytutu Botaniki PAN, który ma w swoim dorobku naukowym ponad 300 prac naukowych, w tym wiele dotyczących doliny Rospudy i terenów przyrodniczych Polski Północno-Wschodniej (profesor badał ten obszar ponad 40 lat). Profesor Sokołowski podkreślił w swoich pracach m.in., że obwodnica Augustowa nie grozi zniszczeniem rzadkich zbiorowisk roślinnych na spornym terenie.
Jednak zarówno eurodeputowani, jak i przedstawicielka organizacji pozarządowej z Polski Małgorzata Znaniecka z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków pozostali nieugięci i nie chcieli przyjąć tej argumentacji, obstając przy swoich poglądach. Podkreślali, że "jest to obszar niemal nietknięty ludzką ręką", wbrew argumentom i zdjęciom prezentowanym podczas wystąpienia ministra, a argument rządu i lokalnej społeczności o nadmiernej ilości śmiertelnych wypadków z powodu braku obwodnicy uznali za szantaż, oskarżając polski rząd o to, że nie robi nic, aby poprawić tam bezpieczeństwo ruchu drogowego. Upierali się także przy wyborze wariantów alternatywnych obwodnicy, chociaż te - według opinii rządowych - spowodują podobne skutki w przyrodzie jak wariant sporny. Jeden z nich może spowodować nawet zniszczenia pól uprawnych, ograniczając dochody rolników.
Przewodniczący Komisji Petycji Marcin Libicki, który wraz z eurodeputowanym brytyjskim poparł argumentację polskiego rządu, widząc zdecydowaną przewagę zwolenników raportu, uznał, że przyjęcie go nie wymaga nawet głosowania.
Sprawa obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy znajduje się w ETS, który ostatecznie rozstrzygnie, czy Polska będzie mogła poprowadzić ją w obecnym wariancie.

Paweł Tunia, Bruksela

Tuesday, September 11, 2007

Impas w kluczowych kwestiach


Impas w kluczowych kwestiach
Nasz Dziennik, 2007-09-11
Członkowie Unii Europejskiej nie chcą wyrazić zgody na polskie postulaty: kompromis z Joaniny, zwiększenie liczby rzeczników generalnych w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz zmianę statutu Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

- Wpisanie mechanizmu opóźniającego podejmowanie decyzji do treści nowego traktatu reformującego UE, na co na razie nie chcą się zgodzić inni partnerzy w Unii, jest najważniejszym polskim postulatem - oświadczyła przedwczoraj minister spraw zagranicznych Anna Fotyga, uczestnicząca w pierwszym po wakacjach spotkaniu szefów dyplomacji państw Wspólnoty, w sprawie nowego traktatu reformującego. Przyznała, że w tej sytuacji kwestia mechanizmu z Joaniny może zostać rozstrzygnięta dopiero na szczycie. - Koniec szczytu będzie tym momentem, który nam wyjaśni całą sytuację - oceniła Fotyga, zastrzegając jednocześnie, że nie jest zamiarem Polski blokowanie przyjęcia nowego traktatu.
Sprzeciw wobec polskich postulatów wyraziło wielu ministrów państw stowarzyszonych. - Nie ma mowy o tej bombie atomowej w traktacie - oświadczył szef włoskiej dyplomacji Massimo d?Alema. Przedstawiciele krajów UE wyrazili obawy, że jeżeli zgodzą się na wpisanie do traktatu mechanizmu z Joaniny, Warszawa będzie go nadużywać.
Również inny polski postulat, zwiększenie liczby rzeczników generalnych w Trybunale Sprawiedliwości UE, ma niewielkie szanse na realizację. Obecnie pięć z ośmiu stanowisk rzecznika jest obsadzonych na stałe przez przedstawicieli największych państw Wspólnoty. Pozostałych trzech powołuje się w sposób rotacyjny. - Jeżeli sytuacja pozostałaby bez zmiany, Polak zostałby rzecznikiem dopiero w 2042 roku - powiedziała Fotyga.
Z podobną reakcją naszych partnerów w Unii spotkał się trzeci polski postulat, zmiana statutu Europejskiego Banku Inwestycyjnego, finansującego wielkie inwestycje, m.in. strukturalne, mający zapobiec ewentualnemu finansowaniu z EBI uderzającego bezpośrednio w polskie interesy projektu rosyjskiego Gazociągu Północnego. Polska chce, żeby tego typu decyzje wymagały jednomyślności, a nie kwalifikowanej większości głosów, co przewiduje projekt nowego traktatu UE.
Zdaniem źródeł bliskich portugalskiemu przewodnictwu polskie postulaty mają niewielką szansę na realizację, ponieważ wykraczają poza przyjęty na czerwcowym szczycie w Brukseli mandat negocjacyjny.
Na dwudniowym spotkaniu minister Anna Fotyga poinformowała, że Polska chce dołączyć do Wielkiej Brytanii, gwarantując sobie prawo do wyłączenia (tzw. out-put) z postanowień Karty Praw Podstawowych w nowym traktacie UE. Zapewniła również, że nie ma żadnych przeszkód, by z powodu wyborów parlamentarnych w Polsce zagrożony został kalendarz przyjmowania traktatu.
Minister Anna Fotyga przewiduje, że negocjacje w sprawie nowego traktatu reformującego UE potrwają do samego końca szczytu UE, czyli do 18 października.

Anna Wiejak, PAP

Wednesday, September 5, 2007

Litwa poprze Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości


Więcej pieniędzy u beneficjentów
Nasz Dziennik, 2007-09-05
Litwa poprze Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w sprawie budowy obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy



Zwiększa się ilość środków, które trafiają z Unii Europejskiej do beneficjentów realizujących inwestycje drogowe w Polsce. Z Funduszu Spójności od początku realizacji projektów otrzymali oni ponad 1 mld euro na inwestycje infrastrukturalne. - Stanowi to blisko 40 proc. środków z FS przyznanych Polsce na lata 2004-2006 - poinformował wczoraj Jerzy Polaczek, minister transportu.

W bieżącym roku inwestorom przekazano ponad 200 mln euro. Jak pokreślił minister Jerzy Polaczek, odnotowany wzrost refundacji był możliwy "dzięki wypełnieniu przez Polskę warunków środowiskowych, które Komisja Europejska nałożyła na niektóre projekty transportowe".
Wdrażanie Funduszu Spójności rozpoczęło się w Polsce w 2004 roku, a przekazywanie przez KE funduszy z okresu 2000-2006 zakończy się w 2011 roku. W tym okresie programowania Komisja zatwierdziła 38 projektów w sektorze transportu o wartości blisko 4 mld euro. Dofinansowanie unijne wyniesie 2,78 mld euro (1,65 mld euro przeznaczono na projekty drogowe, a 1,12 mld euro na kolejowe).
Kwota, którą należało wydatkować w 2007 r., wynosi około 292 mln euro. W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2007 r. Ministerstwo Transportu zrefundowało 304 mln euro, co oznacza, że w bieżącym roku poziom ten został przekroczony już w sierpniu.
Polaczek poinformował o wynikach poniedziałkowego spotkania z ministrami transportu krajów nadbałtyckich w Tallinie (Estonia), w czasie którego podpisano deklarację wsparcia dla szybszej realizacji inwestycji drogowej Via Baltica. Dotyczy to także budowy obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy. Według ministra, Litwa poprze Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości (ETS) w sprawie budowy tej obwodnicy. Sprawę do ETS skierowała KE, która jest przeciwna tej budowie.

Thursday, July 26, 2007

Nie pozwólmy przekształcić UE w paternalistyczny reżim


Nie pozwólmy przekształcić UE w paternalistyczny reżim
Nasz Dziennik, 2007-07-26
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem społecznym, wykładowcą uniwersytetu w Bremie i UKSW w Warszawie rozmawia Mariusz Bober

Właśnie rozpoczęła prace konferencja międzyrządowa, mająca zdecydować o przyszłości traktatu reformującego, który ma zastąpić projekt konstytucji Unii Europejskiej. Przeciwnicy federalizacji UE oceniają, że traktat reformujący jest de facto tym samym dokumentem, co eurokonstytucja, i ma takie same konsekwencje, czyli prowadzi do utworzenia europejskiego superpaństwa. Podkreślają też, że zostały w nim wprowadzone jedynie redakcyjne zmiany służące jedynie temu, by można było ten projekt przedstawić do zatwierdzenia państwom członkowskim zgodnie z prawem po tym, jak jego poprzednią wersję odrzucili w referendum Francuzi i Holendrzy. Dlatego - podkreślają - traktat reformujący powinien zostać odrzucony, a na pewno o jego przyszłości powinni zdecydować obywatele państw UE, a nie politycy. Podziela Pan ten pogląd?
- Jest to dość pesymistyczna ocena traktatu, sprowadzająca się do stwierdzenia, że traktat reformujący jest próbą obejścia weta Francuzów i Holendrów. Były pewne punkty sporne, które zostały zmienione, np. nie uznano formalnie symboli UE. Jednak nawet w komentarzach niemieckich gazet bagatelizuje się te zmiany, podkreślając, że symbole te i tak są używane. Rzeczywiście, w nowym traktacie zachowano wszystkie najważniejsze postanowienia konstytucji UE. Ponadto dokonano tego bez debaty publicznej w krajach UE. Dlatego należy obecnie zainicjować takie dyskusje. Wiadomo już, że w niektórych krajach, np. w Irlandii, będzie referendum w sprawie przyjęcia traktatu, ale rzeczywiście plebiscyty mogłyby się odbyć także w innych krajach. Zresztą powinny się one odbyć, nawet gdyby to był inny traktat. Gdy przyjmowano eurokonstytucję mówiono o dwóch celach: efektywności UE i demokratyczności. Mówiono m.in., że trzeba przyjąć konstytucję, bo inaczej po przyjęciu nowych państw Unia nie będzie mogła funkcjonować. Jednak to podejście mitologizuje sprawę. Bowiem po przyjęciu nowych państw jasne się stało, że UE nie działa wcale gorzej niż przed rozszerzeniem. Te obawy po prostu się nie potwierdziły. Ciekawe jest natomiast obecnie, że nikt już nie mówi o demokratyzacji UE. Tym ważniejsze są głosy, żeby jeszcze raz poddać nowy dokument pod ocenę obywateli Unii.

Na to również zwracają uwagę zwolennicy przeprowadzenia referendów w krajach członkowskich, podkreślając, że traktat prowadzi tak naprawdę do "deficytu" demokracji w UE, przekazując coraz więcej władzy centralnym instytucjom UE - Radzie i Komisji Europejskiej. Warto zauważyć, że dochodzi tu zarówno do uszczuplenia kompetencji państw narodowych, jak i zmniejszenia wpływu obywateli na funkcjonowanie Unii, a to już jest poważne uderzenie w jej demokratyczny charakter...
- Rzeczywiście mówi się, że w nowym traktacie Rada UE i KE zyskują dodatkowe uprawnienia, a tracą wpływy parlamenty narodowe. Naturalnie tak duża zmiana musi uzyskać aprobatę obywateli. Dlatego myślę, że jak najbardziej wniosek o przeprowadzenie referendów powinien zyskać poparcie, zwłaszcza wśród ludzi, którzy od pewnego już czasu zwracają uwagę na deficyt demokracji w Unii.

Jak Pan jako socjolog ocenia nastroje wśród obywateli UE w tej sprawie. Zwolennicy przeprowadzenia referendów zapewniają, że większość mieszkańców Unii jest przeciwko nowemu traktatowi?
- Nie dysponuję konkretnymi danymi na ten temat. Wiadomo jednak, że w starych krajach członkowskich jest znacznie niższe poparcie dla integracji europejskiej niż w nowych. Poza tym duża część opinii publicznej w starej UE jest obojętna wobec polityki unijnej. Występuje to zwłaszcza w Niemczech. Tu nawet nikt nie mówi o potrzebie przeprowadzenia referendum. Byłoby pewnie inaczej, gdyby Niemcy uważali, że traktat godzi w ich interesy.

No właśnie, po ostatnim szczycie Unii w Brukseli pojawiły się opinie, że Niemcy mają coraz poważniejszy problem z odróżnieniem swoich interesów od interesów UE i wykazują tendencję do ich utożsamienia?
- To było bardzo widoczne w całej kampanii przed szczytem. Eurokonstytucja była czołowym projektem prezydencji niemieckiej. Dlatego niemal histerycznie odbierano postulaty Polski. Traktowano je nie jako pomysł na poprawę funkcjonowania Unii czy zadbanie o równowagę między dużymi, a średnimi i małymi państwami, tylko zamach na niemieckie przywództwo. Taka tendencja do utożsamienia swoich interesów z interesami UE bardzo się wzmogła w ostatnich latach. Pewnie dlatego takie głosy o poddanie pod dyskusję publiczną i referendum w ogóle się w Niemczech nie pojawiają, bo mieszkańcy tego kraju zdają sobie sprawę, że byłoby to dodatkowe utrudnienie dla wprowadzenia proponowanych zmian. Świadczy to o tym, że kwestia efektywności podejmowania decyzji dziś góruje nad innymi priorytetami. Jest zaś rozumiana w ten sposób, by najważniejsze decyzje łatwo mogły podejmować największe kraje Unii. Jeszcze przed szczytem dziennikarze mówili wprost, że np. stanowisko ministra czy przedstawiciela UE ds. polityki międzynarodowej jest pewnikiem. Pytanie tylko, jakie będą jego kompetencje, i z kim będzie konsultował najważniejsze decyzje. Trudno sobie wyobrazić, by nie uzgadniał ich z takimi krajami jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania. Mogę sobie natomiast wyobrazić, że nie będą konsultowane z takimi krajami jak np. Czechy...

...albo Polska?
- Albo Polska.

Pokazuje to, że nasze władze słusznie usiłują zabezpieczyć nasze interesy w rozmowach z UE, np. poprzez możliwość blokowania niekorzystnych decyzji dzięki tzw. mechanizmowi z Joaniny?
- Tak, ale ostatnio niemieckie gazety przekonywały, że Polska już nie upiera się przy możliwości blokowania przez okres aż 2 lat określonych postanowień...

W poniedziałek na konferencji prasowej w Brukseli minister spraw zagranicznych Anna Fotyga wyjaśniła sprawę, stwierdzając, że nie domagamy się gwarancji, by porozumienie z Joaniny dawało wprost możliwość 2-letniego odwlekania pewnych decyzji. Jednak sam ten mechanizm daje taką możliwość i Polska zażądała, by wpisać to do traktatu reformującego.
- Niestety stanowisko Polski jest mało klarowne. Do tej pory byliśmy postrzegani w UE jako państwo niepoważne, które na nowo otwiera rozdziały, które wcześniej zaakceptowało. Powiedziałbym tak: znajdujemy się w trudnej sytuacji, ponieważ niestety jesteśmy osamotnieni, zresztą nie po raz pierwszy w historii. Na szczęście teraz chodzi o spory dyplomatyczne, a nie jakieś inne. Ja mam nadzieję, że to, co miało stanowić o polskim sukcesie na szczycie w Brukseli, zostanie zagwarantowane, czyli przedłużenie obowiązywania Nicei i możliwość blokowania niekorzystnych decyzji po wejściu w życie głosowania w Radzie UE metodą podwójnej większości. Co prawda trzeba pamiętać, że mechanizm blokujący umożliwia zgłaszanie weta nie tylko nam. Jednak biorąc pod uwagę układ sił w Europie myślę, że byłby to dla nas bardzo ważny mechanizm. Jest to również pewne osiągnięcie władz.

Ministrowie państw UE uzgodnili również w poniedziałek, że postanowienia w sprawie traktatu reformującego mają zapaść do szczytu Unii w Lizbonie w dniach 18-19 października. Czy nie oznacza to również, że należy zintensyfikować wysiłki na rzecz przeprowadzenia referendów w krajach członkowskich, aby się wkrótce nie okazało, że sprawę szybko rozstrzygną np. parlamenty poszczególnych państw, a obywatele nie będą mieli już nic do powiedzenia?
- W tej chwili ważniejsze jest właśnie oddziaływanie na społeczeństwo. Poza tym trzeba byłoby szukać sojuszników w sprawie trybu podjęcia decyzji i umożliwić obywatelom państw UE wypowiedzenie się w tak istotnej sprawie tak, by nie ominięto obywateli w tym procesie legalizowania eurokonstytucji. Moim zdaniem, przynajmniej w Polsce referendum w tej sprawie powinno zostać przeprowadzone. Nie wiadomo, jak na traktat reformujący zareaguje opinia publiczna we Francji i Holandii, która wcześniej odrzuciła wcześniejszy projekt konstytucji dla Europy. Zdarzało się już jednak, że gdy np. w Irlandii odrzucono traktat z Nicei referendum powtórzono, by uzyskać pożądaną decyzję.

W ten sposób eurokraci i euroentuazjaści dostarczają uniosceptykom argumentów utwierdzających ich w poglądach, że UE staje się coraz mniej demokratyczna. Oto bowiem, gdy chodzi o akceptację decyzji, których oczekują eurokraci i zwolennicy federalizacji UE, zwykle dotyczących zwiększenia władzy centralnych organów unijnych, dopuszcza się stosowanie różnych trików, jak np. powtarzanie referendów "do skutku". Natomiast decyzji akceptowanych przez Brukselę już się nie powtarza...
- Unia usiłuje w ten sposób wypracować jakąś równowagę między organizmem, który nosi już cechy państwa, a federacją, bo przecież obecnie jest to związek państw. UE całkowicie zdemokratyzowana byłaby już de facto państwem. Dlatego usiłuje się znaleźć równowagę między bezpośrednim wpływem obywateli na sprawy Unii, uprawnieniami krajów, które posiadają demokratyczne reprezentacje na poziomie unijnym i uprawnieniami obywateli państw oraz ich wpływem na decyzje, jakie ich przedstawiciele podejmują. To są trzy różne rzeczy. Są bowiem już tacy euroentuzjaści, którzy mówiąc o demokratyzacji liczą na to, że wytworzy się jakiś "demos", "naród europejski" i on będzie podmiotem suwerenności, tak jak to jest na poziomie państw narodowych. Tymczasem ta demokracja nie może być taka jak na poziomie państw narodowych. Jednocześnie pojawiają się rzeczywiście pewne niebezpieczne tendencje, że ustala się, co jest dobre dla obywateli, nie zwracając uwagi, czy im się to podoba, czy nie. Tłumaczy się przy tym, że demokracja ma różne wymiary, także taki, że jest pewna reprezentacja, która podejmuje decyzje w imieniu obywateli, czyli rządzenie dla ludzi - z ludźmi. Może się to jednak przekształcić w rodzaj paternalizmu...

...albo autorytaryzmu?
- Powiedzmy łagodnego reżimu. Bo ten system zakłada, że rządzi z ludźmi - dla ludzi, czyli uwzględnia ich interesy i głosy...

...komuniści też tak mówili...
- Tak. Tylko te głosy wyrażane są coraz bardziej w sposób pośredni - poprzez różne grupy nacisku czy organizacje pozarządowe, które także w dużej części są finansowane przez Unię, więc są od niej uzależnione. Jest to proces niepokojący z punktu widzenia standardów demokratycznych mówiących, jak realizuje się wolność polityczną. Dlatego należy rzeczywiście dbać, aby UE nie przekształciła się w taki reżim paternalistyczny, domagając się szanowania woli obywateli poszczególnych państw członkowskich, woli samych krajów, reprezentowanych przez ich władze, dbając o równowagę między państwami członkowskimi i organami unijnymi. Dlatego uważam, że pomysł dążenia do jak najściślejszej integracji europejskiej to po prostu dogmat niepoparty racjonalnymi uzasadnieniami. Nie ma żadnych powodów, by kraje członkowskie musiały się zrzekać całkowicie na rzecz UE suwerenności. Dlatego rzeczywiście sposób, w jaki próbuje się wprowadzić traktat reformujący świadczy o tym, że te niebezpieczeństwa są jak najbardziej realne. Więc domaganie się szerszej dyskusji i referendów jest uzasadnione.

Wróćmy na chwilę do sprawy tzw. skuteczności UE, w czym miałaby pomagać coraz ściślejsza integracja. Wskazuje się bowiem, że przykład eurolandu, a więc ścisłej unii walutowej pokazuje, że niekoniecznie ścisła integracja poprawia funkcjonowanie Unii. Podkreśla się bowiem, że wzrost gospodarczy poza eurolandem jest wyższy, niż w krajach tworzących go. Czy nie potwierdza to słuszności stwierdzenia, że centralizacja władzy na dłuższą metę osłabi, a nie wzmocni UE?
- Trudno to obecnie ocenić. Rzeczywiście są politycy, którzy mają podobne poglądy. Na przykład nowy prezydent Francji Nicolas Sarkozy wypowiada się przeciwko polityce finansowej Europejskiego Banku Centralnego i paktowi stabilizacyjnemu. Pojawia się tu jednak także wątek rywalizacji o przywództwo w UE, która moim zdaniem będzie się nasilać. Wracając do sprawy centralizacji władzy - rzeczywiście widać było, że przez pewien czas kraje, które nie przyjęły euro, miały szybszy wzrost gospodarczy. Należy jednak porównywać kraje o podobnym poziomie gospodarki. Trudno np. porównywać tempo wzrostu gospodarczego Polski, która dogania gospodarki unijne, z Niemcami, które już mają ustabilizowaną ekonomię...

Rzeczywiście, ale wzrost gospodarczy wyższy niż w strefie euro mają też takie silne ekonomicznie kraje jak Wielka Brytania czy Szwecja, będące członkami UE?
- Mimo wszystko trudno tu ocenić, czy rzeczywiście ta centralizacja nie służy wzmocnieniu, w tym wypadku gospodarczemu, krajów UE. Przechodząc natomiast na płaszczyznę polityczną trzeba powiedzieć, że na pewno łatwiej jest Francuzom czy Niemcom wpływać na bieg wydarzeń międzynarodowych, gdy mówią, że występują w imieniu całej Europy, a nie jednego państwa. Dlatego ta chęć rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi, rosnące obawy przed Chinami skłania polityków do centralizacji władzy. Wywołuje też przekonanie, że większe organizmy gospodarcze i polityczne mają nie tylko większą szansę przetrwania, ale też zachowania wpływu na politykę międzynarodową niż mniejsze podmioty. Oczywiście może to okazać się złudne...

Związek Sowiecki też był wielki...
- Naturalnie. Jeszcze kilka lat temu w Unii powtarzano często hasło: jedność w różnorodności. Czyli nie miała to być jedność, która likwiduje różnorodność. Jednak każda biurokracja ma tendencje unifikujące. Mimo to uważam, że w przekonaniu elit politycznych korzyści polityczne przeważają nad negatywami. Gdy kilka lat temu był kryzys gospodarczy w Niemczech, mówiło się, że gdyby miały walutę narodową, łatwiej byłoby się z nim uporać. Byłoby np. większe pole manewru w określaniu stóp procentowych itd. Generalnie jednak dominuje dogmat, że musi być coraz ściślejsza integracja UE. W Niemczech nie ma z tym problemu. Obywatele jakby całkowicie zawierzyli pod tym względem kanclerz Angeli Merkel. Co prawda chcieliby np. zmniejszyć składkę płaconą przez Niemcy, ale nie czują się zagrożeni przez Unię...

Nic dziwnego. przecież konstytucja była w zasadzie pisana pod interesy głównie Niemiec...
- Na pewno nie przeciw tym interesom. Ale obiekcje zgłaszane są w
zasadzie tylko w Polsce i Wielkiej Brytanii.

Ale także przywódca hiszpańskiej opozycji dziękował nam za obronę interesów mniejszych państw w UE?
- Również prezydent Czech poniekąd poparł na szczycie w Brukseli nasze stanowisko. Jednak jest to ciągle mniejszość. Reszta państw nie widzi w tym problemu.

Dlaczego? Czy tylko Polakom zależy na swojej suwerenności?
- To dobre pytanie. Chyba rzeczywiście tak jest. Niektórzy mówią, że Polacy mają anachroniczny sposób pojmowania polityki. Ale można też odwrócić sytuację - może jesteśmy takim politycznym sejsmografem, i szybciej wyczuwamy sytuację, przede wszystkim ze względu na doświadczenia historyczne. Mam wrażenie, że w UE obywateli coraz mniej obchodzi polityka i sprawy publiczne. Oni są konsumentami. Żyją w społeczeństwie dobrobytu. Zajmują się przede wszystkim życiem prywatnym, rodzinnym - o ile rodziny jeszcze istnieją, relacjami z innymi ludźmi, romansami itp. Oczywiście interesują się tą częścią polityki, która wpływa na ich dobrobyt bezpośrednio, czyli wysokością podatków, stóp procentowych, odbijających się na oprocentowaniu kredytów itp. Interesują się też sprawami świata o tyle, że chcieliby, aby było wszędzie dobrze, żeby klimat się nie zmieniał...

...żeby można było nadal spokojnie konsumować?
- No właśnie - i zajmować się tym, co się lubi. Są oczywiście pewne negatywne emocje, np. antyamerykanizm. Ostatnio on znacznie osłabł, bo zmieniła się polityka. Jest też antysemityzm i znacznie bardziej silny antypolonizm, który bardzo łatwo jest pobudzić, i którym się gra...

Skąd on się bierze?
- Myślę, że z naszej odmienności. Przeciętny obywatel, np. Niemiec, odbiera to tak, że nagle jacyś tam ludzie na "jakichś rubieżach" Europy domagają się współdecydowania, nie respektując ustalonej hierarchii, która przecież jest oczywista. To im się wydaje kompletnie nierozsądne, niezrozumiałe, nieracjonalne. Brytyjczycy też są niezrozumiani, ale to się kładzie na karb brytyjskiej ekscentryczności. Poza tym są monarchią, no i jakoś sobie radzą, są dużym państwem, dlatego uważa się, że im wolno. Słyszałem kiedyś opinię znanego specjalisty od spraw UE, pracującego dla jednego z niemieckich ośrodków analitycznych, który na konferencji powiedział, że Polska zachowuje się tak, jakby była Wielką Brytanią, Niemcami czy Francją, a przecież nie jest... Dlatego to budzi na Zachodzie irytacje. Poza tym w Polsce toczą się jeszcze spory kulturowe, które od dawna nie toczą się w Europie Zachodniej. One zostały rozstrzygnięte w latach 60., 70. na rzecz takiego bardzo liberalnego sposobu życia, obyczajowości. Innym wartościom pozwolono trwać, ale gdzieś tam w niszach, w prywatności. Dlatego Polska jest odbierana jako kraj ekscentryczny, tym bardziej że w innych krajach nowoprzyjętych do UE nie ma takich problemów. Co prawda prezydent Czech wypowiada się niekiedy krytycznie o Unii, ale jest on odosobniony w swych poglądach nawet we własnym kraju. Może to właśnie tłumaczy, dlaczego Polska samotnie walczyła o zmianę sposobu podejmowania decyzji w Radzie UE, niekorzystnego dla wszystkich mniejszych i średnich państw. Myślę, że wynika to właśnie z takiego przekonania, że ta duża scentralizowana Europa obroni ten sposób życia, ten dobrobyt, zapewni bezpieczeństwo.

Czyli paradoksalnie w nowych państwach członkowskich, które dopiero co stały się wolne, a przynajmniej w Polsce, jest większe przywiązanie do równości wobec prawa w polityce międzynarodowej, niż w cieszących się od lat wolnością starych państwach UE, które utrwaliły sobie hierarchię ważności państw, uzależnioną od oceny ich siły gospodarczej i politycznej?
- Rzeczywiście tak jest. Ponadto wyraźne jest poczucie hierarchii ważności państw. Często w wypowiedziach zwykłych ludzi, poirytowanych postawą Polski, pojawiały się takie głosy, że przecież ten kto płaci, ten wymaga. Więc kraje, które płacą najwięcej do UE powinny mieć prawo do decydowania o jak największej liczbie spraw. Powinny mieć jak największy wpływ na politykę Unii i najsilniejszy w niej głos...

Czyli mówiąc krótko - mogą sobie kupić podporządkowanie mniejszych i biedniejszych państw?
- Pan to tak ujął bardzo drastycznie. Inni mówią raczej np. o tym, że solidarność europejska działa w dwie strony. Na przykład pomagamy wam w sporze z Rosją, korzystacie z funduszy europejskich, a to pociąga za sobą zobowiązania. Różnicę w rozumieniu roli Polski w Europie widać także na poziomie semantycznym, językowym. W Polsce mówi się, że wstąpiliśmy do Unii Europejskiej. Ale w starej UE ujmuje się to tak, że to Unia się rozszerzyła. Niby to samo, a jednak nie to samo, bo w tym drugim ujęciu rozumie się to tak, że to my was przyjmujemy, i dajemy pewne korzyści. Słuchałem właśnie w radiu komentarzy po wyborach w Turcji i tu jeszcze bardziej czuć tę wyższość. Widać, że coraz bardziej nie chce się przyjmować tego kraju do UE. Mieszkający w RFN Turcy mówią: przecież nam obiecano. Jednak nie wyobrażam sobie sytuacji, że przyjmie się do Unii ten duży kraj przy obowiązywaniu systemu podwójnej większości, który ostatnio przyjęto, bo miałby zbyt dużą władzę.

Ale mówi się też, że pod presją gospodarczą mógłby pomagać np. Niemcom forsować w UE korzystne dla Berlina decyzje?
- Być może, ale istnieje ryzyko, że nie zawsze tak może być. W dyskusjach polsko-niemieckich też pojawia się podobny argument: myśmy działali na rzecz przyjęcia Polski do UE, a wy teraz jesteście niewdzięczni. Szok związany z wysłaniem polskich wojsk do Iraku wspólnie z Amerykanami był tu przełomowy. Ta decyzja to był nasz "grzech pierworodny" w UE. Również Turcja może okazać się niewdzięczna, gdy już zostanie członkiem Unii.

Przywołując słowa byłego prezydenta Francji "straciliśmy okazję, by siedzieć cicho"?
- Nie tylko, "straciliśmy także okazję", by nic nie robić, albo wykazać się lojalnością. Tymczasem my nie tylko coś powiedzieliśmy, ale podjęliśmy też pewne działania wbrew stanowisku starej UE. Pamiętam, jak podczas kampanii przed przystąpieniem do Unii prezydent Kwaśniewski mówił, że stajemy się członkami elitarnego klubu i teraz wszystko już będzie dobrze. Tymczasem w tym klubie nie siedzi się spokojnie, paląc cygara i czytając gazety, tylko trwa ostra przepychanka. Niektórzy siedzą na wspaniałych fotelach, inni na...

...stołkach?
- ...można tak powiedzieć. Niektórzy siedzą na stołkach, niektórzy...

...próbują spod innych wyciągnąć stołki?
- A w każdym razie odpychają ich od foteli. Miałem obawy przed wstąpieniem Polski do UE. Wiedziałem, że będziemy musieli prowadzić trudną walkę o swoją pozycję. Jednak nie wydaje mi się, że istnieje rozsądna alternatywa dla członkostwa w UE. Powinniśmy jednak budować w UE związki regionalne. Cieszę się, że udało się nawiązać współpracę z Czechami i Litwą. Poza tym Unia nie jest monolitem. Myślę, że wkrótce będą się działy ciekawe rzeczy na styku francusko-niemieckim. To też będzie okazja do zajęcia stanowiska. Na pewno im więcej pluralizmu w Europie, tym lepiej dla nas...