Friday, September 21, 2007

Unia chce wyciąć z Bałtyku polską flotę


Unia chce wyciąć z Bałtyku polską flotę
Nasz Dziennik, 2007-09-21
W Departamencie Rybołówstwa w Brukseli kontrolą wykorzystania kwot w Komisji Europejskiej zajmują się Szwed i Niemiec. W ich interesie jest więc pokazać, że to nasza flota łowi za dużo



Z ministrem gospodarki morskiej Markiem Gróbarczykiem rozmawia Paweł Tunia

Unijny komisarz ds. rybołówstwa Joe Borg nadal nie zamierza znieść zakazu połowu dorsza przez naszych rybaków. Zakaz ma obowiązywać do końca roku. Czy to oznacza, że sprawa jest już przegrana, czy też można podjąć jeszcze jakieś kroki, aby zmienić tę sytuację?
- Od początku zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że zniesienie zakazu połowu dorsza nie jest sprawą prostą. Dlatego przygotowując się do poniedziałkowej wizyty, przyjęliśmy inny plan działania. Walczyliśmy o to, aby podważyć dane, na podstawie których wyliczane są kwoty połowowe przyznawane państwom UE, oraz całą sprawozdawczość unijną związaną z raportowaniem ilości odłowionych dorszy.
Udało nam się uzyskać zapewnienie komisarza Borga o nieblokowaniu nam działania w celu powołania niezależnej komisji przy Radzie UE, która zbada zasoby dorszy na Bałtyku. Według nas, informacje, na których bazuje Komisja Europejska, nie są prawdziwe. Druga kwestia to uzyskanie zapewnienia komisarza Borga, że zorganizuje spotkanie wszystkich ministrów krajów bałtyckich, w czasie którego chcemy przedstawić nasze argumenty. Wiemy, że UE jest uwikłana w wielką aferę związaną z błędnym raportowaniem ilości złowionych dorszy. Te kwoty, które są przyznane, to fikcja! Żaden kuter nie utrzyma się z takiej kwoty, dlatego raporty są zaniżane.

Jak to wygląda w praktyce?
- W raportach przesyłanych do Komisji Europejskiej każdy kraj informuje, że złowił tyle ryb, ile wynosiła kwota - aby nie dostać zakazu. W rzeczywistości jest to bzdura! Te komisje, sprawozdania, oceny to wytwory biurokracji! Zaprezentowano nam wyniki sprawozdania z kontroli w Szwecji, które pokazują 4-procentowe przekroczenie kwoty połowowej. Na przykładzie pierwszego z brzegu kutra szwedzkiego GG 44, który miał wyładunki w polskich portach, stwierdziliśmy, że w ciągu pół roku wyłowił 178 ton dorszy. Przez rok wyłowi 356 ton, podczas gdy jego roczna teoretyczna kwota połowowa powinna wynosić 40 ton. A więc przekroczy ją prawie dziewięć razy! Takich łodzi w Szwecji jest oficjalnie 319 sztuk, a nieoficjalnie mówi się o 2000 sztuk. Przekazaliśmy komisarzowi Joemu Borgowi materiały także o tym kutrze, ale i wiele innych dokumentów i opinii, które podważają cały system raportowania i przyznawania kwot połowowych. Jeśli Komisja zamiecie to pod dywan, to będzie to znak, że nieuczciwy lobbing wygrał sprawę.

Wspomniał Pan o komisji, która ma zbadać rzeczywiste zasoby dorszy w Bałtyku. Ale jak sam komisarz Borg odnosi się do problemu polskich rybaków, którym jego decyzja bardzo szkodzi?
- Pokładamy w nim wielkie nadzieje. Prosiłem komisarza, aby pomógł w sprawie polskiej, bo tylko on może to zrobić. Komisarz potwierdził, że w listopadzie odwiedzi Polskę, jednak jest to dla nas zbyt odległy termin. Ale trzeba wiedzieć, że osobami, które zajmują się w Departamencie Rybołówstwa w Brukseli kontrolą wykorzystania kwot w KE, są Szwed i Niemiec. W ich interesie jest więc pokazać, że to nasza flota łowi za dużo i przekracza kwoty. Problemem jest też to, że niestety, ale nasza flota po negocjacjach prowadzonych przez SLD jest najmniejszą na Bałtyku, mniejszą nawet od flot Litwy i Estonii, a teraz UE chce ją całkowicie zlikwidować. Podczas spotkania z Komisją Europejską zakomunikowano nam, że nie będzie żadnych problemów z dotacjami unijnymi na dalszą redukcję floty. Ja to rozumiem jednoznacznie: UE chce wyciąć z Bałtyku polską flotę rybacką. Dopóki rząd Jarosława Kaczyńskiego sprawuje władzę, nie dopuści do realizacji takiego scenariusza.

Dziękuję za rozmowę.

Thursday, September 20, 2007

Musimy sami zadbać o siebie o zdywersyfikowanie źródeł dostaw


Musimy sami zadbać o siebie o zdywersyfikowanie źródeł dostaw
Perspektywa konieczności zapłacenia za tranzyt oraz działki, przez które biegłby rurociąg, tłumaczy też, dlaczego wciąż stoi w miejscu dokończenie budowy II nitki gazociągu Jamał - Europa. Podczas budowy I nitki wyszło na jaw wiele skandalicznych wręcz spraw, jak np. wadliwe skonstruowanie umowy, co powoduje, że Polska w praktyce dopłacała do tego projektu, zamiast na nim zarabiać. W dodatku to właśnie ta inwestycja jest przykładem realizacji przez Rosjan biznesu w Europie kosztem interesów Polski, co odbywało się jednak często niestety z przyzwoleniem niedawnych włodarzy naszego kraju. Sprawa ta ujawniła zadziwiającą do niedawna niedbałość centralnych urzędów o polską rację stanu.
Obecna ekipa rządząca wykazuje determinację w sprzeciwie wobec projektu Nord Stream. Widać też starania o zdywersyfikowanie źródeł dostaw. To pierwszy krok do zapewnienia nam bezpieczeństwa energetycznego. Kolejny to - w obliczu rosyjsko-niemieckiej "dwururki" (gazociąg ma mieć docelowo dwie nitki, a według niektórych równolegle może być również ułożony rurociąg naftowy) - monitorowanie jej, aby po raz kolejny w historii nie była wymierzona w Polskę, nawet jeśli nie wypali...

Warto mieć złotego!


Warto mieć złotego!
Nasz Dziennik, 2007-09-20
Likwidacja walut narodowych i wprowadzenie w ich miejsce jednej wspólnej nie jest niezbędnym warunkiem korzystnej integracji krajów biorących w niej udział. Ani w grupie krajów tworzących organizację NAFTA w Ameryce Północnej, ani w grupie krajów tworzących organizację ASAEN w Azji koncepcja likwidacji walut narodowych nie jest realizowana, a kraje będące członkami tych organizacji mają z reguły szybsze tempo wzrostu gospodarczego niż kraje tworzące strefę euro.

Na mocy artykułu 4 Traktatu Akcesyjnego Polska stała się członkiem Unii Gospodarczej i Walutowej z derogacją. Tym samym otwarta została droga prowadząca do likwidacji polskiego złotego. W traktacie tym nie podano jednak żadnej daty przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Oznacza to, że do Eurolandu przystąpić możemy np. w roku 2013 lub w roku 2113. Z tego punktu widzenia za całkowicie nieuzasadnione należy uznać wszelkie wypowiedzi komisarza UE Joaquű"na Almunii sugerującego, iż Polska powinna w najbliższej przyszłości taką datę podać.

Nie chcemy europropagandy
W grudniu 2005 r. na łamach miesięcznika "Prawo Bankowe" radca w Ministerstwie Finansów, były pracownik NBP Konrad Szeląg zaapelował do przedstawicieli organów polskiej władzy państwowej o wzmożenie działań mających na celu propagowanie koncepcji przystąpienia Polski do Eurolandu.
W artykule tym K. Szeląg zaproponował utworzenie międzyresortowej grupy roboczej ds. komunikacji społecznej. W skład tej grupy winni wchodzić, jego zdaniem, przedstawiciele Ministerstwa Finansów i NBP, a także innych instytucji, np. Związku Banków Polskich, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej itd. Przedstawiciele tej grupy powinni współpracować nie tylko z podmiotami polskimi, ale także z ponadnarodowymi (np. z Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Centralnym czy też niektórymi bankami centralnymi ze strefy euro). Trzeba pozytywnie ocenić fakt, iż przedstawiciele Rady Ministrów w taką akcję propagandową, jak dotychczas, nie włączyli się.
Z drugiej strony z olbrzymim niepokojem wielu ludzi obserwowało działania poprzedniego kierownictwa Narodowego Banku Polskiego z prezesem Leszkiem Balcerowiczem na czele. Przez pewien czas przedstawiciele polskiego banku centralnego zobowiązanego konstytucyjnie do troski o polskiego złotego podejmowali działania mające na celu jego likwidację. NBP finansował audycje radiowe i telewizyjne, w których promowana była koncepcja likwidacji złotego. Opracowywane były scenariusze lekcji dla młodzieży, podczas których młodym Polakom miała być obrzydzana suwerenność monetarna Polski. Działania takie były bardzo szkodliwe. Na szczęście, wedle mojej wiedzy, zostały one obecnie zaniechane. Nie ma jednak pewności, czy w przyszłości znów nie zostaną podjęte.
Na temat zasadności wejścia Polski do strefy euro toczy się poważny spór, który powinien znaleźć swoje odbicie w referendum. Wedle ostatnich badań Taylor Nelson Sofres (TNS), przeprowadzonych na zlecenie londyńskiego instytutu Open Europe, liczba zwolenników zachowania złotego jako waluty narodowej (58 proc.) jest w Polsce większa od liczby zwolenników wejścia do strefy euro (32 proc.). Bardzo pozytywnie oceniam nowego prezesa NBP Sławomira Skrzypka i głęboko wierzę, że pod jego kierownictwem nasz bank centralny będzie starał się zachować bardziej neutralne stanowisko w sprawie problemu członkostwa Polski w strefie euro. Ogromnie mnie cieszy, że prezes S. Skrzypek opowiedział się za przeprowadzeniem referendum w tej sprawie.

Czym jest suwerenność monetarna
Suwerenność monetarna daje prawo do prowadzenia własnej polityki pieniężnej. We współczesnej gospodarce prawo to jest uprawnieniem niezwykle ważnym. Bank centralny, wykorzystując swoje instrumenty, może poprzez tzw. kanały transmisji oddziaływać nie tylko na procesy inflacyjne, ale także i na stan aktywności gospodarczej. Jest więc rzeczą niezmiernie ważną, aby również Polska miała nadal swój własny bank centralny, którego cele będą ustalane przez polską władzę ustawodawczą, a jego polityka będzie musiała służyć realizacji polskiego interesu narodowego.
Polska jak powietrza potrzebuje szybkiego, długookresowego wzrostu gospodarczego. Kraje, które np. na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat charakteryzowały się wysokim średniorocznym tempem wzrostu realnego PKB, posiadały własną walutę i prowadziły własną politykę pieniężną. Można z tego wysunąć wniosek, że likwidacja własnej waluty i dobrowolna rezygnacja z prawa do prowadzenia własnej polityki pieniężnej nie są wcale niezbędnym, koniecznym warunkiem rozwoju kraju. Wynika z tego, że aby szybko się rozwijać, nie musimy wcale likwidować polskiego złotego i rezygnować z prawa do prowadzenia własnej polityki pieniężnej.

Euro a suwerenność Polski
Na łamach miesięcznika "Bank i Kredyt" (nr 4 z 2003 r.) wspomniany już wyżej K. Szeląg stwierdził, że "docelowo nieunikniona wydaje się ewolucja od koordynacji polityk gospodarczych (chodzi o grupę krajów tworzących UGiW) do prowadzenia jednolitej polityki gospodarczej" (i towarzyszącej jej jednolitej polityce pieniężnej). Można więc wysunąć tezę, że wprowadzenie euro przyczynia się i przyczyniać będzie do przenoszenia dotychczasowych kompetencji państw narodowych na szczebel ponadnarodowy i tym samym do budowania de facto Federalnego Państwa Europejskiego (FPE).
Martin Stuart Feldstein, amerykański ekonomista, profesor Harvard University, były przewodniczący Rady Doradców Ekonomicznych prezydenta USA Ronalda Reagana, szef Narodowego Biura Badań Ekonomicznych, pisał w 1997 r. na łamach "Foreign Affairs", że "długofalowym efektem przyjęcia jednej waluty będzie (...) utworzenie Europejskiego Państwa Federalnego". Z kolei Brytyjczyk Bernard Connolly, który stał na czele działu Komisji Europejskiej monitorującego m.in. funkcjonowanie tak zwanego Europejskiego Systemu Walutowego, w swej książce "The Rotten Heart of Europe. The Dirty War for Europe"s Money" z 1995 r., stwierdza bardzo wyraźnie, że "rzeczywistym celem unii walutowej jest powstanie europejskiego superpaństwa".
13 kwietnia 2007 r. przebywał w Polsce premier Belgii Guy Verhofstadt, który zaapelował o utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. Nowy organizm polityczny miałby wspólny rząd i prezydenta. Państwo to mogłoby się też nazywać Republiką Europejską. Co szczególnie interesujące, państwo to, zdaniem premiera Belgii, powinno obejmować tylko kraje, które znajdują się w strefie euro.
Z ekonomicznego punktu widzenia strefa euro, czyli Europejska Unia Gospodarcza i Walutowa, zwana także Eurolandem, stanowi de facto państwo. Na przykład, według statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego, strefa euro jest już traktowana na równi z państwami. Wprowadzenie euro i likwidacja walut narodowych stanowi główną przyczynę przenoszenia coraz większej liczby kompetencji państw członkowskich na szczebel ponadnarodowy. Pojawienie się projektu konstytucji europejskiej, a obecnie traktatu reformującego, było moim zdaniem nieuniknionym i odroczonym w czasie skutkiem likwidacji walut narodowych.

Przykład grupy G-3
Często wysuwany jest argument, że na przystąpieniu do Eurolandu skorzystały najbardziej kraje najbiedniejsze. Warto się zastanowić, czy jest to w ogóle prawda i czy skala ewentualnych korzyści jest znacząca. Należy przede wszystkim zauważyć, że do strefy euro należą kraje o zróżnicowanym poziomie PKB na 1 mieszkańca. Najniższy poziom tego wskaźnika mają Grecja, Portugalia i Hiszpania. Grupę tych krajów można nazwać roboczo grupą G-3. Popatrzymy teraz na ich wyniki makroekonomiczne. Od momentu likwidacji walut narodowych, czyli od 1999 r. do roku 2006, średnia stopa wzrostu PKB w grupie G-3 wynosiła 3,1 procent.
Ponieważ Grecja weszła do strefy euro w roku 2001, można też policzyć średnie tempo wzrostu gospodarczego w latach 2001-2006, czyli dla okresu, w którym własnej waluty narodowej nie miały ani Grecja ani Hiszpania, ani Portugalia. Średnie tempo wzrostu gospodarczego w tym okresie wynosiło 2,7 procent. Przecież takie tempo wzrostu jest tak naprawdę, jak na kraje wschodzące, które mają się szybko rozwijać, bardzo niskie. Czy bowiem posłużymy się liczbą 2,7 proc., czy - jak to wynika z innego okresu - 3,1 proc., tempo to jest małe. Czy w tej sytuacji można w ogóle powiedzieć, że wzrost gospodarczy najbiedniejszych krajów Eurolandu był wysoki? Mam duże wątpliwości.
Pragnę w tym momencie zwrócić uwagę na inny, może jeszcze ważniejszy aspekt sprawy. Grupa G-3 obejmuje najbiedniejsze kraje Eurolandu. Popatrzmy, czy w okresie od momentu wprowadzenia euro można znaleźć przykłady takich krajów wschodzących, których gospodarki rozwijały się szybciej niż grupa G-3. Otóż przykładów takich jest wiele.
Wystarczy odnotować Koreę Południową z tempem wzrostu 5,7 proc., Indie - 4,4 proc., Malezję - 5,4 proc., Tajlandię - 4,9 proc., Indonezję - 4,4 proc., Tajwan - 3,9 proc., Chile - 3,9 proc., Peru - 3,9 proc., Turcję - 3,8 procent. Te wszystkie kraje rozwijały się szybciej niż państwa Grupy G-3. Wynika z tego jedno: dróg rozwoju jest wiele. Podałam liczne przykłady. Zaprezentowałam kraje z Azji, Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu. Państwa te dzieli wiele. Nie tylko położenie geograficzne, ale także struktura systemu finansowego, struktura PKB i jeszcze inne czynniki. Ale łączy je jedno. Kraje te nie likwidowały własnej waluty, zachowały suwerenność monetarną. Widzimy więc, jak wiele jest przykładów potwierdzających tezę o tym, że suwerenność monetarna stwarza szansę szybkiego rozwoju gospodarczego.

Słynni ekonomiści o wspólnej walucie
Wielu czołowych ekonomistów wyrażało lub wyraża swój niechętny stosunek do koncepcji wprowadzenia euro. Milton Friedman (Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii z 1976 r.) sądził na przykład, że błędem jest prowadzenie tej samej polityki monetarnej przez EBC dla krajów znajdujących się w różnych fazach cyklu koniunkturalnego. Opinia ta wyrażona została w wypowiedzi dla włoskiego dziennika "Corriere della Sera" w roku 2001. Podkreślał on, że warunkiem powodzenia unii walutowej jest unia polityczna, czyli tak naprawdę likwidacja państw narodowych, a na to naszej zgody po prostu nie może być nigdy.
Robert Lucas (Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii z 1995 r.) mówi z kolei, że jego zdaniem "wielość walut nie jest przeszkodą na drodze do osiągania wysokiego poziomu dobrobytu, ewentualne korzyści ekonomiczne z wprowadzenia wspólnej waluty są raczej skromne, a brak zaufania do kogoś obcego, kto miałby prowadzić dotychczasową krajową politykę pieniężną, może rodzić opór wobec unii monetarnej". Zapytany wprost o opinię o unii walutowej mówi, że "na polityce się nie zna", co wyraźnie wskazuje na to, że trafnie ocenia on, iż rzeczywiste motywy likwidacji walut narodowych miały charakter polityczny. Wypowiedzi Lucasa zamieszczone zostały w wywiadzie opublikowanym na łamach miesięcznika "Gospodarka Narodowa", nr 5-6 z 1999 roku.
Gary Becker (Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii z 1992 r.) twierdzi, że błędem jest likwidacja rywalizacji monetarnej między poszczególnymi krajami. Pogląd taki wypowiada na łamach tygodnika "Business Week" ze stycznia 1996 r. w artykule "Zapomnijmy o unii walutowej - niech waluty europejskie konkurują".

Ustanówmy nowe święto
Zamiast likwidować polskiego złotego, należy jeszcze bardziej uświadamiać nasze społeczeństwo w zakresie znaczenia suwerenności monetarnej Polski w życiu naszego kraju. W związku z tym proponuję, aby 28 kwietnia każdego roku obchodzić Urodziny Polskiego Złotego. Stanowiłoby to okazję do poszerzenia wiedzy w zakresie roli Narodowego Banku Polskiego.
W styczniu 1924 r. Sejm uchwalił słynną reformę walutową, która pozwoliła opanować katastrofę hiperinflacji i chaos gospodarczy. W kwietniu 1924 r. w miejsce zniszczonej inflacją marki polskiej wszedł do obiegu złoty, poprzednik naszej obecnej jednostki pieniężnej. Zajął się tym utworzony wtedy Bank Polski - poprzednik Narodowego Banku Polskiego. Dnia 28 kwietnia 1924 r. Bank Polski rozpoczął działalność i podjął emisję nowej waluty - złotego. Miało to być nawiązanie do długiej tradycji monetarnej. Złoty Polski był jednostką pieniężną stosowaną w dawnej Polsce już w końcu XV wieku. Nawet w czasach porozbiorowych, gdy w obiegu znajdował się obcy pieniądz, przywiązanie do złotego było silne. Ojcem złotego i współtwórcą Banku Polskiego SA był wybitny polityk, ekonomista - Władysław Grabski.

dr Gabriela Masłowska,
posłanka na Sejm RP IV i V kadencji,
członkini Komisji Finansów Publicznych

Ukarani za Szwedów


Ukarani za Szwedów
Nasz Dziennik, 2007-09-20
Z powodu wprowadzonego przez Komisję Europejską zakazu połowu dorsza dla polskich rybaków nawet 25 tys. osób związanych z sektorem rybołówstwa morskiego może stracić pracę


Unijny zakaz połowu dorsza, który obowiązuje polskich rybaków do końca roku, może spowodować nieodwracalne skutki dla naszej gospodarki. Pracę może stracić 25 tys. osób z sektora rybołówstwa morskiego. Może dojść nawet do likwidacji polskiego rybołówstwa. Minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk w poniedziałek w programie "Polski punkt widzenia" w Telewizji Trwam przyznał, że nie liczył na pozytywny efekt negocjacji w Brukseli, ale dodał, że dzięki tym rozmowom podważyliśmy cały sposób raportowania unijnych połowów. Okazuje się, że informacje, które są przekazywane przez Szwecję, Niemcy i Danię, są danymi niezgodnymi z prawdą.

Od kilku dni rybacy mają bardzo poważne problemy wynikające z decyzji europejskich urzędników, którzy zakazali im połowu dorsza na Bałtyku, twierdząc, że łowimy ich za dużo. Komisja Europejska, wprowadzając zakaz połowów dorsza, opierała się na wynikach kontroli, która dowodzi, że połowy tego stada przez polskich rybaków, trzykrotnie przekroczyły ilości zgłoszone przez Polskę, co oznacza w konsekwencji całkowite wyczerpanie limitu.
- Chcemy, by Komisja Europejska rzetelnie i prawidłowo oceniła zasoby dorsza w Bałtyku. Od chwili, gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, sprawozdawczość dotycząca zasobów dorsza jest wciąż fikcyjna, należy je dokładnie zracjonalizować, uaktualnić wszelkie dane - powiedział w poniedziałek w programie "Polski punkt widzenia" w Telewizji Trwam poseł Czesław Hoc (PiS).
Zadziwiający jest fakt, iż zakaz dotyczy tylko polskich rybaków. Komisja Europejska obawia się, że polskie połowy zachwieją całą populacją dorsza w Bałtyku. Unijny zakaz połowu dorsza obowiązuje do końca roku. Może on spowodować nieodwracalne skutki dla rybaków i polskiego przemysłu. - Około 25 tys. ludzi w Polsce jest związanych z sektorem rybołówstwa morskiego i jeśli poddamy się temu zakazowi, to naprawdę zlikwidujemy polskie rybołówstwo - stwierdził poseł Hoc.
Rozmowy przeprowadzone w Brukseli przez stronę polską nie doprowadziły niestety do zniesienia zakazu. - Dużo nie obiecywaliśmy sobie po tej wizycie, jednak jednoznacznie pokazała ona, że podważyliśmy cały sposób raportowania unijnych połowów. Informacje, które są przekazywane przez Szwecję, Niemcy i Danię, są danymi nieprawdziwymi, niezgodnymi z prawdą. Pokazaliśmy przykład statków szwedzkich, które łowią na polskim łowisku, których raportowanie jest inne niż to, które pojawia się w oficjalnych informacjach, które przekazuje do Unii Europejskiej Szwecja - mówił w programie "Polski punkt widzenia" minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk. - Na tej podstawie Unia zbudowała strukturę szacowania zasobów naturalnych w Bałtyku, na tej podstawie wydano opinię, jaki jest stan dorsza na Bałtyku - zauważył minister.

Weronika Pachla

Cukru coraz mniej


Cukru coraz mniej
Nasz Dziennik, 2007-09-20
Ruszyła tegoroczna kampania cukrownicza


Około 1,6 mln ton - tyle cukru wyprodukujemy podczas rozpoczętej właśnie kampanii 2006/2007. Niekwestionowaną pozycję lidera na rynku zachowa Krajowa Spółka Cukrowa - Polski Cukier. Niestety, może to być ostatni dobry rok dla cukrownictwa, bo w ramach reformy narzuconej przez Komisję Europejską produkcja cukru w kolejnych latach znacznie się zmniejszy.

Jako pierwszy oficjalnie kampanię cukrowniczą rozpoczął koncern Pfeifer & Langen Polska SA w cukrowniach Gosławice, Miejska Górka i Środa Wielkopolska. Ale w innych zakładach też już powoli rozkręca się skup. KSC uroczyście rozpocznie kampanię w przyszłym tygodniu z udziałem ministra rolnictwa Wojciecha Mojzesowicza w cukrowni Dobrzelin (woj. łódzkie).

Lider bez zmian
W tym sezonie cukrownie mają wyprodukować około 1,6 mln ton cukru. Najwięcej - ponad 650 tys. ton - opuści zakłady należące do holdingu Polski Cukier. Drugie miejsce zajmuje Suedzucker (około 400 tys. ton), a dalsze pozycje należą do Pfeifer & Langen (250 tys. ton), British Sugar Overseas i Nordzucker (obie firmy mają udział w rynku wynoszący po niespełna 200 tys. ton). Łącznie produkcja cukru zapewni nam w tym sektorze 3. miejsce w Unii Europejskiej.
Pozycja poszczególnych producentów jest od lata stała, bo wynika w dużej mierze z organizacji rynku w UE. Każdy kraj, a co za tym idzie - każdy wytwórca, ma bowiem określony limit produkcji, a ponieważ u nas najwięcej cukrowni ma wciąż KSC Polski Cukier, zachowuje pozycję lidera.
Ale liczba cukrowni zapewne po tej kampanii spadnie (co roku są zamykane jakieś zakłady), podobnie jak zmniejszy się areał buraków cukrowych. Szacuje się, że w tym roku plantatorzy obsiali około 230 tys. ha, a przeciętne plony przekroczą prawdopodobnie 45 ton z hektara. Zawartość cukru w surowcu ma osiągnąć średnio 17 procent. Rolnicy za tonę buraków mają dostawać równowartość prawie 30 euro (plus rekompensata, co razem da mniej niż 40 euro). Niestety, od kilku lat jest obserwowany stały spadek cen skupu.

Mniej cukrowni?
To, co dzieje się na rynku cukru, to głównie skutek unijnych reform, przeciwko którym - co trzeba zaznaczyć - Polska od początku protestowała. Bruksela konsekwentnie dąży do zmniejszenia produkcji cukru w całej UE. Ponieważ mało kto dobrowolnie wygaszał cukrownie, Bruksela chce teraz wymusić redukcje. Polska ma mieć zmniejszony limit produkcji o 13,5 procent. Marchewką dla cukrowni mają być zachęty finansowe. Efekt tego może być taki, że przed kolejną kampanią może zostać zamkniętych kilka cukrowni. A przecież trzeba pamiętać, że od 1990 r. jesteśmy świadkami drastycznych zmian na rynku. Ocalała tylko część przetwórni buraków. Przykładem może być Polski Cukier. Gdy powstawał, liczył 27 firm, teraz cukier wytwarza tylko 11 zakładów. Podobnie jest w przypadku pozostałych przedsiębiorstw. Choć cukrownie zastanawiają się, czy dobrowolnie iść "na rzeź", czy też czekać na decyzje Brukseli.
Także rolnicy są nakłaniani do tego, aby rezygnować z upraw buraków lub je zmniejszać. Bruksela obiecuje im w zamian pomoc restrukturyzacyjną do wysokości 10 proc. posiadanej przez plantatora kwoty produkcji buraków. Jeśli ktoś zrezygnuje z siania buraków, może liczyć na jednorazową rekompensatę w wysokości prawie 240 euro. I część plantatorów się na to godzi, przestawiając się na inną produkcję. Popularna jest np. uprawa pszenicy. - Ziemia pod buraki musi być wysokiej klasy, podobnie jak pod pszenicę. Jeśli więc ktoś dysponuje kapitałem, aby zainwestować w zboża, może to być opłacalna zmiana, zwłaszcza że ceny pszenicy są od roku bardzo wysokie i ten sektor ma dobre perspektywy na przyszłość - wyjaśnia Zbigniew Czerwonka, doradca rolny.

Z cukru nie zrezygnujemy
Ministerstwo rolnictwa zapewnia, że Polska wciąż pozostanie znaczącym producentem cukru, choć tak jak inne kraje będziemy go produkować coraz mniej. Nikt nie ma jednak zamiaru przerywać dwuwiekowej tradycji wytwarzania cukru z buraków. Tam, gdzie nie będą już działały instalacje do rafinacji białych kryształków, rozważane jest prowadzenie alternatywnej produkcji, np. biopaliw. Choć akurat to jest uzależnione od rozwoju tej branży.

Krzysztof Losz

Monday, September 17, 2007

UNIA EUROPEJSKA zablokowala dla Polskich Rybakow polowy na Baltyku.


UNIA EUROPEJSKA zablokowala dla Polskich Rybakow polowy na Baltyku.

Janowsze wiadomosci z przed kilku minut podaja ze jednak nie zniesiono zakazy na polowy dorsza.
UE-Polska-połowy dorsza
Poniedziałek, 17 września 2007

Zakaz łowienia dorszy na Bałtyku Wschodnim będzie dziś (17.09)głównym tematem spotkania ministra gospodarki morskiej Marka Gróbarczyka z unijnym komisarzem do spraw rybołówstwa Joe Borgiem. Zakaz wprowadzony przez Komisję Europejską, wszedł w życie 15 września i obowiązuje do końca roku.



Przeciwko tej decyzji protestują polscy rybacy, którzy domagają się jej cofnięcia. Argumentują, że utrzymanie zakazu do końca roku doprowadzi do kryzysu w polskim rybołówstwie. Władze w Warszawie chcą więc przekonać Brukselę do zmiany decyzji. Jednak rzeczniczka Komisji Mireille Thom wyklucza możliwość zniesienia zakazu. "Decyzja Komisji jest oparta na dokładnych wyliczeniach. Nie podejmujemy jej zbyt często, tylko w oparciu o twarde podstawy. Nie ma więc powodu, by tę decyzję zmieniać" - dodała rzeczniczka. Komisja tłumaczy, że kontrole unijnych ekspertów wykazały, iż Polska wykorzystała przyznane jej tegoroczne limity. Polscy rybacy kwestionują rzetelność tych inspekcji. IAR/B.Płomecka,Bruksela/dabr

SPOTKANIE MINISTRA GOSPODARKI MORSKIEJ I PODSEKRETARZY STANU Z KOMISARZEM DS. RYBOŁÓWSTWA I GOSPODARKI MORSKIEJ UNII EUROPEJSKIEJ - zapowiedź



W poniedziałek, 17 września br., Minister Gospodarki Morskiej RP Pan Marek Gróbarczyk oraz Podsekretarze Stanu Pan Grzegorz Hałubek i Pan Piotr Zalewski spotkają się z Komisarzem ds. rybołówstwa i gospodarki morskiej UE Panem Joe Borg’iem. Ministrowie przebywać będą w Brukseli z oficjalną wizytą. Tematem spotkania będzie sytuacja polskich rybaków po wprowadzeniu przez Komisję Europejską zakazu połowów dorsza na Bałtyku Wschodnim przez polskie jednostki do końca roku 2007.

Program wizyty:

godz. 9:45

Spotkanie Ministra Gospodarki Morskiej RP i Podsekretarzy Stanu z Komisarzem ds.rybołówstwa i gospodarki morskiej UE

Bruksela, Siedziba Komisji Europejskiej. (budynek BERL)

(przewidywany czas spotkania - półtorej godziny)

godz. 11: 20

Briefing prasowy ministrów RP na dole budynku KE przy recepcji

(dla korespondentów polskich w Brukseli)

Briefing prasowy: Renata Bancarzewska Z-ca rzecznika – Coreper 1 (+32 473 74 02 47)
Unia Europejska. Komisarz nie chce rozmawiać o połowie dorsza
13.09.2007
Unijny komisarz ds. rybołówstwa Joe Borg nie przyjedzie do Polski na rozmowy w sprawie połowów dorsza. Nie zamierzam skorzystać z zaproszenia do przyjazdu do Polski w najbliższym czasie - napisał Borg w liście przesłanym do resortu gospodarki morskiej. Jednocześnie Borg potrzymał swoje stanowisko odnośnie zakazu połów dorszy do końca 2007 roku na Bałtyku Wschodnim.

Całkowity zakaz połowu dorszy na Bałtyku Wschodnim, czyli od portu w Darłowie na wschód, Komisja Europejska wprowadziła 9 lipca. Zakaz wprowadzono na podstawie kontroli przeprowadzonej przez unijnych inspektorów w polskich portach rybackich. Wynika z niej, że polscy rybacy już w I kwartale tego roku o 100 proc. przekroczyli na Bałtyku Wschodnim przyznany im limit połowów, czyli 10,8 tys. ton. Zakaz łowienia dorsza na Bałtyku Wschodnim ma zacząć obowiązywać 15 września. Rybacy kwestionują rzetelność unijnej kontroli. Twierdzą, że wszystkie państwa unijne przekraczają limity połowowe dorsza z przekroczenie udowodniono jedynie Polsce. Większość z rybaków opowiada się za złamaniem unijnego zakazu. Twierdzą oni, że i tak będą łowić dorsza po 15 września.
- Wczoraj resort gospodarki morskiej wysłał do Joe Borga pismo, w którym przedstawił argumenty na rzecz cofnięcia zakazu połowów dorszy oraz ponowił zaproszenie do podjęcia niezwłocznych rozmów na temat rozwiązania tego problemu - informuje Krzysztof Gogol, rzecznik Ministerstwa Gospodarki Morskiej.
O tym jakie konkretnie działania podejmie resort poinformuje pod koniec tego tygodnia nowy wiceminister gospodarki morskiej, Grzegorz Hałubek.
- Rząd podejmie decyzje zmierzające do uratowania polskiego rybołówstwa. Jest,to plan na wypadek, gdyby negocjacje z Komisją Europejską dotyczące kwot połowowych na Bałtyku nie przyniosły żadnego rezultatu - powiedział w ubiegłym tygodniu Hałubek.
Unia chce ograniczyć połowy dorszy na Bałtyku
Opublikowano: 11 czerwca, 2007
Należy się spodziewać jeszcze większych niż dotychczas redukcji kwot połowowych dorszy na Bałtyku - zapowiedziała Komisja Europejska, ostrzegając, że te rozpowszechnione niegdyś ryby zagrożone są wyginięciem.

Do komisarzy unijnych dotarł właśnie raport naukowców, którzy jednoznacznie wskazują, że bałtycka populacja dorszy jest zagrożona. Rybacy odławiają o wiele więcej niż zakładają limity. Na początku listy kłusowników jest Polska, która przyznawany corocznie limit przeławia aż o 48 procent. Jeżeli sytuacja się nie zmieni, to za kilka lat zostanie wprowadzony całkowity zakaz połowu.

- Trzeba wyciągnąć wnioski z realizacji dotychczasowego planu odbudowy stad dorszy na Bałtyku - mówi Mireille Thom, rzeczniczka komisarza ds. rybołówstwa Joe Borga. - We wrześniu przedstawimy konkretne propozycje na 2008 rok w sprawie Morza Bałtyckiego. Następnie do końca roku będą musieli zatwierdzić je ministrowie ds. rybołówstwa w poszczególnych krajach UE.

Thorn przyznaje, że najlepszym sposobem odnowienia zasobów byłby całkowity zakaz połowów dorszy. Komisja Europejska nie zdecyduje się jednak na taki krok, rozumiejąc jego społeczno-gospodarcze konsekwencje. Dlatego też propozycja Komisji Europejskiej może być tylko jedna. Jeszcze większe ograniczenie połowów. Wstępnie szacuje się, że w 2008 roku limity zostaną ograniczone o kolejne 15 procent. Oznacza to, że polscy rybacy dostaną do odłowienia niewiele ponad 11 tysięcy ton dorszy. W tym roku rybacy mają do odłowienia 13, 5 tysiąca ton.

Przeciw cięciom są rybacy. Środowisko rybackie nie zgadzają się też z opinią naukowców. Według nich, w ostatnim czasie w morzu pojawiło się bardzo dużo tych ryb.

- Mówi się o braku ryb w Bałtyku, a dorszy jest tyle, że nikt go już nawet nie chce skupować - mówi Grzegorz Hałubek, szef Związku Rybaków Polskich. - Wraca odwieczny problem z naukowcami. Nie wiemy dokładnie, jak odbywają się te badania i jakimi metodami sprawdzana jest populacja dorszy w Bałtyku. Już od dawna chcemy współuczestniczyć w pracy naukowców. Przecież to my na co dzień widzimy, co wpada do sieci. Nikt nas jednak nie słucha. Naszym zdaniem limity powinny być zwiększone, a nie zmniejszone.

- Faktycznie pojawiły się dorsze w Bałtyku, ale bardzo często rybacy odławiają ryby, która nie przeszły jeszcze tarła i nie złożyły ikry - przekonuje Zbigniew Karnicki, wicedyrektor Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. - Powinniśmy wprowadzić już teraz zakaz połowu dorszy aż do września i dać czas tym rybom na spokojne rozmnożenie się. Jest dużo innych gatunków ryb, jak na przykład śledzie, flądry czy szproty, na które limity są prawie nieruszone.

Polscy rybacy obawiają się jeszcze jednego.

- Najgorsze jest jednak to, że jak wprowadzą kolejne ograniczenia w połowach, to rybacy w innych krajach dostaną rekompensaty i odszkodowania za postoje, a my będziemy musieli zwalniać pracowników - ostrzega Grzegorz Hałubek.
Joe Borg, komisarz do spraw rybołówstwa chce, aby sprawa wspólnej, europejskiej polityki rybackiej została wyjaśniona do końca czerwca tego roku. W innym przypadku Unia zacznie drastycznie ciąć limity.

Limity połowowe przekracza większość krajów nadbałtyckich. Jednak żaden z nich nie łowi nielegalnie tak dużo jak Polska. O 21,4 proc. więcej ryb, niż określają to kwoty połowowe, poławiają Szwedzi, o 15,6 proc. więcej Litwini, o 13,6 proc. - Niemcy, o 12,7 proc. - Duńczycy i o 7,5 proc. - Łotysze. Bruksela nie sprawdziła jedynie rybołówstwa fińskiego i estońskiego.

Autor: Hubert Bierndgarski

Warszawa, dnia 12 września 2007 r.
MINISTER
GOSPODARKI MORSKIEJ
Marek Gróbarczyk

SM 910 /M




Pan
Joe Borg
Komisarz ds. rybołówstwa
Komisja Europejska
w Brukseli




Z wielkim zadowoleniem odebrałem propozycję Pana Komisarza przedstawioną w piśmie z dnia 11.09.2007 r. dotycząca zintensyfikowania i pogłębienia naszych kontaktów w sprawie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Wypada tylko żałować, że sprawa ta nie została rozpoznana i załatwiona wcześniej, a szczególną do tego okazją była Pana wizyta w Polsce i spotkanie ze środowiskiem rybaków w kwietniu 2005 roku w Gdyni.
Jestem głęboko przekonany, że pomimo to nawet w obecnej sytuacji, którą kształtuje obecnie treść rozporządzenia 804/2005, instytucja odpowiedzialna za europejskie rybołówstwo, którą Pan kieruje da sobie z tym problemem radę i poprzez rzeczowe i rzetelne rozpoznanie przedstawionych dokumentów i innych informacji. Podjęte zostaną decyzje umożliwiające działanie bałtyckiego rybołówstwa w oparciu o prawdę i rzetelność naukową. Analizując Pana dotychczasowe stanowisko w sprawie wprowadzonego tylko wobec polskich rybaków zakazu połowów dorsza, nasuwa się spostrzeżenie, że wiele faktów i informacji było i jest przed Panem ukrywane. Wydaje się, że również Komisja Europejska w niezbyt wystarczający sposób analizuje dostarczane do niej informacje, zarówno naukowe jak i ekonomiczne. W trakcie mojej krótkiej działalności rządowej natrafiłem na informacje i dokumenty, które jednoznacznie świadczą o tym, że Komisja Europejska i ICES nie otrzymują prawdziwych informacji o połowach poszczególnych państw Morza Bałtyckiego, a w związku z tym cały proces szacowania zasobów ryb i związany z tym system ochrony dorsza jest nieprawidłowy. Działalność ta ma miejsce od wielu lat i odbywa się na dużą skalę. W celu uzdrowienia sytuacji KE powinna jak najszybciej określić stan faktyczny, a cały ten mechanizm zlikwidować. Moim zdaniem, z racji tego, że sprawa jest dość delikatna i wrażliwa może być załatwiona tylko podczas naszego spotkania, na którym przedstawię Panu stosowne dokumenty i inne informacje w tej sprawie. Dlatego proszę o jak najszybszy przyjazd Pana w celu wyjaśnienia tej trudnej, ale niepotrzebnej sytuacji.
Obecny problem polskiego rybołówstwa jest w prostej linii konsekwencją tej nieprawdopodobnej sytuacji, a sprawy te dotyczą wszystkich bez wyjątku państw Morza Bałtyckiego. Istnienie tego mechanizmu i jego kontynuacja jest także pewnego rodzaju komplikacją dla samej UE, która tworzy akty prawne wobec bałtyckich rybaków w oparciu o nieprawdziwe informacje.
Uważam, że jest jeszcze możliwe bezkonfliktowe porozumienie się w tej sprawie z KE, wymaga to jednak naszego niezwłocznego spotkania w celu przedstawienia odpowiednich dokumentów i analiz, które potwierdzą przedstawiony przeze mnie stan rzeczy. Konsekwencją przekonania Pana do moich racji w takim razie byłby następujące propozycje, które w sposób kompleksowy i bezkonfliktowy rozwiązywałyby ww. problemy wspólne dla wszystkich krajów bałtyckich:
1. Wycofanie rozporządzenia 804/2005 jako warunek niezbędny do uratowania przed bankructwem i nieodwracalnym upadkiem całe polskie rybołówstwo i przemysł przetwórczy.
2. Zawieszenie rozporządzenia 804/2005 na określony czas, w którym nastąpiłaby analiza i rozpoznanie przedstawionych przez nas dokumentów i informacji.
3. Odstąpienie od wyznaczania kwot połowowych na Bałtyku jako głównej przyczyny problemów wszystkich krajów i zastąpienie tej regulacji innymi działaniami, które zastosowane razem spowodują skuteczną i kompleksową ochroną dorsza. Są to rozwiązania stosowane skutecznie na wielu akwenach rybackich świata.
Należy podkreślić, że jeżeli nie rozwiąże się teraz tego problemu, to dyskusja w tym temacie będzie dalej trwała, a nawet nastąpić może nastąpić gwałtowna jego eskalacja, która będzie wynikiem poczucia niesprawiedliwości i dyskryminacji polskich rybaków, a z drugiej strony determinacji polskiego rządu do ratowania narodowego rybołówstwa i przemysłu rybnego.
Proszę również o zwrócenie uwagi na fakt, że system kwotowania połowów, słabość doradztwa naukowego oraz likwidację europejskiej floty rybackiej krytykuje także ostatnio Parlament Europejski, który jako instytucja europejska powinien być także wysłuchany, tym bardziej, że precyzyjnie potwierdza nasze zastrzeżenia w tej sprawie.
Podkreślam, że przykład dorsza nie jest jedyny, który wzbudza wątpliwości, co do działania KE w sprawie Bałtyku. Drugim takim przykładem jest zakaz używania pławic łososiowych od 2008 roku, rzekomo mających wpływ na śmiertelność morświnów. Po przeprowadzeniu w Polsce specjalnego programu obserwatorów okazało się, że na ok. 300 obserwacji nie został złowiony ani jeden morświn.
Jak to jest możliwe, że w KE jest do wykonania określony lobbing, którego efektem jest uzyskanie rozporządzenia, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Rząd polski wystąpi w najbliższym czasie o udostępnienie stosownych dokumentów w tej sprawie.
Jednak morświnowy program obserwatorów jest jednocześnie faktem bardzo dobrze świadczącym o KE. Okazuje się, że instytucja UE w celu poznania prawdy i podjęcia właściwych decyzji jest w stanie kompleksowo rozpoznać sytuację i od wyników badań uzależnić ostateczną decyzję. Uważam, że w sprawie bałtyckiego dorsza, szacowania zasobów i dostarczania informacji połowowych przez poszczególne kraje powinno się zastosować identyczne działanie. Nie jest niczym wstydliwym i nagannym popełnić błąd, ale niedopuszczalne jest zamykanie oczu na ewidentne nieprawidłowości i ich dalsze utrwalanie.
Wśród licznych faktów, które mam nadzieje przedstawię Panu podczas naszego spotkania, chciałbym dziś zwrócić uwagę na jeden, bardzo istotny, który w oczywisty sposób potwierdza to, o czym pisałem wcześniej.
Jeżeli bowiem uznać przeprowadzoną w Polsce kontrolę za rzetelną, to oprócz samego faktu ewentualnego przekroczenia kwot połowowych nasuwają się jeszcze inne, moim zdaniem istotniejsze pytania:
1. Jak ustalony jest system kwot połowowych skoro w tak krótkim czasie następuje tak znaczne ich przekroczenie.
2. Jak wygląda faktyczny stan zasobów dorsza, skoro dochodzi do tak łatwego przekroczenia kwot połowowych w tak krótkim czasie.
3. Jak wyglądają połowy w innych państwach bałtyckich skoro dorsz warunkuje 80% dochodów dla wszystkich rybaków we wszystkich krajach.
Nie jest rolą polskiego rządu określanie wielkości połowów w innych krajach. Uważam, że problem ten powinna zbadać sama KE. Powinna to zrobić nie w celu podobnego karania, jak ma to miejsce w przypadku Polski, lecz w celu poznania prawdy i wyciągnięcia wniosków z dotychczasowej działalności, która nie przynosi chluby KE. Polska ma dziś szczególny tytuł do prośby o rozwiązanie tego problemu, ponieważ w społecznym odczuciu została złamana zasada solidaryzmu europejskiego. Ponadto chciałbym podkreślić fakt, że polscy rybacy wielokrotnie wykazywali, że kwestia ochrony środowiska morskiego oraz żywych zasobów morza leży im głęboko na sercu, czego jednak niezbędnym warunkiem jest analiza prawidłowych informacji, dotyczących stanu zasobów i połowów.
Biorąc powyższe pod uwagę wierzę, że Pan Komisarz uzna poruszone kwestie za bardzo ważne i pilne i wyrazi chęć jak najszybszego rozwiązania tych problemów, mając na względzie, że 16.09.2007 r. rozpoczyna się w Polsce sezon połowów dorsza.
Zdając sobie sprawę z tego, że nasz kontakt może być utrudniony z powodu Pana licznych obowiązków, z góry będę wdzięczny jeżeli prześle Pan pozytywną decyzję jeszcze przed dniem 16 września bieżącego roku.

Friday, September 14, 2007

Minister swoje, eurodeputowani swoje


Minister swoje, eurodeputowani swoje
Nasz Dziennik, 2007-09-14
Argumenty ministra środowiska Jana Szyszki nie przekonały eurodeputowanych z Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego. Parlamentarzyści przyjęli wczoraj raport negatywnie oceniający budowę obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy. Nie oznacza to zakazu budowy w wariancie rządowym. Sprawa znajduje się w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości.
W trakcie wczorajszej debaty w Parlamencie Europejskim pierwszy zabrał głos współautor raportu Thijs Berman, który podtrzymał zawarte w nim opinie o niekorzystnym wpływie na przyrodę przebiegu drogi ekspresowej przez dolinę Rospudy w wariancie rządowym. Jego zdaniem, władze powinny rozważyć trasę alternatywną przez Chodorki albo rozbudować transport kolejowy.

Minister Jan Szyszko, odpierając zarzuty przedmówcy, wskazał, że w raporcie znalazło się wiele "nieporozumień". Odnosząc się do jednej z tez postawionych w raporcie, mówiącej o pierwotnym pochodzeniu lasów na spornym terenie, mających rzekomo tysiące lat, przekonywał, że w rzeczywistości wiele z tych miejsc zostało stworzonych przez człowieka, a interwencja ludzka w przyrodę sięga tu kilkuset lat wstecz. Eurodeputowani z komisji mogli zobaczyć na przygotowanej prezentacji zdjęcia śluz, okopów i bunkrów z czasów drugiej wojny światowej oraz 45-letnie lasy sosnowe. Na terenie tym od dziesiątek lat prowadzą swoją działalność rolniczą okoliczni mieszkańcy. Wiceminister transportu Barbara Kondrat podkreśliła, że w raporcie zaprezentowanym komisji nie uwzględniono wielu opracowań naukowych dotyczących Rospudy.
Stanowisko resortu zostało wsparte ekspertyzami naukowymi prof. Aleksandra Sokołowskiego, byłego pracownika m.in. Stacji Botanicznej Instytutu Botaniki PAN, który ma w swoim dorobku naukowym ponad 300 prac naukowych, w tym wiele dotyczących doliny Rospudy i terenów przyrodniczych Polski Północno-Wschodniej (profesor badał ten obszar ponad 40 lat). Profesor Sokołowski podkreślił w swoich pracach m.in., że obwodnica Augustowa nie grozi zniszczeniem rzadkich zbiorowisk roślinnych na spornym terenie.
Jednak zarówno eurodeputowani, jak i przedstawicielka organizacji pozarządowej z Polski Małgorzata Znaniecka z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków pozostali nieugięci i nie chcieli przyjąć tej argumentacji, obstając przy swoich poglądach. Podkreślali, że "jest to obszar niemal nietknięty ludzką ręką", wbrew argumentom i zdjęciom prezentowanym podczas wystąpienia ministra, a argument rządu i lokalnej społeczności o nadmiernej ilości śmiertelnych wypadków z powodu braku obwodnicy uznali za szantaż, oskarżając polski rząd o to, że nie robi nic, aby poprawić tam bezpieczeństwo ruchu drogowego. Upierali się także przy wyborze wariantów alternatywnych obwodnicy, chociaż te - według opinii rządowych - spowodują podobne skutki w przyrodzie jak wariant sporny. Jeden z nich może spowodować nawet zniszczenia pól uprawnych, ograniczając dochody rolników.
Przewodniczący Komisji Petycji Marcin Libicki, który wraz z eurodeputowanym brytyjskim poparł argumentację polskiego rządu, widząc zdecydowaną przewagę zwolenników raportu, uznał, że przyjęcie go nie wymaga nawet głosowania.
Sprawa obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy znajduje się w ETS, który ostatecznie rozstrzygnie, czy Polska będzie mogła poprowadzić ją w obecnym wariancie.

Paweł Tunia, Bruksela

Tuesday, September 11, 2007

Impas w kluczowych kwestiach


Impas w kluczowych kwestiach
Nasz Dziennik, 2007-09-11
Członkowie Unii Europejskiej nie chcą wyrazić zgody na polskie postulaty: kompromis z Joaniny, zwiększenie liczby rzeczników generalnych w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz zmianę statutu Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

- Wpisanie mechanizmu opóźniającego podejmowanie decyzji do treści nowego traktatu reformującego UE, na co na razie nie chcą się zgodzić inni partnerzy w Unii, jest najważniejszym polskim postulatem - oświadczyła przedwczoraj minister spraw zagranicznych Anna Fotyga, uczestnicząca w pierwszym po wakacjach spotkaniu szefów dyplomacji państw Wspólnoty, w sprawie nowego traktatu reformującego. Przyznała, że w tej sytuacji kwestia mechanizmu z Joaniny może zostać rozstrzygnięta dopiero na szczycie. - Koniec szczytu będzie tym momentem, który nam wyjaśni całą sytuację - oceniła Fotyga, zastrzegając jednocześnie, że nie jest zamiarem Polski blokowanie przyjęcia nowego traktatu.
Sprzeciw wobec polskich postulatów wyraziło wielu ministrów państw stowarzyszonych. - Nie ma mowy o tej bombie atomowej w traktacie - oświadczył szef włoskiej dyplomacji Massimo d?Alema. Przedstawiciele krajów UE wyrazili obawy, że jeżeli zgodzą się na wpisanie do traktatu mechanizmu z Joaniny, Warszawa będzie go nadużywać.
Również inny polski postulat, zwiększenie liczby rzeczników generalnych w Trybunale Sprawiedliwości UE, ma niewielkie szanse na realizację. Obecnie pięć z ośmiu stanowisk rzecznika jest obsadzonych na stałe przez przedstawicieli największych państw Wspólnoty. Pozostałych trzech powołuje się w sposób rotacyjny. - Jeżeli sytuacja pozostałaby bez zmiany, Polak zostałby rzecznikiem dopiero w 2042 roku - powiedziała Fotyga.
Z podobną reakcją naszych partnerów w Unii spotkał się trzeci polski postulat, zmiana statutu Europejskiego Banku Inwestycyjnego, finansującego wielkie inwestycje, m.in. strukturalne, mający zapobiec ewentualnemu finansowaniu z EBI uderzającego bezpośrednio w polskie interesy projektu rosyjskiego Gazociągu Północnego. Polska chce, żeby tego typu decyzje wymagały jednomyślności, a nie kwalifikowanej większości głosów, co przewiduje projekt nowego traktatu UE.
Zdaniem źródeł bliskich portugalskiemu przewodnictwu polskie postulaty mają niewielką szansę na realizację, ponieważ wykraczają poza przyjęty na czerwcowym szczycie w Brukseli mandat negocjacyjny.
Na dwudniowym spotkaniu minister Anna Fotyga poinformowała, że Polska chce dołączyć do Wielkiej Brytanii, gwarantując sobie prawo do wyłączenia (tzw. out-put) z postanowień Karty Praw Podstawowych w nowym traktacie UE. Zapewniła również, że nie ma żadnych przeszkód, by z powodu wyborów parlamentarnych w Polsce zagrożony został kalendarz przyjmowania traktatu.
Minister Anna Fotyga przewiduje, że negocjacje w sprawie nowego traktatu reformującego UE potrwają do samego końca szczytu UE, czyli do 18 października.

Anna Wiejak, PAP

Wednesday, September 5, 2007

Litwa poprze Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości


Więcej pieniędzy u beneficjentów
Nasz Dziennik, 2007-09-05
Litwa poprze Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w sprawie budowy obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy



Zwiększa się ilość środków, które trafiają z Unii Europejskiej do beneficjentów realizujących inwestycje drogowe w Polsce. Z Funduszu Spójności od początku realizacji projektów otrzymali oni ponad 1 mld euro na inwestycje infrastrukturalne. - Stanowi to blisko 40 proc. środków z FS przyznanych Polsce na lata 2004-2006 - poinformował wczoraj Jerzy Polaczek, minister transportu.

W bieżącym roku inwestorom przekazano ponad 200 mln euro. Jak pokreślił minister Jerzy Polaczek, odnotowany wzrost refundacji był możliwy "dzięki wypełnieniu przez Polskę warunków środowiskowych, które Komisja Europejska nałożyła na niektóre projekty transportowe".
Wdrażanie Funduszu Spójności rozpoczęło się w Polsce w 2004 roku, a przekazywanie przez KE funduszy z okresu 2000-2006 zakończy się w 2011 roku. W tym okresie programowania Komisja zatwierdziła 38 projektów w sektorze transportu o wartości blisko 4 mld euro. Dofinansowanie unijne wyniesie 2,78 mld euro (1,65 mld euro przeznaczono na projekty drogowe, a 1,12 mld euro na kolejowe).
Kwota, którą należało wydatkować w 2007 r., wynosi około 292 mln euro. W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2007 r. Ministerstwo Transportu zrefundowało 304 mln euro, co oznacza, że w bieżącym roku poziom ten został przekroczony już w sierpniu.
Polaczek poinformował o wynikach poniedziałkowego spotkania z ministrami transportu krajów nadbałtyckich w Tallinie (Estonia), w czasie którego podpisano deklarację wsparcia dla szybszej realizacji inwestycji drogowej Via Baltica. Dotyczy to także budowy obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy. Według ministra, Litwa poprze Polskę przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości (ETS) w sprawie budowy tej obwodnicy. Sprawę do ETS skierowała KE, która jest przeciwna tej budowie.