The Truth About The Economy: Total Collapse Ron Paul from Washington DC
Sunday, October 19, 2008
Dorota Arciszewska-Mielewczyk w „Kwadransie po ósmej”
Dorota Arciszewska-Mielewczyk w „Kwadransie po ósmej”
Justyna Dobrosz-Oracz „Kwadrans po ósmej”, witam Państwa. Moimi gośćmi są dzisiaj mecenas Stefan Hambura, poseł Tadeusz Iwiński, Sojusz Lewicy Demokratycznej, a w studiu w Gdańsku senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk, Prawo i Sprawiedliwość, szefowa Powiernictwa Polskiego. Panie mecenasie, czy w sprawie powojennych roszczeń weneckich strach miał wielkie oczy?
Stefan Hambura: Nie, nie miał wielkich oczu.
J.D-O.: A powinniśmy się jeszcze bać, czy też Polacy mogą spać spokojnie po tym jak Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że Polacy nie muszą zwracać majątków Niemcom wysiedlonym po II wojnie światowej?
S.H.: Zawsze można było spać spokojnie, trzeba było tylko podejmować odpowiednie środki. Tutaj już takie pierwsze środki zostały podjęte już w 2004 roku, gdy Sejm RP, wtedy głównie z inicjatywy pana posła Antoniego Macierewicza podjął uchwałę, która dotyczyła reperacji wojennych od Niemiec na rzecz Polski.
J.D-O.: A czy ten wyrok jest przełomem? Czy w tej chwili są ewentualne pozwy bezzasadne?
S.H.: Chciałem zwrócić uwagę dlaczego doszło do tego wyroku i w jaki sposób. Później konsekwentna polityka pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, jego pełnomocnika profesora Mariusza Muszyńskiego i myślę, że to jest ten wynik oddziaływania na opinię publiczną.
J.D-O.: Te inicjatywy miały wpływ na orzeczenie trybunału?
S.H.: Trybunał w Strasburgu nie żyje w próżni. Też słucha głosów dochodzących z Polski. Dobrze, że takie orzeczenie zapadło, ale jest projekt ustawy o zadośćuczynieniu z tytułu nacjonalizacji nieruchomości w latach 1944–1962, który przoduje, że odszkodowanie, czy zadośćuczynienie przysługuje osobom fizycznym, które w chwili nacjonalizacji były obywatelami polskimi.
J.D-O.: Według Pana sprawa nie jest zamknięta, a według Pana, Panie pośle?
Tadeusz Iwiński: Moim zdaniem nie można mieszać widzom w głowie. Mówię to jako człowiek związany z Radą Europy. Ponieważ Trybunał Paw Człowieka w Strasburgu jest organem Rady Europy i to zgromadzenie parlamentarne wybiera poszczególnych sędziów. Jednoznacznie odrzucił 22 wnioski złożone 2 lata temu, tu trybunał działał ogromnie sprawnie dlatego, że normalnie w Strasburgu czeka się 5–7 lat. Od początku było jasne, mówiła o tym między innymi lewica, że te żądania są skazane na porażkę. Chcę tu przypomnieć, co powiedział kanclerz Schroeder w Warszawie w rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego przed 4 laty, że tu stanowisko rządu niemieckiego i pani kanclerz Angela Merkel to powtarzała jest analogiczne jak rządu polskiego, to znaczy, że te roszczenia nie mają żadnej mocy prawnej. Zostało to odrzucone z dwóch głównych powodów: po pierwsze, nie możemy mylić dwóch różnych grup, a ja jako poseł z Warmii i Mazur jestem na to szczególnie uczulony i doceniam różne lęki i obawy: ta rzecz dotyczyła roszczeń tych tak zwanych „wypędzonych”, czyli naprawdę przesiedleńców z okresu, kiedy zadecydowały o tym mocarstwa sojusznicze. Polska ani prawnie, ani de facto nie kontrolowała tego.
J.D-O.: Czy rzeczywiście jest jednak tak, że nie powinniśmy się niczego obawiać?
T.W.: Tu pan mecenas wypacza fakty. Ja sam byłem sprawozdawca tej głównej uchwały z 9 września 2004 roku w Sejmie i to była potrzeba uchwała w tamtym podzielonym Sejmie i jedyna przyjęta jednogłośnie, niech więc pamięta, że wszystkie ugrupowania opowiedziały się za tym.
J.D-O.: Pytanie do pani senator: rzeczywiście powinniśmy być spokojni?
Dorota Arciszewska-Mielewczyk: Absolutnie, ta uchwała, o której wszyscy mówią jest tylko uspokojeniem elit politycznych dlatego, że w tylko jednym, z czym się zgadzam z panem profesorem Iwińskim to jest to, że dotyczy to okresu, w którym Polska nawet nie zawiadywała terenami, o których była mowa w roszczeniach, czy pozwach pana Pawelki. Następną sprawą, którą nie należy mieszać z wyrokiem w Strasburgu jest fakt, że oczywiście myśmy jako Powiernictwo Polskie zwracaliśmy uwagę na 1945 rok, niemniej Polska boryka się z procesami cywilnymi osób, które wyjechały znacznie później, które zrzekały się obywatelstwa polskiego, otrzymywał, świadczenia wyrównawcze i dalej posługują się wpisami sprzed 1945 roku, jak również późniejszymi. To jest bardzo ważne, ponieważ wyrok w Strasburgu nie zamyka sprawy roszczeń w Polsce i rząd niemiecki również o tym mówi, że odcina się od roszczeń ogólnie, ale nie może zabronić i nie zabrania, wie, że z pozwami cywilnymi poszczególne osoby do sądów polskich występują i wgrywają te procesy. My przegrywamy w procesach cywilnych w Polsce.
J.D-O.: A jeśli chodzi o pozwy tylko tych osób, które zostały wysiedlone po 1945 roku, to czy to zamyka sprawę? Bo szef Powiernictwa Pruskiego twierdzi, że zmieni taktykę, że złoży wnioski do sądów amerykańskich, czy ma jakieś pole manewru?
D.A-M.: Oczywiście, od wielu lat pan Pawelka do różnych instytucji na świecie się zwraca i jestem pewna, że w tej chwili skupi swoją uwagę na pozwach osób wyjeżdżających znacznie później. Dlatego, że, jeśli chodzi restytucję mienia i zwrot mienia, to te temat jest aktualny i nadszedł czas, aby rząd przestał zamiatać pod dywan ten temat, tylko zaczął zmieniać polskie prawie w taki sposób, aby chroniło ono polskich obywateli i żebyśmy nie przegrywali we własnych sądach procesów wtoczonych przed spadkobierców byłych właścicieli niemieckich w sądach polskich. I największym grzechem zaniechania był okres komunizmu. A to, że pan profesor sprawozdawał uchwałę, to nie miał pan po prostu wyjścia, bo to były ponad polityczne tematy i to, że był Pan sprawozdawcą, tylko wynikało z tego, że był Pan wtedy przewodniczącym komisji. Natomiast uchwała była bardzo ważna, ponieważ późniejsze działania rządu pana Cimoszewicza absolutnie również nie zwracały uwagi na te problem. Dopiero rząd Jarosława Kaczyńskiego zaczął porządkować księgi wieczyste.
J.D-O.: Ale księgi wieczyste cały czas nie są uporządkowane.
D.A-M.: Nie są uporządkowane dlatego, że obecny rząd przedłużył okres wywiązywania się samorządu z tego zadania. Natomiast procesy roszczeniowe dalej trwają. Ja mam proste pytanie do pana profesora Iwińskiego: jeżeli Pan jest z Warmii i Mazur, to dlaczego państwo Głowaccy i dziesiątki ludzi z tamtego terenu zgłaszają się do mnie i mówią, że w obecnej sytuacji, wyczerpani tymi pozwami chcą, żeby ich wywieść do lasu i rozstrzelać, bo się czują obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju.
T.I.: Zaakcentuje jeszcze raz z cała mocą: jestem ostatni, który by lekceważył określone groźby prawne, tym bardziej, że mówi piesze powiedzenie niemieckie, że częściej się zdarza to, czego się obawiamy niż to, czego pragniemy. Pani konsekwentnie myli dwa rozmaite zjawiska czyli kwestię roszczeń tak zwanych wysiedlonych, niemieckiej nomenklaturze „wypędzonych” oraz sprawę tak zwanych późnych przesiedleńców, którzy wjeżdżali w latach 80-tych, 70-tych, czasem, do połowy lat 80-tych w ramach akcji łączenia rodzin, gdzie to sądy polskie w dostatecznej mierze o tym decydują. Ja nie przeczę, że bałagan był i często jeszcze jest w księgach wieczystych, i że tutaj rzeczywiście rząd Jarosława Kaczyńskiego podjął - i to jest akurat godne poparcia i myśmy to popierali - przeznaczono określone kwoty na uporządkowanie ksiąg wieczystych, to dalej się toczy. A Pani jeszcze wprowadza do tego trzeci metodologicznych błąd nawiązując do rozmaitych roszczeń związanych z kwestiami reprywatyzacyjnymi, o które występują często obywatele żydowscy, amerykańscy i tak dalej...
J.D-O.: Pan mecenas twierdzi, że sprawa mimo tego orzeczenia nie jest zamknięta. Rozumiem, że związane jest to z nową ustawą o rekompensatach, którą przygotowuje rząd. Otworzy to puszkę Pandory? Niemcy będą mieli dodatkowy argument i będą mogli na nowo otworzyć sprawę roszczeń powojennych?
S.H.: Ustawa o zadość uczynieniu dotyczy lat 1944–1962. I również Frankfurter Allgemeine Zeitung z 25 września tego roku zaraz napisała „Bez prawa wniosku dla Niemców”. Także widzimy, a którym kierunku to idzie.
J-D-O: Według Pana co powie teraz Powiernictwo Pruskie? Nie odłoży tej sprawy?
S.H.: Trzeba się zastanowić co powinien zrobić rząd polski, żeby było dobrze dla Polski. Trzeba się dogadać ze stroną niemiecka, trzeba doprowadzić do tego, by strona niemiecka przejęła wszelkie roszczenia na siebie.
J.D-O.: Przez lata żaden z kanclerzy nie wyraził na to zgody.
S.H.: Ale to trwało. 2004 rok, tak jak pan profesor Iwiński wspomniał bardzo dobra uchwała, pan poseł Antoni Macierewicz zrobił, co mógł i teraz trzeba się dogadać. Trzeba zrobić następującego: za rok, we wrześniu mamy wybory w Niemczech. Z nowym rządem usiąść po wyborach i zamknąć te kwestię raz na zawsze, żeby nam już w przyszłości nie przeszkadzała.
J.D-O.: To, co mówią członkowie powiernictwa pruskiego może być dla niektórych szokujące. Wielu kwestionuje prawo Polski do terenów, które należały do Niemiec przed wojną.
T.I.: Ale powiedzmy, ze zamiast działać nie tyle tonizująco, co uspakajająco, mówić, że jest to wielki sukces, zawsze pozostaną w Niemczech jeszcze przez wiele lat osoby, które należą do ekstremistycznych organizacji, do Związku Wypędzonych i one będą występowały. Pan Pawelka może sobie kierować na przykład do sądów amerykańskich pozwy Niemców, ktorzy dzisiaj mają obywatelstwo niemieckie i pozywać Polskę przed sądem w USA, ale nie ma to żadnego znaczenia. Orzeczenie sądu amerykańskiego nie będzie miało żadnego znaczenia dla Polski. Nawiasem mówiąc Polska w roku 1961 wypłaciła 40 milionów dolarów, bez względu na to, czy to są Niemcy pochodzenia żydowskiego, czy Amerykanie pochodzenia niemieckiego. Ja nie chcę mówić, że wszystko jest cudownie, ale jest to wielki sukces. Natomiast czymś innym są te kwestie jak pani Agnes Trawny, z mojego okręgu wyborczego, z Nart pod Jedwabnem. A czymś innym są horrendalne i absurdalne roszczenia mieszkańca Lidzbarka Warmińskiego, który domagał się oddania niemalże połowy miasta. To jest inny wątek. A o tyle jesteśmy spokojni, że to polskie sądy będą indywidualnie rozpatrywały każdorazowo te kwestie i trzeba kończy kwestie porządkowania ksiąg wieczystych, które w przypadku leśników są dość specyficzne.
J.D-O.: Ta ustawa od lat jest i jakoś nie może przejść rzez parlament.
D.A-M.: Przede wszystkim mam prośbę, by nie topić problemu w oceanie słów dlatego, że problem istnieje i jeżeli będziemy udawać, że go nie ma, to wróci podwojoną siłą. Ja tutaj nie mieszam, Panie pośle, dwóch rzeczy, tylko realnie obserwuję to, co się dzieje za naszą zachodnią granicą i kogo reprezentuje, i kto wchodzi w skald Związku Wypędzonych, i kogo zachęca się do składania pozwów w Polsce. Tak długo jak będziemy w Polsce przegrywać pozwy, które są składane przez byłych spadkobierców, tak długo nie będzie spokoju. I nie można udawać, że problemu nie ma. Jest mi bardzo przykro, że Pan to bagatelizuje, zwłaszcza, że jest Pan okręgu, którym jest właściwie sztandarowym przykładem tego jak przyjdzie rodzinom polskim być wyrzuconym na bruk, jak są traktowani przez reprezentujących ich adwokatów, jak ci Polacy kiedyś, którzy wyjechali do Niemiec rozmawiają i traktują Polaków, jak zbywają ziemię na pniu i nikt nie reaguje.
S.H.: Ja jestem tego samego zdania, co pan poseł Iwiński: trzeba się cieszyć. Ale trzeba wiedzieć, że jest duże zagrożenie, gdyż ustawa o zadośćuczynieniu narusza prawo unijne, wspólnotowe.
J.D-O.: Mówi Pan o tej ustawie, która nie przewiduje, żeby Niemcy mogli uzyskiwać rekompensaty.
S.H.: Problem jest następujący: jeżeli temu się nie zapobiegnie, to problem powstanie. I wtedy Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, nie w Strasburgu zajmie się tą sprawą. I będzie problem podejmowany na nowo, a to jest niepotrzebne. Dogadajmy się w naszych stosunkach polsko-niemieckich, zamknijmy raz na zawsze. Premier Jarosław Kaczyński pokazał, że można rozmawiać konkretnie.
J.D-O.: Dziękuję bardzo Państwu za rozmowę.
Justyna Dobrosz-Oracz „Kwadrans po ósmej”, witam Państwa. Moimi gośćmi są dzisiaj mecenas Stefan Hambura, poseł Tadeusz Iwiński, Sojusz Lewicy Demokratycznej, a w studiu w Gdańsku senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk, Prawo i Sprawiedliwość, szefowa Powiernictwa Polskiego. Panie mecenasie, czy w sprawie powojennych roszczeń weneckich strach miał wielkie oczy?
Stefan Hambura: Nie, nie miał wielkich oczu.
J.D-O.: A powinniśmy się jeszcze bać, czy też Polacy mogą spać spokojnie po tym jak Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że Polacy nie muszą zwracać majątków Niemcom wysiedlonym po II wojnie światowej?
S.H.: Zawsze można było spać spokojnie, trzeba było tylko podejmować odpowiednie środki. Tutaj już takie pierwsze środki zostały podjęte już w 2004 roku, gdy Sejm RP, wtedy głównie z inicjatywy pana posła Antoniego Macierewicza podjął uchwałę, która dotyczyła reperacji wojennych od Niemiec na rzecz Polski.
J.D-O.: A czy ten wyrok jest przełomem? Czy w tej chwili są ewentualne pozwy bezzasadne?
S.H.: Chciałem zwrócić uwagę dlaczego doszło do tego wyroku i w jaki sposób. Później konsekwentna polityka pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, jego pełnomocnika profesora Mariusza Muszyńskiego i myślę, że to jest ten wynik oddziaływania na opinię publiczną.
J.D-O.: Te inicjatywy miały wpływ na orzeczenie trybunału?
S.H.: Trybunał w Strasburgu nie żyje w próżni. Też słucha głosów dochodzących z Polski. Dobrze, że takie orzeczenie zapadło, ale jest projekt ustawy o zadośćuczynieniu z tytułu nacjonalizacji nieruchomości w latach 1944–1962, który przoduje, że odszkodowanie, czy zadośćuczynienie przysługuje osobom fizycznym, które w chwili nacjonalizacji były obywatelami polskimi.
J.D-O.: Według Pana sprawa nie jest zamknięta, a według Pana, Panie pośle?
Tadeusz Iwiński: Moim zdaniem nie można mieszać widzom w głowie. Mówię to jako człowiek związany z Radą Europy. Ponieważ Trybunał Paw Człowieka w Strasburgu jest organem Rady Europy i to zgromadzenie parlamentarne wybiera poszczególnych sędziów. Jednoznacznie odrzucił 22 wnioski złożone 2 lata temu, tu trybunał działał ogromnie sprawnie dlatego, że normalnie w Strasburgu czeka się 5–7 lat. Od początku było jasne, mówiła o tym między innymi lewica, że te żądania są skazane na porażkę. Chcę tu przypomnieć, co powiedział kanclerz Schroeder w Warszawie w rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego przed 4 laty, że tu stanowisko rządu niemieckiego i pani kanclerz Angela Merkel to powtarzała jest analogiczne jak rządu polskiego, to znaczy, że te roszczenia nie mają żadnej mocy prawnej. Zostało to odrzucone z dwóch głównych powodów: po pierwsze, nie możemy mylić dwóch różnych grup, a ja jako poseł z Warmii i Mazur jestem na to szczególnie uczulony i doceniam różne lęki i obawy: ta rzecz dotyczyła roszczeń tych tak zwanych „wypędzonych”, czyli naprawdę przesiedleńców z okresu, kiedy zadecydowały o tym mocarstwa sojusznicze. Polska ani prawnie, ani de facto nie kontrolowała tego.
J.D-O.: Czy rzeczywiście jest jednak tak, że nie powinniśmy się niczego obawiać?
T.W.: Tu pan mecenas wypacza fakty. Ja sam byłem sprawozdawca tej głównej uchwały z 9 września 2004 roku w Sejmie i to była potrzeba uchwała w tamtym podzielonym Sejmie i jedyna przyjęta jednogłośnie, niech więc pamięta, że wszystkie ugrupowania opowiedziały się za tym.
J.D-O.: Pytanie do pani senator: rzeczywiście powinniśmy być spokojni?
Dorota Arciszewska-Mielewczyk: Absolutnie, ta uchwała, o której wszyscy mówią jest tylko uspokojeniem elit politycznych dlatego, że w tylko jednym, z czym się zgadzam z panem profesorem Iwińskim to jest to, że dotyczy to okresu, w którym Polska nawet nie zawiadywała terenami, o których była mowa w roszczeniach, czy pozwach pana Pawelki. Następną sprawą, którą nie należy mieszać z wyrokiem w Strasburgu jest fakt, że oczywiście myśmy jako Powiernictwo Polskie zwracaliśmy uwagę na 1945 rok, niemniej Polska boryka się z procesami cywilnymi osób, które wyjechały znacznie później, które zrzekały się obywatelstwa polskiego, otrzymywał, świadczenia wyrównawcze i dalej posługują się wpisami sprzed 1945 roku, jak również późniejszymi. To jest bardzo ważne, ponieważ wyrok w Strasburgu nie zamyka sprawy roszczeń w Polsce i rząd niemiecki również o tym mówi, że odcina się od roszczeń ogólnie, ale nie może zabronić i nie zabrania, wie, że z pozwami cywilnymi poszczególne osoby do sądów polskich występują i wgrywają te procesy. My przegrywamy w procesach cywilnych w Polsce.
J.D-O.: A jeśli chodzi o pozwy tylko tych osób, które zostały wysiedlone po 1945 roku, to czy to zamyka sprawę? Bo szef Powiernictwa Pruskiego twierdzi, że zmieni taktykę, że złoży wnioski do sądów amerykańskich, czy ma jakieś pole manewru?
D.A-M.: Oczywiście, od wielu lat pan Pawelka do różnych instytucji na świecie się zwraca i jestem pewna, że w tej chwili skupi swoją uwagę na pozwach osób wyjeżdżających znacznie później. Dlatego, że, jeśli chodzi restytucję mienia i zwrot mienia, to te temat jest aktualny i nadszedł czas, aby rząd przestał zamiatać pod dywan ten temat, tylko zaczął zmieniać polskie prawie w taki sposób, aby chroniło ono polskich obywateli i żebyśmy nie przegrywali we własnych sądach procesów wtoczonych przed spadkobierców byłych właścicieli niemieckich w sądach polskich. I największym grzechem zaniechania był okres komunizmu. A to, że pan profesor sprawozdawał uchwałę, to nie miał pan po prostu wyjścia, bo to były ponad polityczne tematy i to, że był Pan sprawozdawcą, tylko wynikało z tego, że był Pan wtedy przewodniczącym komisji. Natomiast uchwała była bardzo ważna, ponieważ późniejsze działania rządu pana Cimoszewicza absolutnie również nie zwracały uwagi na te problem. Dopiero rząd Jarosława Kaczyńskiego zaczął porządkować księgi wieczyste.
J.D-O.: Ale księgi wieczyste cały czas nie są uporządkowane.
D.A-M.: Nie są uporządkowane dlatego, że obecny rząd przedłużył okres wywiązywania się samorządu z tego zadania. Natomiast procesy roszczeniowe dalej trwają. Ja mam proste pytanie do pana profesora Iwińskiego: jeżeli Pan jest z Warmii i Mazur, to dlaczego państwo Głowaccy i dziesiątki ludzi z tamtego terenu zgłaszają się do mnie i mówią, że w obecnej sytuacji, wyczerpani tymi pozwami chcą, żeby ich wywieść do lasu i rozstrzelać, bo się czują obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju.
T.I.: Zaakcentuje jeszcze raz z cała mocą: jestem ostatni, który by lekceważył określone groźby prawne, tym bardziej, że mówi piesze powiedzenie niemieckie, że częściej się zdarza to, czego się obawiamy niż to, czego pragniemy. Pani konsekwentnie myli dwa rozmaite zjawiska czyli kwestię roszczeń tak zwanych wysiedlonych, niemieckiej nomenklaturze „wypędzonych” oraz sprawę tak zwanych późnych przesiedleńców, którzy wjeżdżali w latach 80-tych, 70-tych, czasem, do połowy lat 80-tych w ramach akcji łączenia rodzin, gdzie to sądy polskie w dostatecznej mierze o tym decydują. Ja nie przeczę, że bałagan był i często jeszcze jest w księgach wieczystych, i że tutaj rzeczywiście rząd Jarosława Kaczyńskiego podjął - i to jest akurat godne poparcia i myśmy to popierali - przeznaczono określone kwoty na uporządkowanie ksiąg wieczystych, to dalej się toczy. A Pani jeszcze wprowadza do tego trzeci metodologicznych błąd nawiązując do rozmaitych roszczeń związanych z kwestiami reprywatyzacyjnymi, o które występują często obywatele żydowscy, amerykańscy i tak dalej...
J.D-O.: Pan mecenas twierdzi, że sprawa mimo tego orzeczenia nie jest zamknięta. Rozumiem, że związane jest to z nową ustawą o rekompensatach, którą przygotowuje rząd. Otworzy to puszkę Pandory? Niemcy będą mieli dodatkowy argument i będą mogli na nowo otworzyć sprawę roszczeń powojennych?
S.H.: Ustawa o zadość uczynieniu dotyczy lat 1944–1962. I również Frankfurter Allgemeine Zeitung z 25 września tego roku zaraz napisała „Bez prawa wniosku dla Niemców”. Także widzimy, a którym kierunku to idzie.
J-D-O: Według Pana co powie teraz Powiernictwo Pruskie? Nie odłoży tej sprawy?
S.H.: Trzeba się zastanowić co powinien zrobić rząd polski, żeby było dobrze dla Polski. Trzeba się dogadać ze stroną niemiecka, trzeba doprowadzić do tego, by strona niemiecka przejęła wszelkie roszczenia na siebie.
J.D-O.: Przez lata żaden z kanclerzy nie wyraził na to zgody.
S.H.: Ale to trwało. 2004 rok, tak jak pan profesor Iwiński wspomniał bardzo dobra uchwała, pan poseł Antoni Macierewicz zrobił, co mógł i teraz trzeba się dogadać. Trzeba zrobić następującego: za rok, we wrześniu mamy wybory w Niemczech. Z nowym rządem usiąść po wyborach i zamknąć te kwestię raz na zawsze, żeby nam już w przyszłości nie przeszkadzała.
J.D-O.: To, co mówią członkowie powiernictwa pruskiego może być dla niektórych szokujące. Wielu kwestionuje prawo Polski do terenów, które należały do Niemiec przed wojną.
T.I.: Ale powiedzmy, ze zamiast działać nie tyle tonizująco, co uspakajająco, mówić, że jest to wielki sukces, zawsze pozostaną w Niemczech jeszcze przez wiele lat osoby, które należą do ekstremistycznych organizacji, do Związku Wypędzonych i one będą występowały. Pan Pawelka może sobie kierować na przykład do sądów amerykańskich pozwy Niemców, ktorzy dzisiaj mają obywatelstwo niemieckie i pozywać Polskę przed sądem w USA, ale nie ma to żadnego znaczenia. Orzeczenie sądu amerykańskiego nie będzie miało żadnego znaczenia dla Polski. Nawiasem mówiąc Polska w roku 1961 wypłaciła 40 milionów dolarów, bez względu na to, czy to są Niemcy pochodzenia żydowskiego, czy Amerykanie pochodzenia niemieckiego. Ja nie chcę mówić, że wszystko jest cudownie, ale jest to wielki sukces. Natomiast czymś innym są te kwestie jak pani Agnes Trawny, z mojego okręgu wyborczego, z Nart pod Jedwabnem. A czymś innym są horrendalne i absurdalne roszczenia mieszkańca Lidzbarka Warmińskiego, który domagał się oddania niemalże połowy miasta. To jest inny wątek. A o tyle jesteśmy spokojni, że to polskie sądy będą indywidualnie rozpatrywały każdorazowo te kwestie i trzeba kończy kwestie porządkowania ksiąg wieczystych, które w przypadku leśników są dość specyficzne.
J.D-O.: Ta ustawa od lat jest i jakoś nie może przejść rzez parlament.
D.A-M.: Przede wszystkim mam prośbę, by nie topić problemu w oceanie słów dlatego, że problem istnieje i jeżeli będziemy udawać, że go nie ma, to wróci podwojoną siłą. Ja tutaj nie mieszam, Panie pośle, dwóch rzeczy, tylko realnie obserwuję to, co się dzieje za naszą zachodnią granicą i kogo reprezentuje, i kto wchodzi w skald Związku Wypędzonych, i kogo zachęca się do składania pozwów w Polsce. Tak długo jak będziemy w Polsce przegrywać pozwy, które są składane przez byłych spadkobierców, tak długo nie będzie spokoju. I nie można udawać, że problemu nie ma. Jest mi bardzo przykro, że Pan to bagatelizuje, zwłaszcza, że jest Pan okręgu, którym jest właściwie sztandarowym przykładem tego jak przyjdzie rodzinom polskim być wyrzuconym na bruk, jak są traktowani przez reprezentujących ich adwokatów, jak ci Polacy kiedyś, którzy wyjechali do Niemiec rozmawiają i traktują Polaków, jak zbywają ziemię na pniu i nikt nie reaguje.
S.H.: Ja jestem tego samego zdania, co pan poseł Iwiński: trzeba się cieszyć. Ale trzeba wiedzieć, że jest duże zagrożenie, gdyż ustawa o zadośćuczynieniu narusza prawo unijne, wspólnotowe.
J.D-O.: Mówi Pan o tej ustawie, która nie przewiduje, żeby Niemcy mogli uzyskiwać rekompensaty.
S.H.: Problem jest następujący: jeżeli temu się nie zapobiegnie, to problem powstanie. I wtedy Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, nie w Strasburgu zajmie się tą sprawą. I będzie problem podejmowany na nowo, a to jest niepotrzebne. Dogadajmy się w naszych stosunkach polsko-niemieckich, zamknijmy raz na zawsze. Premier Jarosław Kaczyński pokazał, że można rozmawiać konkretnie.
J.D-O.: Dziękuję bardzo Państwu za rozmowę.
Myśląc Ojczyzna: "Awantury arabskie i moralne"
Myśląc Ojczyzna: "Awantury arabskie i moralne"
red. Stanisław Michalkiewicz (2008-10-15)
Felieton
słuchajzapisz
Szanowni Państwo!Odsłonił się przed naszymi oczami kolejny rozdział groteskowej wojny między premierem Donaldem Tuskiem, a prezydentem Lechem Kaczyńskim. W przeddzień planowanego odlotu prezydenta do Brukseli na rozpoczynający się szczyt Unii Europejskiej, szef Kanclearii Premiera, pan minister Tomasz Arabski przesłał do Kancelarii Prezydenta pismo z zawiadomieniem, że państwowy samolot, który właśnie zawiózł do Brukseli delegację rządową, pozostanie do jej dyspozycji w tym mieście przez cały czas trwania szczytu. Pewnie premier Donald Tusk i ministrowie jego rządu będą samolotem latac do toalety, zwłaszcza gdy ich przypili. Krótko mówiąc, samolotu dla prezydenta nie będzie.Pan minister Tomasz Arabski wyjaśnił podczas przesłuchania w TVN-24, że to dlatego, iż doszedł do wniosku, że wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Brukseli ma charakter prywatny. Gdyby pan Tomasz nie nazywał się Arabski, tylko trochę inaczej, to oczywiście mógłby dojść do każdego wniosku i nawet prezydenta Kaczyńskiego postawić na baczność. Skoro jednak jest tylko Arabski, a na dodatek piastuje stosunkowo skromne stanowisko rządowego intendenta, to okreslanie charakteru zagranicznych wizyt prezydenta państwa raczej do jego kompetencji nie należy. Jestem prawie pewien, że pan minister Tomasz Arabski też to wie. A skoro wie, a mimo to pozwolił sobie na taki gest pod adresem prezydenta Polski, to na pewno za wiedzą i aprobatą premiera Donalda Tuska.Pośrednio możemy o tym wnioskować z wypowiedzi samego premiera, który dawał do zrozumienia, że piętrzące się nagle trudności a to z chorymi pilotami, a to z samolotem, który musi pod parą stać w gotowości na lotnisku w Brukseli przez cały czas trwania szczytu Unii Europejskiej, to tylko preteksty, których celem jest uniemożliwienie prezydentowi wzięcia udziału w brukselskim szczycie. Prezydent nie jest mi do niczego potrzebny - stwierdził premier Tusk.Jestem przekonany, że tym razem mówi szczerze. Co więcej - jestem przekonany, że musi być bardzo ważny powód, dla którego premier Donald Tusk nie życzy sobie mieć w Brukseli świadka w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W takim razie trzeba postawić pytanie, jakie łajdactwo zamierza pan premier tam przeprowadzić, że próbuje nie dopuścić prezydenta państwa do uczestnictwa w brukselskim szczycie wszelkimi sposobami, łącznie z gangsterskimi chwytami, tak samo, jak podczas "nocnej zmiany" w czerwcu 1992 roku?Stawiam to pytanie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że skoro premier Tusk wszelkimi sposobami dąży do pozbycia się z Brukseli świadka w osobie prezydenta, to najwyraźniej musi mieć coś ważnego, a zarazem kłopotliwego do ukrycia. Po drugie dlatego, że zarówno pan premier Donald Tusk, jak i ministrowie jego rządu udowodnili, iż działają na szkodę polskich obywateli i podejmowanych przez nich przedsięwzięć gospodarczych. Najlepiej widac to na przykładzie działań, które doprowadziły do cofnięcia unijnej subwencji na wiercenia geotermalne w Toruniu oraz aktualnego blokowania przez ministra spraw wewnętrznych Grzegorza Schetynę możliwosci rozpoczęcia publicznej zbiórki na sfinansowanie tej inwestycji poza środkami publicznymi. Jeśli zatem premier Tusk i jego rząd w interesie tajnych służb tubylczych i zagranicznych nie waha się działać na szkodę polskich obywateli i polskiej gospodarki, to całkiem możliwe, że nie będzie miał też żadnych oporów przed działaniem na szkodę polskiego państwa. Jest to tym bardziej prawdopodobne, ze prawdziwym programem Platformy Obywatelskiej i tworzonego z jej udziałem rządu jest odwdzięczanie się tajnym służbom tubylczym i zagranicznym, które wsparły ją podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej i doprowadziły do miejsca, w którym aktualnie się znajduje. Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że ani dawne komunistyczne tajne służby wojskowe, ani tym baerdziej - tajne służby zagraniczne, nie działały, ani nie działają w interesie Polski. Przeciwnie - w ich interesie leży maksymalne osłabienie polskiego państwa, żeby łatwiej można było je rozkraść, a pozostałe resztki poddać pod władzę państw poważnych.W tym celu wystarczy doprowadzić do wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego - jak gdyby nigdy nic - jak gdyby nie było irlandzkiego referendum, a którym traktat tej zostal odrzucony. Ponieważ prezydent Kaczyński od pewnego czasu odmawia ratyfikacji tego traktatu, to jego obecność przy ewentualnym zaciąganiu przez rząd w imieniu Polski zobowiązań, że na przykład metodą faktów dokonanych doprowadzi do wprowadzenia w Polsce w życie postanowień Traktatu Lizbońskiego, jest nie tylko niepotrzebna, ale również - w najwyższym stopniu niepożądana. Tylko taką przyczyną można przekonująco wyjaśnić postępowanie premiera Tuska, który nie waha się ani przed ośmieszaniem Polski, ani przed ośmieszaniem siebie samego i swojego rządu. Rzeczywiście musiał zostać przez kogoś postawiony pod ścianą, że tak się uwija, nie dbając już o pozory. Miejmy nadzieję, że opinia publiczna w końcu się dowie, kto tak premiera Tuska sztorcuje i jakiego rodzaju propozycję nie do odrzucenia mu złożył.I na koniec z innej beczki. Od wielu Słuchaczy i Czytelników docierają do mnie sygnały, ze z moich felietonów wyłania się pon ury obraz rzeczywistości. To niestety prawda, ale to nie moja wina, że rzeczywistość nie jest wesoła. Ja jej przeciez nie tworzę, ja ja tylko opisuję.Niemniej jednak, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom Słuchaczy i Czytelników zwracam ich uwagę na pewien optymistyczny element w tym ponury, i przygnębiającym obrazie. Chodzi mi o moralną kondycję naszego społeczeństwa, która chyba nie jest aż tak zła, jak można by się spodziewać. Oto wczoraj po raz kolejny dowiedzieliśmy się, że nawet tak, zdawałoby się, zdemoralizowane osoby, jak oficerowie komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, odważnie stają dzisiaj po stronie prawdy i gotowi są dawać osobiste świadectwo na każde żądanie. Dzieki temu łatwiej nam będzie nie tylko zachować wiarę w człowieka, ale nawet w ogóle.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
red. Stanisław Michalkiewicz (2008-10-15)
Felieton
słuchajzapisz
Szanowni Państwo!Odsłonił się przed naszymi oczami kolejny rozdział groteskowej wojny między premierem Donaldem Tuskiem, a prezydentem Lechem Kaczyńskim. W przeddzień planowanego odlotu prezydenta do Brukseli na rozpoczynający się szczyt Unii Europejskiej, szef Kanclearii Premiera, pan minister Tomasz Arabski przesłał do Kancelarii Prezydenta pismo z zawiadomieniem, że państwowy samolot, który właśnie zawiózł do Brukseli delegację rządową, pozostanie do jej dyspozycji w tym mieście przez cały czas trwania szczytu. Pewnie premier Donald Tusk i ministrowie jego rządu będą samolotem latac do toalety, zwłaszcza gdy ich przypili. Krótko mówiąc, samolotu dla prezydenta nie będzie.Pan minister Tomasz Arabski wyjaśnił podczas przesłuchania w TVN-24, że to dlatego, iż doszedł do wniosku, że wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Brukseli ma charakter prywatny. Gdyby pan Tomasz nie nazywał się Arabski, tylko trochę inaczej, to oczywiście mógłby dojść do każdego wniosku i nawet prezydenta Kaczyńskiego postawić na baczność. Skoro jednak jest tylko Arabski, a na dodatek piastuje stosunkowo skromne stanowisko rządowego intendenta, to okreslanie charakteru zagranicznych wizyt prezydenta państwa raczej do jego kompetencji nie należy. Jestem prawie pewien, że pan minister Tomasz Arabski też to wie. A skoro wie, a mimo to pozwolił sobie na taki gest pod adresem prezydenta Polski, to na pewno za wiedzą i aprobatą premiera Donalda Tuska.Pośrednio możemy o tym wnioskować z wypowiedzi samego premiera, który dawał do zrozumienia, że piętrzące się nagle trudności a to z chorymi pilotami, a to z samolotem, który musi pod parą stać w gotowości na lotnisku w Brukseli przez cały czas trwania szczytu Unii Europejskiej, to tylko preteksty, których celem jest uniemożliwienie prezydentowi wzięcia udziału w brukselskim szczycie. Prezydent nie jest mi do niczego potrzebny - stwierdził premier Tusk.Jestem przekonany, że tym razem mówi szczerze. Co więcej - jestem przekonany, że musi być bardzo ważny powód, dla którego premier Donald Tusk nie życzy sobie mieć w Brukseli świadka w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W takim razie trzeba postawić pytanie, jakie łajdactwo zamierza pan premier tam przeprowadzić, że próbuje nie dopuścić prezydenta państwa do uczestnictwa w brukselskim szczycie wszelkimi sposobami, łącznie z gangsterskimi chwytami, tak samo, jak podczas "nocnej zmiany" w czerwcu 1992 roku?Stawiam to pytanie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że skoro premier Tusk wszelkimi sposobami dąży do pozbycia się z Brukseli świadka w osobie prezydenta, to najwyraźniej musi mieć coś ważnego, a zarazem kłopotliwego do ukrycia. Po drugie dlatego, że zarówno pan premier Donald Tusk, jak i ministrowie jego rządu udowodnili, iż działają na szkodę polskich obywateli i podejmowanych przez nich przedsięwzięć gospodarczych. Najlepiej widac to na przykładzie działań, które doprowadziły do cofnięcia unijnej subwencji na wiercenia geotermalne w Toruniu oraz aktualnego blokowania przez ministra spraw wewnętrznych Grzegorza Schetynę możliwosci rozpoczęcia publicznej zbiórki na sfinansowanie tej inwestycji poza środkami publicznymi. Jeśli zatem premier Tusk i jego rząd w interesie tajnych służb tubylczych i zagranicznych nie waha się działać na szkodę polskich obywateli i polskiej gospodarki, to całkiem możliwe, że nie będzie miał też żadnych oporów przed działaniem na szkodę polskiego państwa. Jest to tym bardziej prawdopodobne, ze prawdziwym programem Platformy Obywatelskiej i tworzonego z jej udziałem rządu jest odwdzięczanie się tajnym służbom tubylczym i zagranicznym, które wsparły ją podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej i doprowadziły do miejsca, w którym aktualnie się znajduje. Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że ani dawne komunistyczne tajne służby wojskowe, ani tym baerdziej - tajne służby zagraniczne, nie działały, ani nie działają w interesie Polski. Przeciwnie - w ich interesie leży maksymalne osłabienie polskiego państwa, żeby łatwiej można było je rozkraść, a pozostałe resztki poddać pod władzę państw poważnych.W tym celu wystarczy doprowadzić do wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego - jak gdyby nigdy nic - jak gdyby nie było irlandzkiego referendum, a którym traktat tej zostal odrzucony. Ponieważ prezydent Kaczyński od pewnego czasu odmawia ratyfikacji tego traktatu, to jego obecność przy ewentualnym zaciąganiu przez rząd w imieniu Polski zobowiązań, że na przykład metodą faktów dokonanych doprowadzi do wprowadzenia w Polsce w życie postanowień Traktatu Lizbońskiego, jest nie tylko niepotrzebna, ale również - w najwyższym stopniu niepożądana. Tylko taką przyczyną można przekonująco wyjaśnić postępowanie premiera Tuska, który nie waha się ani przed ośmieszaniem Polski, ani przed ośmieszaniem siebie samego i swojego rządu. Rzeczywiście musiał zostać przez kogoś postawiony pod ścianą, że tak się uwija, nie dbając już o pozory. Miejmy nadzieję, że opinia publiczna w końcu się dowie, kto tak premiera Tuska sztorcuje i jakiego rodzaju propozycję nie do odrzucenia mu złożył.I na koniec z innej beczki. Od wielu Słuchaczy i Czytelników docierają do mnie sygnały, ze z moich felietonów wyłania się pon ury obraz rzeczywistości. To niestety prawda, ale to nie moja wina, że rzeczywistość nie jest wesoła. Ja jej przeciez nie tworzę, ja ja tylko opisuję.Niemniej jednak, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom Słuchaczy i Czytelników zwracam ich uwagę na pewien optymistyczny element w tym ponury, i przygnębiającym obrazie. Chodzi mi o moralną kondycję naszego społeczeństwa, która chyba nie jest aż tak zła, jak można by się spodziewać. Oto wczoraj po raz kolejny dowiedzieliśmy się, że nawet tak, zdawałoby się, zdemoralizowane osoby, jak oficerowie komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, odważnie stają dzisiaj po stronie prawdy i gotowi są dawać osobiste świadectwo na każde żądanie. Dzieki temu łatwiej nam będzie nie tylko zachować wiarę w człowieka, ale nawet w ogóle.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
Sunday, August 3, 2008
WAŻNIEJSZE OSIĄGNIĘCIA POLSKIEJ GEOTERMALNEJ ASOCJACJI Polish Geothermal Association
WAŻNIEJSZE OSIĄGNIĘCIA POLSKIEJ GEOTERMALNEJ ASOCJACJI Polish Geothermal Association
Powstawanie i działalność przed 1996 rokiem.
W dniu 15 września 1993 roku odbyło się w Zakopanem - Koscielisku zebranie założycieli PGA. Zebranie odbyło się po dwudniowym, międzynarodowym Seminarium na temat "Rola wód geotermalnych w ochronie środowiska przyrodniczego". W zebraniu uczestniczyło 26 osób, które jednogłośnie postanowiły powołać Polską Geotermalną Asocjację. Został powołany Komitet Założycielski PGA w składzie:
- prof. dr hab. inż. Julian Sokołowski mgr inż. Maria Gładysz
- mgr inż. Andrzej Gąsienica - Makowski,
- mgr inż. Antoni Parecki.
Na zebraniu określono podstawowe cele i kierunki działania Polskiej Geotermalnej Asocjacji:
- wspieranie badań i działań zmierzających do poznania i wykorzystania zasobów geotermalnych w Polsce,
- popieranie edukacji naukowej, technicznej i przyrodniczej, związanej ze sprawami geotermii i środowiska,
- gromadzenie i udostępnianie informacji o zasobach geotermalnych i badaniach związanych z geotermią
- nawiązywanie i poszerzanie współpracy międzynarodowej z organizacjami zajmującymi się problematyką rozwoju geotermii, a szczególnie z Międzynarodową Geotermalną Asocjacją.
Powołany wówczas Komitet Założycielski zgodnie z wymogami sądu, postanowił ukonstytuować Tymczasowy Zarząd Polskiej Geotermalnej Asocjacji w tym samym składzie co komitet założycielski.
W dniu 12 września przewodniczący Tymczasowego Zarządu PGA podpisał w imieniu Polskiej Geotermalnej Asocjacji porozumienie o afiliacji z Migdzynarodow Geotermalną Asocjac, które zostało zaakceptowane przez Radę Dyrektorów IGA 8-go listopada 1993 roku. W dniu afiliacji PGA liczyła 47 członków (nie posiadała jeszcze decyzji sądu o przyjęciu rejestracji)
W dniu 31 grudnia 1993 roku Polska Geotermalna Asocjacja została wpisana do rejestru stowarzyszeń w Sądzie Wojewódzkim w Krakowie, a osobowość prawną uzyskała 25 stycznia 1994 roku.
17 czerwca 1994 roku odbyło się I Walne Zebranie Członków PGA, na którym w regulaminowym głosowaniu został wybrany Zarząd Polskiej Geotermalnej Asocjacji w następującym składzie:
- przewodniczący - prof. dr hab. inż. Julian Sokołowski,
- sekretarz - Agnieszka Sadowska
- skarbnik - mgr inż. Grażyna Hołojuch,
- członek - mgr inż. Maria Gładysz,
- członek - prof. dr hab. Stanisław Ostaficzuk,
- członek - dr Wiesław Bujakowski,
- członek - mgr inż. Antoni Parecki.
oraz Komisja Rewizyjna Polskie Geotermalnej Asocjacji w składzie:
- przewodniczący - prof. Andrzej Parczewski,
- członek - dr inż. Elżbieta Pilecka,
- członek - mgr inż. Jan Lemparty.
Na zebraniu podjęto decyzję o udziale polskiej delegacji z ramienia PGA w światowym Kongresie Geotermalnym we Florencji, w maju 1995 roku oraz o zorganizowaniu przedkongresowej wycieczki na Podhalu. W tym samym dniu ( 17.06.1994) miało miejsce I Posiedzenie Zarządu Polskiej Geotermalnej Asocjacji.
W dniach 17-19 października PGA wspólnie z Radą Ekologiczną przy Prezydencie RP i Polską Akademią Nauk zorganizowała w Zakopanem seminarium nt.: "Rola wód geotermalnych w ochronie środowiska przyrodniczego Tatr, Podhala, Spisza, Orawy, Pienin i Gorców".
Przed seminarium zostały wydane następujące artykuły w oddzielnej publikacji
- Zagadnienia ekorozwoju Podhala - prof. S. Kozłowski;
- Karpaty jako "Ekozaplecze" Polski - prof. R. Ney;
- Zasady ekorozwoju Tatr, Podhala, Spisza, Orawy, Pienin i Gorców z uwzględnieniem niekonwencjonalnych nośników energii - prof. J. Sokolowski, mgr F. Bachleda-Księdzularz;
- Ekologiczne korzyści wykorzystania wód geotermalnych na Podhalu - dr W. Bujakowski, prof. J. Sokolowski, mgr inż. P. Długosz, prof. A. Długosz;
- Komercyjne wykorzystanie wód geotermalnych w różnych regionach Polski:
- Stan obecny i program wykorzystania energii geotermalnej na Podhalu - prof. J. Sokołowski, mgr inż. P. Długosz, dr W. Bujakowski;
- Wykorzystanie energii geotermalnej w Polsce na przykładzie miejskiego systemu grzewczego w Pyrzycach opartego o ciepłownię_ geotermalną_ - prof. Z. Meyer;
- Możliwości wykorzystania wód termalnych w energetyce cieplnej północno-zachodniej Polski - mgr A. Parecki;
- Komercyjne wykorzystanie wód geotermalnych w Żyrardowie - mgr M. Balcer;
- Możliwości komercyjnego wykorzystania energii geotermalnej w Polsce - inż. J. Sokołowska;
- The economic advantages of geothermal water utilization using Geotermia Podhalańska as a case - K. Sorensen, L. T. Hansen, mgr inż. P. Długosz;
- Elektrownie atomowe a ekorozwój - prof. W. Bojarski.
Powyzsza dzialalnosc zostala wysoko oceniona przez gremium uczestnicz_ce w seminarium, dowodem czego jest przyznanie nagrody Przewodniczącemu PGA prof. Julianowi Sokołowskiemu przez Przewodniczącego Ligi Ochrony Przyrody za rok 1994.
Przygotowano trzy referaty na Swiatowy Kongres Geotermalny w 1995 oraz przygotowano przewodnik dla uczestników przedkongresowej wycieczki, która miala miejsce na terenie Podhala.
W 1995 roku głównyrni akcentami działalnosci PGA były: uczestnictwo delegacji PGA w światowym Kongresie Geotermalnym we Florencji oraz zorganizowanie wycieczki na Pndhale i do Słowacji dla uczestników światowego Kongresu Geotermalnego.
W dniach 18 - 31 maja 1995 roku we Florencji odbył się światowy Kongres Geotermalny. Ze strony PGA w Kongresie uczestniczyła delegacja w składzie:
- Julian Sokołowski,
- Józefa Sokołowska,
- Stanisław Ostaficzuk,
- Andrzej Myśko,
- Wiesław Bujakowski,
- Beata Kępinska,
- Marek Balcer,
- Grażyna Hołojuch,
- Agnieszka Sadowska.
Przewodniczący PGA prof. Julian Sokołowski wygłosił na Kongresie trzy referaty:
- Bieżący raport geotermalny z Polski (opracował J. Sokołowski)
- Efekty zatłaczania wód geotermalnych w Polsce (opracował J. Sokołowski, J. Sokołowska, P. Piwiński)
- Wykorzystanie energii geotermalnej w ochronie środowiska Tatr, Pienin i Grców (Z. Krzan, J. Sokołowski)
PGA wspólnie ze Słowacką Asocjacją Geotermalną przygotowała jedną z wycieczek, które znalazły się w programie imprez światowego Kongresu Geotermalnego we Florencji. Polska część wycieczki odbyła się w dniach od 18 do 20 maja na Podhalu.Uczestniczyło w niej 12 osób - specjalistów z dziedziny geotermii z U.S.A., Japonii, Islandii, Nowej Zelandii i Słowacji. Uczestnicy wycieczki otrzymali wydany przez PGA przewodnik po regionie Podhala i południowej Polski. Głównym celem wycieczki była prezentacja aktualnego stanu i perspektyw wykorzystania energii geotermalnej na Podhalu, poza tym uczestnicy mieli okazję poznania historii i kultury regionu Podhala, Tatr i Krakowa.
Dzięki dotacji Narodowego Funduszu Ochrony środowiska i Gospodarki Wodnej, za co wyrażamy gorące podziękowania, przygotowano i wydano następujące publikacje:
- Referaty na Swiatowy Kongres Geotermalny we Florencji.
- Przewodnik dla uczestników wycieczki przedkongresowej na Podhalu.
- Prowincje i baseny geotermalne Polski, wersje polsko- i anglojęzyczna,
- Informator o Zakładzie Geotermalnym na Podhalu.
Innymi ważnymi działaniami PGA były w roku 1995:
- Współudział w organizacji warsztatów geotermalnych w Warszawie w dniu 27.06.1995. Tematem warsztatów była "Energia Geotermalna w krajach Europy Wschodniej".
- Zorganizowanie I kursu Polskiej Szkoły Geotermalnej w Zakopanem na temat Podstawy Geosynoptyczne rozwoju Geoenergetyki w Polsce. Przygotowano tygodniowy cykl wykładów o warunkach występowania wód geotermalnych w Polsce, sposobach ich zagospodarowania i możliwościach wykorzystania w róznych dziedzinach życia gospodarczego, a w szczególności w ochronie środowiska. W kursie wzięli udział, oprócz specjalistów geologów i geotermików, przedstawiciele władz lokalnych gmin zainteresowanych zagospodarowaniem wód geotermalnych.
- Przetłumaczenie i przygotowanie do druku tłumaczenia francuskiego opracowania albumowego pt.: "Geotermia od gejzera do grzejnika". Do opracowania tego został dopisany specjalny rozdział pt.: "Geotermia w Polsce". środki na wydanie tej pracy zapewniło Ministerstwo Ochrony środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa".
Z prof. dr hab. Ryszardem Henrykiem Kozłowskim z Politechniki Krakowskiej rozmawia Wiesława Mazur
- Import nośników energii, w tym gazu i ropy naftowej, obciąża budżet państwa kwotą 25 mld zł rocznie, tymczasem Pan twierdzi, że jesteśmy "Kuwejtem Europy" i moglibyśmy być samowystarczalni energetycznie. To brzmi jak bajka, opowiadanie science fiction.
- Siedzimy na wulkanie przebogatych zasobów energii i możemy być samowystarczalni. Wiek XIX był wiekiem węgla i pary, XX - ropy naftowej i gazu, XXI będzie wiekiem zasobów energii odnawialnej. Węgla mamy tyle, że przy rocznym wydobyciu na poziomie 100 mln ton starczyłoby go nam na 1000 lat. Szesnaście lat badań Polskiej Akademii Nauk, Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa oraz innych jednostek, które zajmowały się poszukiwaniem ropy, gazu, energii geotermalnej świadczą, że zasoby gazu - odkryte i do udokumentowania - zabezpieczają ekspolatację na wysokim poziomie, na ponad 100 lat. Ale w ciągu najbliższych 20 lat, powszechnym nośnikiem energii będzie wodór. Można budować elektrownie opierając się na wodorze spalanym w ogniwach paliwowych, czerpiąc go z wody. Powracając do zasobów energetycznych Polski, nasza ziemia została obdarzona wyjątkowo szczodrze. W żadnym innym europejskim kraju, a może nawet w żadnym innym kraju na świecie, nie stykają się tak jak u nas cztery jednostki geostrukturalne: prekambryjska plaftforma wschodnioeuropejska, kaledonidy, waryscydy i alpidy. Podobne położenie rokuje mnogość bogactw i gazu, i ropy, i wody geotermalnej. Energii zasobów odnawialnych - myślę przede wszystkim o zasobach energii geotermalnej - posiadamy nieprzebrane bogactwo. Wynoszą 625 tys. petadżuli (PJ) na rok. Jeden petadżul jest odpowiednikiem energii zawartej w 23 tys. ton ropy naftowej. To są zasoby odnawialne stałe i znajdują się na 80 proc. powierzchni Polski. Zapotrzebowanie Polski na energię wynosi 4 tys. PJ rocznie. Geotermalnej energii odnawialnej mamy 154 razy więcej niż jej w chwili obecnej potrzebujemy. Niemcy w zasoby geotermalne są trzy razy ubożsi niż my. Wielkie zasoby geotermii posiada Ukraina, ale nie są tak, jak nasze udokumentowane. Ostatnie badania w Niemczech potwierdziły, nasze wcześniejsze prognozy i obliczenia.
- Zaraz zaraz, Panie Profesorze, mówił Pan o węglu kamiennym. Czy dobrze pamiętam, że w rozpoznanych złożach mamy go podobno ok. 40 mld ton. Wystarczyłoby nam więc węgla kamiennego przy tym rocznym wydobyciu, o którym Pan wspomniał, na 400 lat. Zasoby geologiczne węgla brunatnego wynoszą ok. 13 mld ton - przy wydobyciu ponad 60 mln ton węgla brunatnego w roku, starczy tego paliwa na ponad 200 lat.
- Podane przez Panią dane są zaniżone. Króluje i rozpowszechniane jest kłamstwo, że mamy mniejsze zasoby niż one są w rzeczywistości. Mówię, nie tylko o węglu. Taka była polityka. W czasach PRL kupionych zostało z kredytu Banku Światowego 6 zestawów amerykańskich urządzeń wiertniczych. Miały być kontynuowane poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie bogactw naturalnych, ale urządzenia stały bezużytecznie. Prawie nie korzystano z nich, schowana została dokumentacja przeprowadzonych badań. Konsekwencja? Importujemy niepotrzebnie ogromne ilości gazu rosyjskiego. Wmawia nam się, że bez tego importu nie damy sobie rady, a to nieprawda. Na Górnym Śląsku węgla kamiennego mamy ok. 43 mld ton. Prof. Julian Sokołowski, który dwa lata temu odszedł od nas do nieba i był prawdziwym guru geotermii, a ja w tym zakresie jestem jego uczniem - ocenił, że węgla w Rowie Lubelskim mamy aż 60 mld ton. Razem to 100 mld ton, tylko węgla kamiennego! Mając takie bogactwo, należy myśleć o budowie karbochemii. Węgiel jest zbyt cennym surowcem, żeby go spalać. W procesie technologicznym odgazowania węgla otrzymuje się gaz, tańszy od tego, który chcemy sprowadzać zza granicy i przetrzymywać w terminalach, które zamierzamy właśnie budować za ciężkie miliony.
- To chyba pytanie retoryczne, czy warto węgiel przetwarzać, uzyskując z niego np. benzynę syntetyczną, kiedy ropa naftowa tak drożeje? Cena za baryłkę (159 l) przekracza już 75 dolarów. Mówią, że niedługo baryłka może kosztować nawet do 100 dolarów! Rafinerie benzyny syntetycznej otrzymywanej z przeróbki węgla, budowane są w wielu krajach. My, siedząc na węglu, zastanawiamy się bez końca, czy taka rafineria mogłaby się nam opłacać...
- Chcąc pchnąć nasz kraj energicznie do przodu i go zmienić, trzeba odblokować różne kurki niemożności, wykorzystać wiedzę, badania naukowe. Wcale przy tym nie trzeba wyważać zamkniętych drzwi, myśmy już to zrobili. Pełniłem różne funkcje kierownicze w uczelni, ale już ich pełnić nie chcę, bo zajmuję się Programem dla Polski, to zajmuje cały mój wolny czas. Węgiel w Polsce musimy przetwarzać. Geotermia musi ruszyć. W Polsce 76 proc. energii pochodzi ze spalania węgla, w krajach europejskich tak było 20 lat temu i postanowili tę sytuację zmienić. Węgiel, spalając się, emituje oprócz powodującego efekt cieplarniany CO2, który można wyłapywać bardzo niebezpieczne związki rtęci powodujące epidemię raka, o tym niewiele się mówi. Wykorzystanie energii geotermalnej do produkcji ciepła i prądu staje się koniecznością. Nie tylko dlatego, że z odnawialnych źródeł do 2010 r. powinniśmy otrzymywać 7,5 proc. energii, na razie otrzymujemy oficjalnie 3 proc., a naprawdę chyba nie więcej niż 2 proc. Dodam, że wśród wszystkich zasobów energii odnawialnej - myślę o energii z biomasy, słonecznej, wiatrowej, wodnej, jaką możemy wykorzystywać - geotermalna stanowi 99,8 proc.
- Profesorskie trio: Julian Sokołowski, Jacek Zimny, Ryszard Kozłowski, autorzy obszernego opracowania "Polska XXI wieku" dzielnie walczyło przez lata, o lepszą Polskę z gospodarką, która dzięki taniej energii będzie mogła skutecznie konkurować z gospodarkami o wiele bogatszych od nas krajów, dogoni je i prześcignie...
- A dlaczego nie? Tania energia jest podstawą wzrostu konkurencyjności gospodarek.
- Słyszy się jednak, że energia geotermalna jest droga...
- Energia, o której mówimy, jest tańsza od innych. Że jest droższa, to są plotki. Tak właśnie, plotkarsko działało blokujące nas lobby. Bywało, że z ekip rządowych na skutek tych plotek dochodziły do naszej trójki głosy, że jesteśmy szamanami, teoretykami z wyimagowanymi koncepcjami. Tymczasem prof. Sokołowski zanim został pracownikiem PAN wiele lat pracował w jednostkach zajmujących się poszukiwaniem zasobów, w Warszawie, Łodzi, potem w Krakowie. Zimny, podobnie jak ja, twardo chodzi po ziemi. Jestem absolwentem Politechniki Śląskiej, zajmowałem się energetyką pracując w Instytucie Metalurgii Żelaza w Gliwicach, zakończyłem tam pracę 10 wdrożeniami i 20 patentami. Byłem tutaj, w Politechnice Krakowskiej, prodziekanem Wydziału Mechanicznego, przez dwie kadencje prorektorem uczelni. Gdzież tu szamaństwo i bujanie w obłokach? Chciałem, żeby w Krakowie powstała pierwsza eklektrociepłownia na bazie geotermii, ale napotkałem opór. Zakład produkujący energię elektryczną i cieplną z geotermii powstanie w Toruniu i pokażemy, że będzie to energia tania. W Austrii zbudowanie zakładu kosztowało 5 mln euro, u nas można taki zakład zbudować taniej.
- W Bańskiej Niżnej energia z geotermii nie jest tania...
- Nagłośnione zostały koszty związane z drugim otworem. Pierwszy nadzorował prof. Sokołowski. Zakład został uznany przez Amerykanów i Japończyków za wzorcowy. Profesor, współpracując z wójtem gminy, miejscowym księdzem proboszczem i dyrektorem szkoły, zadbał, żeby od razu uruchomiony został system kaskadowy wykorzystania geotermii. Oprócz ogrzewania domów w wiosce, zbudowano basen kąpielowy, geotermia ogrzewa szklarnie, wykorzystywana jest w suszarni drewna, do hodowli ryb - sumów afrykańskich. A był to tylko otwór poszukiwawczy. Drugi otwór w Bańskiej powinien zostać wykonany nie tam, ale w Zakopanem. Wodę geotermalną transportuje się z Bańskiej na znaczną odległość. Straty ciepła trzeba uzupełnić. Proszę sobie wyobrazić, że część pieniędzy na odwiert zużyto na nową nawierzchnię Krupówek. I poszło w świat, że to drogie.
- Centra energii geotermalnej powinny być zbudowane w każdej gminie?
- Tak. To znaczy w 2500 gmin na 2700, bo w tych 2500 gorące wody geotermalne zdatne do wykorzystania znajdują prawie wszędzie, poza okolicami Suwałk i Białegostoku ok. 3 tys. metrów pod naszymi nogami. Takie centrum to nie tylko produkcja energii elektrycznej i cieplnej, także miejsca pracy. Na Górnym Śląsku pod powierzchnią, na ok. 2700 km kw. znajdują się warstwy węgla, a pod nim warstwa dewonu o miąższości 1000 m, o innej niż węgiel strukturze. W dewonie znajdują się wody geotermalne i pary przegrzane. Wystarczy wejść w dewon, żeby wykorzystać właściwości bardzo gorącej wody i pary. Razem z prof. Zimnym opracowaliśmy technologię produkcji energii elektrycznej z wyeksploatowanych kopalń. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję, że likwidowanie kopalń to był błąd. Moim zdaniem kopalnie należało oddać górnikom do dyspozycji - oni wydobywaliby z nich węgiel i nie musieli ginąć w biedaszybach. Pod warstwą węgla, jak już powiedziałem, są świetne warunki geotermalne. Na poziomie chodników, do których można dowiercić się z góry, a potem wejść w dewon, w zamkniętych kopalniach, warto uruchomić turbiny - generatory produkcji energii elektrycznej. Każda kopalnia ma dokładną charakterystykę chodników, są metody satelitarne, dzięki którym wieże wiertnicze łatwo umieścić dokładnie nad chodnikami. Zgłosiłem taki projekt do Brukseli i czekam na odpowiedź, która ma nadejść jeszcze w tym miesiącu. Chcemy ten pomysł z Zimnym wypróbować w kopalni Knurów.
- Dziękuję za rozmowę.
Kronika wyprzedaży Polski (210)
Polfarma, Orbis - poszły
Konsorcjum złożone ze Spectry Management i Prokom Investments pod koniec lipca 2000 r. przejęło kontrolę nad Polpharmą ze Starogardu Gdańskiego, największą w Polsce i jedną z największych w Europie Środkowej i Wschodniej firmą produkującą leki oraz substancje do ich wytwarzania. Za pakiet 52,5 proc. akcji konsorcjum zapłaciło 231 mln zł. Nie było niespodzianki, wcześniej w Ministerstwie Skarbu Państwa przyjaźnie gwarzono z przedstawicielami tego kandydata na inwestora, a potem gazetach ukazały się informacje, że Spectra Management i Prokom Investments przejmą Polpharmę w ciągu miesiąca. Spectra objęła 42,5 proc. akcji, Prokom Investments - 10 proc. Spaliły na panewce propozycje zgłaszane przez Polską Izbę Przemysłu Farmaceutycznego, żeby wokół Polpharmy utworzyć polski holding faramaceutyczny. Za konsolidacją naszego przemysłu farmaceutyków przy udziale Polpharmy opowiadali się też posłowie Sejmowej Komisji Zdrowia, ale ich głos brzmiał słabo, w każdym razie nikt z rządu nie poparł tego pomysłu. Kondycja firmy była dobra, ale mówiono, że brakuje jej kapitału na inwestycje. Przychody ze sprzedaży w roku poprzedzającym sprzedaż wynosiły 551 mln zł, zysk po opłaceniu podatków 72 mln zł.
***
To, że Polpharma specjalizowała się również w wytwarzaniu substacji chemicznych do produkcji lekarstw, stanowiło jej dodatkowy atut. Większość producentów farmaceutyków sprowadzała te substancje z Azji, bo tam można było je kupić taniej i na razie nie było to zabronione, ale wiadomo było, że niedługo zabronione będzie. Miały wejść przepisy dotyczące surowych wymagań jakościowych przy produkcji lekarstw. Polpharma inwestowała w nowe maszyny i linie produkcyjne oraz standardy GMP (Good Manufacturing Practice = Dobra Robota Wytwarzania) zapewniające wysoką jakość, czystość użytych surowców i komponentów gotowego produktu. GMP zapewnia również pełną kontrolę nad jakością i pochodzeniem surowców. W firmie wyjaśniano, że potrzebuje na inwestycje jakieś 100 mln dolarów, w resorcie skarbu - że Polpharma, która planuje uruchomić produkcję segmentu leków OTC, czyli sprzedawanych bez recept, musi mieć znacznie więcej kapitału niż informuje i oni jej ten kapitał zapewnią - przez sprzedaż fabryki. W momencie zawarcia umowy dokonano podwyższenia kapitału spółki o 100 mln zł, żeby miała trochę środków na spłatę zobowiązań. Polpharma zaciągnęła pożyczkę na budowę nowej wytwórni leków. Konsorcjum zobowiązało się w ciągu 5 lat zainwestować w spółkę 600 mln zł, wdrożyć na wszystkich wydziałach standardy GMP, rozkwit działu badawczego, sieci handlowej, eksportu i utrzymanie na dotychczasowym poziomie zatrudnienia (ok. 3 tys. osób) przez najbliższe trzy lata. Spectra była firmą prowadząca działalność handlowo-marketingową, ale zaangażowana już była w dwa zakłady sektora farmaceutycznego: Terpol w Sieradzu i Bicom w Rzeszowie. Prokom Investments prowadził działalność inwestycyjną, uczestnicząc kapitałowo w innych spółkach, w tym w giełdowej spółce Prokom Software oraz grupie farmaceutycznej BA - Bioton.
***
Mimo roszczeń, dotyczących części działki, na których stała wytwórnia płynów infuzyjnych, Polfa Kutno postawiła na prywatyzację, za co była w Warszawie przy ul. Wspólnej (siedziba MSP) chwalona. Za kilka tygodni miała zostać podpisana umowa przedwstępna dotycząca maszyn, produktów, marek handlowych i rynku z koncernem niemieckim Frasenius (potentat produkcji płynów infuzyjnych w Europie). Sprzedaż działki i zabudowań nastąpi później - zgodzili się Niemcy. Prawie połowę produkcji Polfy Kutno, po sprzedaży, miały stanowić preparaty OTC, najszybciej rozwijający się segment rynku farmaceutycznego w Polsce, uważanego za najbardziej dochodowy. Udział w prywatyzacji Tarchomińskich Zakładów Farmaceutycznych Polfa zgłosiła spółka Strem. Na tym terenie, gdzie stoi zakład, przed wojną produkowała fabryka chemiczna należąca do Strem, na działce wielkości 9,5 ha. Tarchomińska Polfa obejmowała 70 ha, cały ten grunt, także działkę należącą kiedyś do Strem, na mocy dekretu PKWN przeszedł na własność skarbu państwa, ale takiego zapisu w księgach wieczystych nie było. Rozpoczął się spór Polfy, która od przekształceń własnościowych wywijała się jak piskorz - ze Stremem. Spór łagodzono w zaciszach gabinetów ministerstwa skarbu, które stało na stanowisku, że Polfa Tarchomin przekształceniom własnościowym poddać się musi i bezwzględnie potrzebuje inwestora. Wskazywano na Polfę Rzeszów, która została sprzedana koncernowi amerykańskiemu ICN w 1997 r., jak jej dobrze. W Rzeszowie oddawano nową fabrykę, którą Amerykanie z ICN wybudowali za 40 mln dolarów.
***
- A więc rozstrzygnęła się przyszłość Orbisu - mówił smętnie Maciej Grelowski prezes zarządu spółki notowanej na giełdzie od listopada 1997 r., w której skarb państwa posiadał pakiet 41,9 proc. Francuski konkurent przejął nad Orbisem kontrolę. Akcje sprzedano o wiele taniej niż się spodziewano. - Cóż robić, w ostatnich tygodniach straciły mocno na wartości - tłumaczyła Barbara Litak - Zarębska, wiceminister skarbu. Słoń zawładnął myszą, Orbis posiadał w Polsce 55 hoteli, a Accor Group miał ich na świecie 3234. Ministerstwo skarbu 35,37 proc. akcji Orbisu sprzedało za 578 mln 600 tys. zł. Dokładnie nabywcą tego pakietu były firmy Accor, Fic Globe LLC oraz Globe Trade Center. Zgodnie z umową 20 proc. akcji miało trafić do francuskiej sieci hotelowej Accor. Zależna od Deutsche Banku firma Fic Globe LLC objęła pakiet akcji 10,37 proc., a spółka deweloperska Globe Trade Center - 5 proc. W umowie sprzedaży zostało zapisane, że marka Orbisu, który został wyprowadzony na prostą i w 1999 r. wykazał zysk netto w wysokości 92,2 mln zł, utrzymana zostanie przez najbliższych 6 lat. Nabywcy mieli zmodernizować przejęte obiekty i zainwestować w budowę hoteli niedrogich, bo drogich w Warszawie i innych miastach powstało wiele, a tanich o przyzwoitym standardzie, nie było prawie wcale. Był czas, kiedy pracownicy Orbisu śnili o leasingu firmy, ale mowy nie było, żeby dostała im się taka gratka. Zresztą skąd mieli wziąć takie pieniądze? Orbis był zbyt kosztowny. Browary Warszawskie produkujące m.in. piwa Królewskie i Złoty Król zostały sprywatyzowane, jako spółka pracownicza. Załoga krótko cieszyła się własnością, zresztą ze swojej winy - ludzie potrzebowali pieniędzy na bieżące wydatki i sprzedali swoje akcje członkom zarządu. Następnie zakład został przez nich sprzedany (98 proc. akcji) Brau Union. Austriacy zapłacili 167 mln zł. Wychodziło, że za 1 proc. rynku Brau Union zapłaciła 55 mln zł (udział Browarów Warszawskich w rynku wynosił 3 proc.). W ten sposób austriacki potentat piwny swój udział w rynku piwa w Polsce zwiększył do 8 proc. i zamierzał agresywnie zagarniać na rynek dalej.
Powstawanie i działalność przed 1996 rokiem.
W dniu 15 września 1993 roku odbyło się w Zakopanem - Koscielisku zebranie założycieli PGA. Zebranie odbyło się po dwudniowym, międzynarodowym Seminarium na temat "Rola wód geotermalnych w ochronie środowiska przyrodniczego". W zebraniu uczestniczyło 26 osób, które jednogłośnie postanowiły powołać Polską Geotermalną Asocjację. Został powołany Komitet Założycielski PGA w składzie:
- prof. dr hab. inż. Julian Sokołowski mgr inż. Maria Gładysz
- mgr inż. Andrzej Gąsienica - Makowski,
- mgr inż. Antoni Parecki.
Na zebraniu określono podstawowe cele i kierunki działania Polskiej Geotermalnej Asocjacji:
- wspieranie badań i działań zmierzających do poznania i wykorzystania zasobów geotermalnych w Polsce,
- popieranie edukacji naukowej, technicznej i przyrodniczej, związanej ze sprawami geotermii i środowiska,
- gromadzenie i udostępnianie informacji o zasobach geotermalnych i badaniach związanych z geotermią
- nawiązywanie i poszerzanie współpracy międzynarodowej z organizacjami zajmującymi się problematyką rozwoju geotermii, a szczególnie z Międzynarodową Geotermalną Asocjacją.
Powołany wówczas Komitet Założycielski zgodnie z wymogami sądu, postanowił ukonstytuować Tymczasowy Zarząd Polskiej Geotermalnej Asocjacji w tym samym składzie co komitet założycielski.
W dniu 12 września przewodniczący Tymczasowego Zarządu PGA podpisał w imieniu Polskiej Geotermalnej Asocjacji porozumienie o afiliacji z Migdzynarodow Geotermalną Asocjac, które zostało zaakceptowane przez Radę Dyrektorów IGA 8-go listopada 1993 roku. W dniu afiliacji PGA liczyła 47 członków (nie posiadała jeszcze decyzji sądu o przyjęciu rejestracji)
W dniu 31 grudnia 1993 roku Polska Geotermalna Asocjacja została wpisana do rejestru stowarzyszeń w Sądzie Wojewódzkim w Krakowie, a osobowość prawną uzyskała 25 stycznia 1994 roku.
17 czerwca 1994 roku odbyło się I Walne Zebranie Członków PGA, na którym w regulaminowym głosowaniu został wybrany Zarząd Polskiej Geotermalnej Asocjacji w następującym składzie:
- przewodniczący - prof. dr hab. inż. Julian Sokołowski,
- sekretarz - Agnieszka Sadowska
- skarbnik - mgr inż. Grażyna Hołojuch,
- członek - mgr inż. Maria Gładysz,
- członek - prof. dr hab. Stanisław Ostaficzuk,
- członek - dr Wiesław Bujakowski,
- członek - mgr inż. Antoni Parecki.
oraz Komisja Rewizyjna Polskie Geotermalnej Asocjacji w składzie:
- przewodniczący - prof. Andrzej Parczewski,
- członek - dr inż. Elżbieta Pilecka,
- członek - mgr inż. Jan Lemparty.
Na zebraniu podjęto decyzję o udziale polskiej delegacji z ramienia PGA w światowym Kongresie Geotermalnym we Florencji, w maju 1995 roku oraz o zorganizowaniu przedkongresowej wycieczki na Podhalu. W tym samym dniu ( 17.06.1994) miało miejsce I Posiedzenie Zarządu Polskiej Geotermalnej Asocjacji.
W dniach 17-19 października PGA wspólnie z Radą Ekologiczną przy Prezydencie RP i Polską Akademią Nauk zorganizowała w Zakopanem seminarium nt.: "Rola wód geotermalnych w ochronie środowiska przyrodniczego Tatr, Podhala, Spisza, Orawy, Pienin i Gorców".
Przed seminarium zostały wydane następujące artykuły w oddzielnej publikacji
- Zagadnienia ekorozwoju Podhala - prof. S. Kozłowski;
- Karpaty jako "Ekozaplecze" Polski - prof. R. Ney;
- Zasady ekorozwoju Tatr, Podhala, Spisza, Orawy, Pienin i Gorców z uwzględnieniem niekonwencjonalnych nośników energii - prof. J. Sokolowski, mgr F. Bachleda-Księdzularz;
- Ekologiczne korzyści wykorzystania wód geotermalnych na Podhalu - dr W. Bujakowski, prof. J. Sokolowski, mgr inż. P. Długosz, prof. A. Długosz;
- Komercyjne wykorzystanie wód geotermalnych w różnych regionach Polski:
- Stan obecny i program wykorzystania energii geotermalnej na Podhalu - prof. J. Sokołowski, mgr inż. P. Długosz, dr W. Bujakowski;
- Wykorzystanie energii geotermalnej w Polsce na przykładzie miejskiego systemu grzewczego w Pyrzycach opartego o ciepłownię_ geotermalną_ - prof. Z. Meyer;
- Możliwości wykorzystania wód termalnych w energetyce cieplnej północno-zachodniej Polski - mgr A. Parecki;
- Komercyjne wykorzystanie wód geotermalnych w Żyrardowie - mgr M. Balcer;
- Możliwości komercyjnego wykorzystania energii geotermalnej w Polsce - inż. J. Sokołowska;
- The economic advantages of geothermal water utilization using Geotermia Podhalańska as a case - K. Sorensen, L. T. Hansen, mgr inż. P. Długosz;
- Elektrownie atomowe a ekorozwój - prof. W. Bojarski.
Powyzsza dzialalnosc zostala wysoko oceniona przez gremium uczestnicz_ce w seminarium, dowodem czego jest przyznanie nagrody Przewodniczącemu PGA prof. Julianowi Sokołowskiemu przez Przewodniczącego Ligi Ochrony Przyrody za rok 1994.
Przygotowano trzy referaty na Swiatowy Kongres Geotermalny w 1995 oraz przygotowano przewodnik dla uczestników przedkongresowej wycieczki, która miala miejsce na terenie Podhala.
W 1995 roku głównyrni akcentami działalnosci PGA były: uczestnictwo delegacji PGA w światowym Kongresie Geotermalnym we Florencji oraz zorganizowanie wycieczki na Pndhale i do Słowacji dla uczestników światowego Kongresu Geotermalnego.
W dniach 18 - 31 maja 1995 roku we Florencji odbył się światowy Kongres Geotermalny. Ze strony PGA w Kongresie uczestniczyła delegacja w składzie:
- Julian Sokołowski,
- Józefa Sokołowska,
- Stanisław Ostaficzuk,
- Andrzej Myśko,
- Wiesław Bujakowski,
- Beata Kępinska,
- Marek Balcer,
- Grażyna Hołojuch,
- Agnieszka Sadowska.
Przewodniczący PGA prof. Julian Sokołowski wygłosił na Kongresie trzy referaty:
- Bieżący raport geotermalny z Polski (opracował J. Sokołowski)
- Efekty zatłaczania wód geotermalnych w Polsce (opracował J. Sokołowski, J. Sokołowska, P. Piwiński)
- Wykorzystanie energii geotermalnej w ochronie środowiska Tatr, Pienin i Grców (Z. Krzan, J. Sokołowski)
PGA wspólnie ze Słowacką Asocjacją Geotermalną przygotowała jedną z wycieczek, które znalazły się w programie imprez światowego Kongresu Geotermalnego we Florencji. Polska część wycieczki odbyła się w dniach od 18 do 20 maja na Podhalu.Uczestniczyło w niej 12 osób - specjalistów z dziedziny geotermii z U.S.A., Japonii, Islandii, Nowej Zelandii i Słowacji. Uczestnicy wycieczki otrzymali wydany przez PGA przewodnik po regionie Podhala i południowej Polski. Głównym celem wycieczki była prezentacja aktualnego stanu i perspektyw wykorzystania energii geotermalnej na Podhalu, poza tym uczestnicy mieli okazję poznania historii i kultury regionu Podhala, Tatr i Krakowa.
Dzięki dotacji Narodowego Funduszu Ochrony środowiska i Gospodarki Wodnej, za co wyrażamy gorące podziękowania, przygotowano i wydano następujące publikacje:
- Referaty na Swiatowy Kongres Geotermalny we Florencji.
- Przewodnik dla uczestników wycieczki przedkongresowej na Podhalu.
- Prowincje i baseny geotermalne Polski, wersje polsko- i anglojęzyczna,
- Informator o Zakładzie Geotermalnym na Podhalu.
Innymi ważnymi działaniami PGA były w roku 1995:
- Współudział w organizacji warsztatów geotermalnych w Warszawie w dniu 27.06.1995. Tematem warsztatów była "Energia Geotermalna w krajach Europy Wschodniej".
- Zorganizowanie I kursu Polskiej Szkoły Geotermalnej w Zakopanem na temat Podstawy Geosynoptyczne rozwoju Geoenergetyki w Polsce. Przygotowano tygodniowy cykl wykładów o warunkach występowania wód geotermalnych w Polsce, sposobach ich zagospodarowania i możliwościach wykorzystania w róznych dziedzinach życia gospodarczego, a w szczególności w ochronie środowiska. W kursie wzięli udział, oprócz specjalistów geologów i geotermików, przedstawiciele władz lokalnych gmin zainteresowanych zagospodarowaniem wód geotermalnych.
- Przetłumaczenie i przygotowanie do druku tłumaczenia francuskiego opracowania albumowego pt.: "Geotermia od gejzera do grzejnika". Do opracowania tego został dopisany specjalny rozdział pt.: "Geotermia w Polsce". środki na wydanie tej pracy zapewniło Ministerstwo Ochrony środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa".
Z prof. dr hab. Ryszardem Henrykiem Kozłowskim z Politechniki Krakowskiej rozmawia Wiesława Mazur
- Import nośników energii, w tym gazu i ropy naftowej, obciąża budżet państwa kwotą 25 mld zł rocznie, tymczasem Pan twierdzi, że jesteśmy "Kuwejtem Europy" i moglibyśmy być samowystarczalni energetycznie. To brzmi jak bajka, opowiadanie science fiction.
- Siedzimy na wulkanie przebogatych zasobów energii i możemy być samowystarczalni. Wiek XIX był wiekiem węgla i pary, XX - ropy naftowej i gazu, XXI będzie wiekiem zasobów energii odnawialnej. Węgla mamy tyle, że przy rocznym wydobyciu na poziomie 100 mln ton starczyłoby go nam na 1000 lat. Szesnaście lat badań Polskiej Akademii Nauk, Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa oraz innych jednostek, które zajmowały się poszukiwaniem ropy, gazu, energii geotermalnej świadczą, że zasoby gazu - odkryte i do udokumentowania - zabezpieczają ekspolatację na wysokim poziomie, na ponad 100 lat. Ale w ciągu najbliższych 20 lat, powszechnym nośnikiem energii będzie wodór. Można budować elektrownie opierając się na wodorze spalanym w ogniwach paliwowych, czerpiąc go z wody. Powracając do zasobów energetycznych Polski, nasza ziemia została obdarzona wyjątkowo szczodrze. W żadnym innym europejskim kraju, a może nawet w żadnym innym kraju na świecie, nie stykają się tak jak u nas cztery jednostki geostrukturalne: prekambryjska plaftforma wschodnioeuropejska, kaledonidy, waryscydy i alpidy. Podobne położenie rokuje mnogość bogactw i gazu, i ropy, i wody geotermalnej. Energii zasobów odnawialnych - myślę przede wszystkim o zasobach energii geotermalnej - posiadamy nieprzebrane bogactwo. Wynoszą 625 tys. petadżuli (PJ) na rok. Jeden petadżul jest odpowiednikiem energii zawartej w 23 tys. ton ropy naftowej. To są zasoby odnawialne stałe i znajdują się na 80 proc. powierzchni Polski. Zapotrzebowanie Polski na energię wynosi 4 tys. PJ rocznie. Geotermalnej energii odnawialnej mamy 154 razy więcej niż jej w chwili obecnej potrzebujemy. Niemcy w zasoby geotermalne są trzy razy ubożsi niż my. Wielkie zasoby geotermii posiada Ukraina, ale nie są tak, jak nasze udokumentowane. Ostatnie badania w Niemczech potwierdziły, nasze wcześniejsze prognozy i obliczenia.
- Zaraz zaraz, Panie Profesorze, mówił Pan o węglu kamiennym. Czy dobrze pamiętam, że w rozpoznanych złożach mamy go podobno ok. 40 mld ton. Wystarczyłoby nam więc węgla kamiennego przy tym rocznym wydobyciu, o którym Pan wspomniał, na 400 lat. Zasoby geologiczne węgla brunatnego wynoszą ok. 13 mld ton - przy wydobyciu ponad 60 mln ton węgla brunatnego w roku, starczy tego paliwa na ponad 200 lat.
- Podane przez Panią dane są zaniżone. Króluje i rozpowszechniane jest kłamstwo, że mamy mniejsze zasoby niż one są w rzeczywistości. Mówię, nie tylko o węglu. Taka była polityka. W czasach PRL kupionych zostało z kredytu Banku Światowego 6 zestawów amerykańskich urządzeń wiertniczych. Miały być kontynuowane poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie bogactw naturalnych, ale urządzenia stały bezużytecznie. Prawie nie korzystano z nich, schowana została dokumentacja przeprowadzonych badań. Konsekwencja? Importujemy niepotrzebnie ogromne ilości gazu rosyjskiego. Wmawia nam się, że bez tego importu nie damy sobie rady, a to nieprawda. Na Górnym Śląsku węgla kamiennego mamy ok. 43 mld ton. Prof. Julian Sokołowski, który dwa lata temu odszedł od nas do nieba i był prawdziwym guru geotermii, a ja w tym zakresie jestem jego uczniem - ocenił, że węgla w Rowie Lubelskim mamy aż 60 mld ton. Razem to 100 mld ton, tylko węgla kamiennego! Mając takie bogactwo, należy myśleć o budowie karbochemii. Węgiel jest zbyt cennym surowcem, żeby go spalać. W procesie technologicznym odgazowania węgla otrzymuje się gaz, tańszy od tego, który chcemy sprowadzać zza granicy i przetrzymywać w terminalach, które zamierzamy właśnie budować za ciężkie miliony.
- To chyba pytanie retoryczne, czy warto węgiel przetwarzać, uzyskując z niego np. benzynę syntetyczną, kiedy ropa naftowa tak drożeje? Cena za baryłkę (159 l) przekracza już 75 dolarów. Mówią, że niedługo baryłka może kosztować nawet do 100 dolarów! Rafinerie benzyny syntetycznej otrzymywanej z przeróbki węgla, budowane są w wielu krajach. My, siedząc na węglu, zastanawiamy się bez końca, czy taka rafineria mogłaby się nam opłacać...
- Chcąc pchnąć nasz kraj energicznie do przodu i go zmienić, trzeba odblokować różne kurki niemożności, wykorzystać wiedzę, badania naukowe. Wcale przy tym nie trzeba wyważać zamkniętych drzwi, myśmy już to zrobili. Pełniłem różne funkcje kierownicze w uczelni, ale już ich pełnić nie chcę, bo zajmuję się Programem dla Polski, to zajmuje cały mój wolny czas. Węgiel w Polsce musimy przetwarzać. Geotermia musi ruszyć. W Polsce 76 proc. energii pochodzi ze spalania węgla, w krajach europejskich tak było 20 lat temu i postanowili tę sytuację zmienić. Węgiel, spalając się, emituje oprócz powodującego efekt cieplarniany CO2, który można wyłapywać bardzo niebezpieczne związki rtęci powodujące epidemię raka, o tym niewiele się mówi. Wykorzystanie energii geotermalnej do produkcji ciepła i prądu staje się koniecznością. Nie tylko dlatego, że z odnawialnych źródeł do 2010 r. powinniśmy otrzymywać 7,5 proc. energii, na razie otrzymujemy oficjalnie 3 proc., a naprawdę chyba nie więcej niż 2 proc. Dodam, że wśród wszystkich zasobów energii odnawialnej - myślę o energii z biomasy, słonecznej, wiatrowej, wodnej, jaką możemy wykorzystywać - geotermalna stanowi 99,8 proc.
- Profesorskie trio: Julian Sokołowski, Jacek Zimny, Ryszard Kozłowski, autorzy obszernego opracowania "Polska XXI wieku" dzielnie walczyło przez lata, o lepszą Polskę z gospodarką, która dzięki taniej energii będzie mogła skutecznie konkurować z gospodarkami o wiele bogatszych od nas krajów, dogoni je i prześcignie...
- A dlaczego nie? Tania energia jest podstawą wzrostu konkurencyjności gospodarek.
- Słyszy się jednak, że energia geotermalna jest droga...
- Energia, o której mówimy, jest tańsza od innych. Że jest droższa, to są plotki. Tak właśnie, plotkarsko działało blokujące nas lobby. Bywało, że z ekip rządowych na skutek tych plotek dochodziły do naszej trójki głosy, że jesteśmy szamanami, teoretykami z wyimagowanymi koncepcjami. Tymczasem prof. Sokołowski zanim został pracownikiem PAN wiele lat pracował w jednostkach zajmujących się poszukiwaniem zasobów, w Warszawie, Łodzi, potem w Krakowie. Zimny, podobnie jak ja, twardo chodzi po ziemi. Jestem absolwentem Politechniki Śląskiej, zajmowałem się energetyką pracując w Instytucie Metalurgii Żelaza w Gliwicach, zakończyłem tam pracę 10 wdrożeniami i 20 patentami. Byłem tutaj, w Politechnice Krakowskiej, prodziekanem Wydziału Mechanicznego, przez dwie kadencje prorektorem uczelni. Gdzież tu szamaństwo i bujanie w obłokach? Chciałem, żeby w Krakowie powstała pierwsza eklektrociepłownia na bazie geotermii, ale napotkałem opór. Zakład produkujący energię elektryczną i cieplną z geotermii powstanie w Toruniu i pokażemy, że będzie to energia tania. W Austrii zbudowanie zakładu kosztowało 5 mln euro, u nas można taki zakład zbudować taniej.
- W Bańskiej Niżnej energia z geotermii nie jest tania...
- Nagłośnione zostały koszty związane z drugim otworem. Pierwszy nadzorował prof. Sokołowski. Zakład został uznany przez Amerykanów i Japończyków za wzorcowy. Profesor, współpracując z wójtem gminy, miejscowym księdzem proboszczem i dyrektorem szkoły, zadbał, żeby od razu uruchomiony został system kaskadowy wykorzystania geotermii. Oprócz ogrzewania domów w wiosce, zbudowano basen kąpielowy, geotermia ogrzewa szklarnie, wykorzystywana jest w suszarni drewna, do hodowli ryb - sumów afrykańskich. A był to tylko otwór poszukiwawczy. Drugi otwór w Bańskiej powinien zostać wykonany nie tam, ale w Zakopanem. Wodę geotermalną transportuje się z Bańskiej na znaczną odległość. Straty ciepła trzeba uzupełnić. Proszę sobie wyobrazić, że część pieniędzy na odwiert zużyto na nową nawierzchnię Krupówek. I poszło w świat, że to drogie.
- Centra energii geotermalnej powinny być zbudowane w każdej gminie?
- Tak. To znaczy w 2500 gmin na 2700, bo w tych 2500 gorące wody geotermalne zdatne do wykorzystania znajdują prawie wszędzie, poza okolicami Suwałk i Białegostoku ok. 3 tys. metrów pod naszymi nogami. Takie centrum to nie tylko produkcja energii elektrycznej i cieplnej, także miejsca pracy. Na Górnym Śląsku pod powierzchnią, na ok. 2700 km kw. znajdują się warstwy węgla, a pod nim warstwa dewonu o miąższości 1000 m, o innej niż węgiel strukturze. W dewonie znajdują się wody geotermalne i pary przegrzane. Wystarczy wejść w dewon, żeby wykorzystać właściwości bardzo gorącej wody i pary. Razem z prof. Zimnym opracowaliśmy technologię produkcji energii elektrycznej z wyeksploatowanych kopalń. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję, że likwidowanie kopalń to był błąd. Moim zdaniem kopalnie należało oddać górnikom do dyspozycji - oni wydobywaliby z nich węgiel i nie musieli ginąć w biedaszybach. Pod warstwą węgla, jak już powiedziałem, są świetne warunki geotermalne. Na poziomie chodników, do których można dowiercić się z góry, a potem wejść w dewon, w zamkniętych kopalniach, warto uruchomić turbiny - generatory produkcji energii elektrycznej. Każda kopalnia ma dokładną charakterystykę chodników, są metody satelitarne, dzięki którym wieże wiertnicze łatwo umieścić dokładnie nad chodnikami. Zgłosiłem taki projekt do Brukseli i czekam na odpowiedź, która ma nadejść jeszcze w tym miesiącu. Chcemy ten pomysł z Zimnym wypróbować w kopalni Knurów.
- Dziękuję za rozmowę.
Kronika wyprzedaży Polski (210)
Polfarma, Orbis - poszły
Konsorcjum złożone ze Spectry Management i Prokom Investments pod koniec lipca 2000 r. przejęło kontrolę nad Polpharmą ze Starogardu Gdańskiego, największą w Polsce i jedną z największych w Europie Środkowej i Wschodniej firmą produkującą leki oraz substancje do ich wytwarzania. Za pakiet 52,5 proc. akcji konsorcjum zapłaciło 231 mln zł. Nie było niespodzianki, wcześniej w Ministerstwie Skarbu Państwa przyjaźnie gwarzono z przedstawicielami tego kandydata na inwestora, a potem gazetach ukazały się informacje, że Spectra Management i Prokom Investments przejmą Polpharmę w ciągu miesiąca. Spectra objęła 42,5 proc. akcji, Prokom Investments - 10 proc. Spaliły na panewce propozycje zgłaszane przez Polską Izbę Przemysłu Farmaceutycznego, żeby wokół Polpharmy utworzyć polski holding faramaceutyczny. Za konsolidacją naszego przemysłu farmaceutyków przy udziale Polpharmy opowiadali się też posłowie Sejmowej Komisji Zdrowia, ale ich głos brzmiał słabo, w każdym razie nikt z rządu nie poparł tego pomysłu. Kondycja firmy była dobra, ale mówiono, że brakuje jej kapitału na inwestycje. Przychody ze sprzedaży w roku poprzedzającym sprzedaż wynosiły 551 mln zł, zysk po opłaceniu podatków 72 mln zł.
***
To, że Polpharma specjalizowała się również w wytwarzaniu substacji chemicznych do produkcji lekarstw, stanowiło jej dodatkowy atut. Większość producentów farmaceutyków sprowadzała te substancje z Azji, bo tam można było je kupić taniej i na razie nie było to zabronione, ale wiadomo było, że niedługo zabronione będzie. Miały wejść przepisy dotyczące surowych wymagań jakościowych przy produkcji lekarstw. Polpharma inwestowała w nowe maszyny i linie produkcyjne oraz standardy GMP (Good Manufacturing Practice = Dobra Robota Wytwarzania) zapewniające wysoką jakość, czystość użytych surowców i komponentów gotowego produktu. GMP zapewnia również pełną kontrolę nad jakością i pochodzeniem surowców. W firmie wyjaśniano, że potrzebuje na inwestycje jakieś 100 mln dolarów, w resorcie skarbu - że Polpharma, która planuje uruchomić produkcję segmentu leków OTC, czyli sprzedawanych bez recept, musi mieć znacznie więcej kapitału niż informuje i oni jej ten kapitał zapewnią - przez sprzedaż fabryki. W momencie zawarcia umowy dokonano podwyższenia kapitału spółki o 100 mln zł, żeby miała trochę środków na spłatę zobowiązań. Polpharma zaciągnęła pożyczkę na budowę nowej wytwórni leków. Konsorcjum zobowiązało się w ciągu 5 lat zainwestować w spółkę 600 mln zł, wdrożyć na wszystkich wydziałach standardy GMP, rozkwit działu badawczego, sieci handlowej, eksportu i utrzymanie na dotychczasowym poziomie zatrudnienia (ok. 3 tys. osób) przez najbliższe trzy lata. Spectra była firmą prowadząca działalność handlowo-marketingową, ale zaangażowana już była w dwa zakłady sektora farmaceutycznego: Terpol w Sieradzu i Bicom w Rzeszowie. Prokom Investments prowadził działalność inwestycyjną, uczestnicząc kapitałowo w innych spółkach, w tym w giełdowej spółce Prokom Software oraz grupie farmaceutycznej BA - Bioton.
***
Mimo roszczeń, dotyczących części działki, na których stała wytwórnia płynów infuzyjnych, Polfa Kutno postawiła na prywatyzację, za co była w Warszawie przy ul. Wspólnej (siedziba MSP) chwalona. Za kilka tygodni miała zostać podpisana umowa przedwstępna dotycząca maszyn, produktów, marek handlowych i rynku z koncernem niemieckim Frasenius (potentat produkcji płynów infuzyjnych w Europie). Sprzedaż działki i zabudowań nastąpi później - zgodzili się Niemcy. Prawie połowę produkcji Polfy Kutno, po sprzedaży, miały stanowić preparaty OTC, najszybciej rozwijający się segment rynku farmaceutycznego w Polsce, uważanego za najbardziej dochodowy. Udział w prywatyzacji Tarchomińskich Zakładów Farmaceutycznych Polfa zgłosiła spółka Strem. Na tym terenie, gdzie stoi zakład, przed wojną produkowała fabryka chemiczna należąca do Strem, na działce wielkości 9,5 ha. Tarchomińska Polfa obejmowała 70 ha, cały ten grunt, także działkę należącą kiedyś do Strem, na mocy dekretu PKWN przeszedł na własność skarbu państwa, ale takiego zapisu w księgach wieczystych nie było. Rozpoczął się spór Polfy, która od przekształceń własnościowych wywijała się jak piskorz - ze Stremem. Spór łagodzono w zaciszach gabinetów ministerstwa skarbu, które stało na stanowisku, że Polfa Tarchomin przekształceniom własnościowym poddać się musi i bezwzględnie potrzebuje inwestora. Wskazywano na Polfę Rzeszów, która została sprzedana koncernowi amerykańskiemu ICN w 1997 r., jak jej dobrze. W Rzeszowie oddawano nową fabrykę, którą Amerykanie z ICN wybudowali za 40 mln dolarów.
***
- A więc rozstrzygnęła się przyszłość Orbisu - mówił smętnie Maciej Grelowski prezes zarządu spółki notowanej na giełdzie od listopada 1997 r., w której skarb państwa posiadał pakiet 41,9 proc. Francuski konkurent przejął nad Orbisem kontrolę. Akcje sprzedano o wiele taniej niż się spodziewano. - Cóż robić, w ostatnich tygodniach straciły mocno na wartości - tłumaczyła Barbara Litak - Zarębska, wiceminister skarbu. Słoń zawładnął myszą, Orbis posiadał w Polsce 55 hoteli, a Accor Group miał ich na świecie 3234. Ministerstwo skarbu 35,37 proc. akcji Orbisu sprzedało za 578 mln 600 tys. zł. Dokładnie nabywcą tego pakietu były firmy Accor, Fic Globe LLC oraz Globe Trade Center. Zgodnie z umową 20 proc. akcji miało trafić do francuskiej sieci hotelowej Accor. Zależna od Deutsche Banku firma Fic Globe LLC objęła pakiet akcji 10,37 proc., a spółka deweloperska Globe Trade Center - 5 proc. W umowie sprzedaży zostało zapisane, że marka Orbisu, który został wyprowadzony na prostą i w 1999 r. wykazał zysk netto w wysokości 92,2 mln zł, utrzymana zostanie przez najbliższych 6 lat. Nabywcy mieli zmodernizować przejęte obiekty i zainwestować w budowę hoteli niedrogich, bo drogich w Warszawie i innych miastach powstało wiele, a tanich o przyzwoitym standardzie, nie było prawie wcale. Był czas, kiedy pracownicy Orbisu śnili o leasingu firmy, ale mowy nie było, żeby dostała im się taka gratka. Zresztą skąd mieli wziąć takie pieniądze? Orbis był zbyt kosztowny. Browary Warszawskie produkujące m.in. piwa Królewskie i Złoty Król zostały sprywatyzowane, jako spółka pracownicza. Załoga krótko cieszyła się własnością, zresztą ze swojej winy - ludzie potrzebowali pieniędzy na bieżące wydatki i sprzedali swoje akcje członkom zarządu. Następnie zakład został przez nich sprzedany (98 proc. akcji) Brau Union. Austriacy zapłacili 167 mln zł. Wychodziło, że za 1 proc. rynku Brau Union zapłaciła 55 mln zł (udział Browarów Warszawskich w rynku wynosił 3 proc.). W ten sposób austriacki potentat piwny swój udział w rynku piwa w Polsce zwiększył do 8 proc. i zamierzał agresywnie zagarniać na rynek dalej.
Saturday, August 2, 2008
Wojna o baner Radni Gminy Gdansk nie dbaja o Polske i Polakow.
Sunday, June 29, 2008
Czerwona kartka dla imperium Europa
Czerwona kartka dla imperium Europa
Nasz Dziennik, 2008-06-29
Jan Maria Jackowski
Irlandzkie "nie" dla traktatu lizbońskiego powoduje bardzo poważne skutki nie tylko dla całej Unii Europejskiej, ale również dla wewnętrznej polityki polskiej. Co charakterystyczne, tak zwane elity europejskie i międzynarodowa eurobiurokracja chyba nie rozumieją, co tak naprawdę się stało. Z większości komentarzy zagranicznych i krajowych przebija ton wyższości i pogarda dla reguł demokracji, odsłaniając istotę projektu "imperium Europa" jako tworu z zasady antydemokratycznego.
Wiele do myślenia dały opublikowane na gorąco opinie i komentarze zamieszczone w prasie niemieckiej. Nierzadko pierwsze z nich wypływają ze szczerości, późniejsze z kalkulacji. "Irlandia szokuje Europę", "Europejski koszmar", a nawet "Irlandzki skandal" - głosiły tytuły. Zdaniem "Frankfurter Allgemeine Zeitung", Wspólnota powróciła do momentu, w którym znalazła się po referendach we Francji i Holandii, kiedy obywatele tych krajów opowiedzieli się przeciwko eurokonstytucji. Frankfurcki dziennik wypomniał, że mało który kraj skorzystał na członkostwie w Unii w takim stopniu jak Irlandia. "Sueddeutsche Zeitung" przewiduje, że skutkiem irlandzkiego "nie" będzie powstanie Europy dwóch prędkości. "Stary kontynent straci na znaczeniu, jeśli pozwoli sobie dyktować warunki maruderom" - grozi dziennik z Monachium. Podobną opinię zamieszczono w berlińskim "Tagesspiegel", którego komentator twierdzi, że europejscy reformatorzy powinni się skupić wokół Niemiec, Francji i krajów Beneluksu. Inne wnioski wyciągnął komentator "Stuttgarter Zeitung", który zaproponował opracowanie nowego tekstu traktatu bardziej czytelnego dla obywateli.
Z kolei we francuskim dzienniku "Le Figaro" stwierdzono, że państwa członkowskie Wspólnoty powinny kontynuować proces ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Natomiast Irlandii można zaproponować lekko zmodyfikowany tekst traktatu, który zostałby poddany pod nowe głosowanie. Autor artykułu w dzienniku "Le Figaro", poświęconego konsekwencjom irlandzkiego referendum, podkreśla, że "na szczęście Irlandia jest jedynym krajem, którego konstytucja nakazuje zorganizowanie referendum w sprawie każdego traktatu". Zdaniem francuskiej gazety, należy mieć nadzieję, że proces ratyfikacyjny powiedzie się w pozostałych 26 krajach Unii. Jeśli tak będzie, "Le Figaro" proponuje, by Irlandczycy ponownie głosowali nad tekstem traktatu, do którego wprowadzono by "mało istotne poprawki, odpowiadające na ich zastrzeżenia".
Europeizacja Niemiec czy germanizacja Europy
Nawoływania do powtórki referendum trudno nie uznać za przykład niekonsekwencji i demokracji sterowanej. Dlaczego referendum nie zostało powtórzone we Francji i w Holandii po odrzuceniu przez obywateli tych państw eurokonstytucji w 2005 roku? Irlandczycy mają w pamięci przymuszenie ich do powtórnego głosowania, by został wprowadzony traktat nicejski z 2001 roku. Odrzucenie traktatu lizbońskiego przez Irlandczyków było również reakcją na tę presję, dezintegrację, obrażanie tych, którzy uważają inaczej, oraz okłamywanie wyborców. Znamienny tytuł został zamieszczony w irlandzkim dzienniku "Irish Examiner", który wyniki referendum z 12 czerwca br. określił mianem "krwawej łaźni". Komentator gazety podkreślił, że na wynik głosowania nie miały wpływu "słowne wygibasy" propagandystów, którzy uważali, że "olbrzymi deficyt demokracji można zrównoważyć sloganami i standardowym pokrzykiwaniem". Na Zielonej Wyspie "niemal każda partia, która kiedykolwiek była u władzy, prawie wszystkie organizacje gospodarcze, Kościół, większość związków zawodowych i organizacji farmerskich oraz spora część komentatorów zalecała ratyfikację traktatu". I okazało się, że niezależny i nieprzekonany elektorat zadecydował odwrotnie.
Prezydent Czech Vaclav Klaus sprawę określił jasno: "To zwycięstwo wolności i rozumu nad europejską biurokracją". Można dodać - to krok na ciernistej drodze obrony Europy przed eurobełkotem, bo trudno wprowadzanej bocznymi drzwiami eurokonstytucji nie uznać za zaawansowane wcielenie eurokratycznej nowomowy, aroganckiej, bełkotliwej, niejasnej, mętnej, zideologizowanej. Jednak, co groźne, ten bełkot służy przejęciu pełni władzy w krajach członkowskich przez UE, która już i tak zarządza głównymi obszarami oraz w zakamuflowanej formie jest narzędziem dominowania jednych państw nad drugimi. Eurokraci boją się opinii Europejczyków. Słusznie zauważył prof. Mariusz Muszyński, że problem polega na braku dialogu między politykami a społeczeństwami europejskimi. Nie ma bowiem dyskusji na temat kierunku, w którym ma zmierzać Unia, a następnie opracowania ram prawnych dla przyjętych rozwiązań. Zamiast tego od razu tworzy się ramy, a następnie próbuje się wtłaczać w nie UE, "przyciskając kolanem", a decyduje o tym kilku najważniejszych polityków największych państw Unii.
Komentarze polityków i obserwatorów niemieckich oraz francuskich są o tyle istotne, że oba kraje przez lata stanowiły motor integracji europejskiej. Polityka francuska od lat polegała na włączaniu Niemiec w projekt europejski, upatrując w tym sposób na neutralizację teutońskich tendencji ekspansywnych, które były przyczyną dwóch wojen światowych. Niemcy przez lata byli lojalnymi partnerami Francuzów i na tej podstawie zbudowano mit o modelowej, pokojowej współpracy dawnych wrogów. Między innymi dzięki tej szczególnej symbiozie Republika Federalna doszła do takiej potęgi, że stała się w tej chwili największym i najsilniejszym krajem Unii Europejskiej. I Niemcy dziś stanowią problem Unii Europejskiej, gdyż coraz bardziej ujawnia się dylemat, czy Niemcy się europeizują, czy Europa się germanizuje?
Dziś Niemcy mają najsilniejszą gospodarkę. Najwięcej płacą na rzecz wspólnej Europy i chcą w niej mieć największą władzę. Dzięki rozpadowi bloku komunistycznego i przyłączeniu b. NRD mają najwięcej ludności. Dysponują największymi wpływami w Parlamencie Europejskim, w Komisji Europejskiej, aspirują do Rady Bezpieczeństwa ONZ. To Niemcy zabiegają o status najważniejszego sojusznika USA w Europie kontynentalnej. Za rządów Angeli Merkel dostrzegana jest wyraźna zmiana polityki zagranicznej Niemiec. Niemcy odeszły od poprzedniego, antyamerykańskiego kursu z czasów Schroedera i tradycyjnie mając bardzo dobre stosunki z Rosją, jednocześnie chcą być najważniejszym sojusznikiem Waszyngtonu w Europie. W zamian za poparcie dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie i przekonanie Rosji do popierania sankcji przeciw Iranowi, wprowadzającemu intensywny program atomowy, Niemcy oczekiwały od USA wsparcia dla przyjęcia konstytucji europejskiej. Pani kanclerz zadeklarowała już na początku stycznia 2007 roku na łamach "Financial Times", że doprowadzi do przyjęcia tego dokumentu. Była to oczywista zapowiedź silnego niemieckiego nacisku na powrót do odrzuconej w referendach we Francji i Holandii konstytucji europejskiej.
Dla Niemiec eurokonstytucja - czyli obecny traktat lizboński - jest instrumentem do budowania podstaw swej dominacji w Europie. Traktat otwiera drogę do landyzacji Europy i procesu sprowadzania państw narodowych do prowincji europejskiego superpaństwa federacyjnego, a mającym najwięcej do powiedzenia w Unii Niemcom daje uprzywilejowaną pozycję. Dla Niemiec Unia Europejska jest bowiem o tyle interesująca, o ile stanie się narzędziem w ich rękach do ekspansji na skalę europejską, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej, tradycyjnie w Berlinie uważanej za strefę niemieckich wpływów. Dlatego Niemcy z taką determinacją i skutecznością doprowadziły do reanimacji eurokonstytucji po szoku wywołanym przez referenda we Francji i w Holandii. Pozostawiono ponad 90 proc. starych zapisów, ale zmieniono nazwę z "traktatu konstytucyjnego" na "traktat reformujący", czyli wysadzono świecę bez ruszenia lichtarza. Miało to zakamuflować istotę dokumentu i ułatwić ratyfikację nowej wersji eurokonstytucji przez parlamenty krajowe, aby uniknąć referendów. Dlatego irlandzkie "nie" wywołało tak gwałtowne reakcje polityków niemieckich. Dublinowi grozi się nawet, że powstanie nowa Unia Europejska, ale bez Irlandii.
Oś Berlin - Moskwa
Oczywiście ekspansja Niemiec jest dostrzegana w Europie. Z niepokojem na ich rosnącą potęgę, jako zarzewie kolejnych problemów, spogląda Londyn, który tradycyjnie zwalcza najsilniejsze państwo na kontynencie. Polityka brytyjska, w sojuszu z krajami skandynawskimi, próbuje stworzyć przeciwwagę dla siły Niemiec. Również we Francji, szczególnie w ostatnich miesiącach, powoli są dostrzegane oznaki pewnej reorientacji. Naiwna polityka partnerstwa niemiecko-francuskiego i mgławicowej ideologii "europejskiej tożsamości" ulega pewnej weryfikacji. Przemiany w Europie po 1989 roku i zjednoczenie Niemiec, a więc ogromne zwiększenie ich potencjału, niezaprzeczalnie zmieniły równowagę sił. W dodatku dla Niemiec otworzyła się nowa przestrzeń do ekspansji w Europie Środkowowschodniej i na Bałkanach. Pojednanie francusko-niemieckie następowało w czasach zimniej wojny, gdy Niemcy Zachodnie odgrywały inną rolę geopolityczną i te dwa państwa były w stanie równowagi.
Obecnie to Niemcy lansują koncepcję dalszego pogłębiania europejskiej integracji, co najlepiej dowodzi, iż równowaga sił między Paryżem a Berlinem została naruszona. Niemiecka propozycja przebudowania Europy z systemu, w którym europejskie prawo i polityka opierały się na solidarności i równorzędności partnerów, i narzucanie nowej koncepcji, w której silne centrum kieruje całym kontynentem, prowadzi do wniosku, że stary porządek prawny pochodzący z poprzedniej równowagi musi zostać również obalony. Francja od 1 lipca br. ma objąć prezydencję Unii Europejskiej, a jednym z głównych jej priorytetów ma być rozbudowa instytucjonalnej infrastruktury europejskiej polityki obronności. Niemcy oficjalnie są za, ale mają trudności z ustosunkowaniem się do roli francuskich arsenałów nuklearnych w strukturach obronnych UE. Są i inne problemy, szczególnie że coraz bardziej wyraźnie widać, iż Niemcy są bezwzględne w realizacji swoich interesów i instrumentalnie traktują "solidarność europejską". Coraz bardziej jawnie dogadują się z Moskwą, która dąży do energetycznego uzależnienia Europy. To dogadywanie - korzystne dla Berlina, nie jest korzystne dla całej Unii Europejskiej. Inna sytuacja była w okresie zimnej wojny, kiedy to Francja miała tradycyjnie poprawne stosunki z Kremlem. Dziś Berlin jest głównym partnerem Rosji w Europie.
Zacieśnienie współpracy niemiecko-rosyjskiej jest realizowane konsekwentnie i w niczym nie przeszkadza, że Niemcy są członkiem NATO i Unii Europejskiej, a Rosja nie. Budowa gazociągu z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku, popieranie przez rząd niemiecki Eriki Steinbach, działalność Powiernictwa Pruskiego, żądanie odszkodowań od Polski, sytuacja mniejszości polskiej w Niemczech - to tylko niektóre realia sytuacji. Polaków szczególnie może niepokoić realizowana od lat, konsekwentna polityka zbliżenia na osi Berlin - Moskwa. Zbyt dobrze znamy ponurą dla Polski tradycję współpracy prusko-niemiecko-rosyjskiej, sięgającą czasów rozbiorów i niesławnej pamięci paktu Ribbentrop - Mołotow. Po wejściu w życie traktatu lizbońskiego może się okazać, że nasza sytuacja uległa pogorszeniu i nasze członkostwo w zdominowanej przez Berlin UE nie gwarantuje nam obrony naszych żywotnych interesów.
Z punku widzenia Europy irlandzkie "nie" oznacza zatem próbę powstrzymania ekspansji Niemiec. Dlatego Niemcy będą bezwzględnie dążyły do przeforsowania traktatu, nawet za cenę naruszenia legalizmu prawa międzynarodowego. Formalnie irlandzkie "nie" zamyka proces ratyfikacji i traktat lizboński powinien trafić do kosza, a ewentualny nowy dokument trzeba negocjować od początku. Tymczasem trwają intensywne próby wskrzeszenia trupa. Zapewne Irlandii będą obiecywane złote góry, by skłonić władze tego kraju do powtórnego referendum. Warto zauważyć, że nawet Niemcy, które tak popędzają Polskę i uległego Berlinowi premiera Tuska, same jeszcze nie ratyfikowały traktatu lizbońskiego, gdyż pojawiły się wątpliwości, czy ten dokument nie jest sprzeczny z niemiecką konstytucją. Gdyby władze w Berlinie zarządziły referendum w tej sprawie i odwołały się do społeczeństwa niemieckiego, to prawdopodobnie traktat by upadł...
Referendum irlandzkie zadziałało jak czerwona lampka ostrzegawcza. Przekształcenie Unii Europejskiej w federacyjne "imperium Europa" pod kontrolą Niemiec szło już tak dobrze i nagle stanęło pod znakiem zapytania. W Czechach traktat został skierowany do Trybunału Konstytucyjnego i od jego werdyktu jest uzależniona ewentualna ratyfikacja. Irlandzkie "nie" z zadowoleniem zostało przyjęte w Londynie, choć premier Gordon Brown "oficjalnie" bagatelizuje sprawę. W Paryżu też z uwagą jest śledzony dalszy rozwój wypadków, podobnie w Sztokholmie czy Kopenhadze. Przywódcy krajów członkowskich UE zastanawiają się w zaciszach gabinetów, co ich kraje mogą zyskać na zaistniałej sytuacji. Nadszedł czas targów i poufnych negocjacji. Czy rządzący Polską potrafią sprostać wyzwaniom chwili?
Wbrew interesom Polski
Traktat lizboński oznacza zielone światło dla landyzacji Europy. Sankcjonuje dominację struktur europejskich nad narodowymi, a wszystko to z pogwałceniem zasad demokracji bezpośredniej. O przyszłości Europejczyków będą decydowali anonimowi eurokraci odpowiadający nie przed wyborcami, ale przed swymi działającymi zakulisowo mocodawcami. Traktat potwierdza prymat prawa unijnego nad krajowym, a wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości będą musiały stosować polskie sądy. Unia Europejska staje się de facto superpaństwem. Uzyskuje osobowość prawną, z prezydentem oraz ministrem spraw zagranicznych, który otrzyma do dyspozycji budżet przeszło 5 mld euro rocznie i pod jego nadzorem będzie pracował nowy europejski korpus dyplomatyczny z placówkami nawet w najdalszych zakątkach świata. Nowa struktura może w imieniu całej Wspólnoty zawierać umowy międzynarodowe. Po zniesieniu prawa weta przez każde państwo członkowskie, dominację nad tym tworem uzyskują najsilniejsi, w tym przede wszystkim Berlin.
Traktat oznacza również radykalne osłabienie prawie o połowę siły głosu Polski. Zniesienie dotychczasowej instytucji weta otwiera możliwość przegłosowania naszego kraju i narzucenia Polsce w każdej dziedzinie rozwiązań nawet ewidentnie sprzecznych z polskim interesem narodowym. Zdaniem mecenasa Stefana Hambury, szczególnie groźny jest punkt 6 art. 48 traktatu o Unii Europejskiej po wprowadzeniu zmian z Lizbony, który pozwala Radzie Europejskiej (na wniosek np. któregokolwiek z państw członkowskich) w ramach uproszczonych procedur zmieniać zapisy trzeciej części traktatu o funkcjonowaniu UE dotyczące wewnętrznych polityk i działań Unii (np. rynek wewnętrzny, rolnictwo i rybołówstwo, usługi, kapitał i płatności itd.). Po ratyfikacji traktatu unijne władze, w których będą dominować Niemcy, nie będą musiały liczyć się z głosem państw członkowskich, ponieważ otrzymają prawo decydowania o zmianach w unijnym systemie bez oglądania się na stanowisko mniej wpływowych państw. Eurokonstytucja otwiera możliwość nowego, niekorzystnego dla Polski etapu, w newralgicznym obszarze roszczeń obywateli niemieckich, co ma kluczowe znaczenie dla statusu Polski Zachodniej i Północnej.
Problem z traktatem konstytucyjnym nie polega tylko na tym, że zmieniony zostanie sposób podejmowania decyzji, który tylko w minimalnym stopniu daje nam możliwość wpływania na decyzje w Unii, ale dotyczy sprawy fundamentalnej dla tożsamości i przyszłości Europy. Przypomnijmy, że autorzy konstytucji, pozostając wierni radykalnej tradycji laickiej, odrzucili odwołanie do chrześcijańskich korzeni Europy, do praw narodów czy praw rodziny. To do tradycji laickiej należy przecież gilotyna, a w czasach nam bliższych łagry i krematoria oraz powołujące się na poparcie rzesz wyborców systemy totalitarne.
Rodzi się zatem fundamentalne pytanie, czy zgoda premiera z PO i prezydenta wywodzącego się z PiS na tworzenie "imperium Europa" jest dobra dla Polski i Polaków? Dlaczego poprzedni rząd uczynił tak niewiele, aby w preambule do traktatu reformującego znalazło się odniesienie do Boga czy chrześcijańskich korzeni Europy, co postulowali Jan Paweł II i Benedykt XVI oraz środowiska oczekujące od dokumentu tej rangi prawdy historycznej? Poprzedni rząd, który negocjował warunki zgody Polski na traktat lizboński, powinien również uzależnić stanowisko naszego kraju od skutecznego rozwiązania przez władze Niemiec z punktu widzenia prawa międzynarodowego wszelkich wątpliwości w sprawie roszczeń obywateli niemieckich kierowanych pod adresem Polski. Czy dzisiejsze deklaracje polityków PO o konieczności dalszej ratyfikacji traktatu odrzuconego przez Irlandię służą interesom Polski? Dlaczego premier Tusk nie oświadczył pani Merkel w Gdańsku 16 czerwca br., że Polska zastanowi się nad traktatem, ale po ratyfikowaniu go przez Niemcy. Dlaczego prezydent Lech Kaczyński zapowiedział ratyfikację dokumentu?
"Przeciw" , a nawet "za"
O ile postawa PO nie dziwi, bo ta partia tradycyjnie ustawiła się na pozycjach euroentuzjastycznych, o tyle wielu Polaków czuje się zawiedzionych postawą liderów PiS. Partia ta na użytek wewnętrzny głosiła propagandowe hasło: "nie oddamy guzika", ale godząc się w ogóle na traktat konstytucyjny, dała zielone światło dla osłabienia pozycji Polski w Europie. Należy przypomnieć, że w trakcie zwycięskiej kampanii wyborczej do parlamentu w 2005 r. PiS głosiło sprzeciw wobec konstytucji europejskiej i obiecywało twardą walkę o zapisanie chrześcijańskiej tożsamości Europy w dokumentach unijnych. Czyżby rację mieli ci, którzy twierdzą, że w sprawach europejskich PO i oficjalne PiS w sumie niewiele się różnią? Od czasu do czasu kierownictwo PiS urządza medialny spektakl pod tytułem: jesteśmy "przeciw", ale w kluczowych momentach jest zawsze "za". Odbywa się to poprzez grę frakcjami (euroentuzjastyczna i eurosceptyczna), co przypomina starą śledczą metodę osiągania celu poprzez "dobrego" i "złego" policjanta. Ta gra jak na razie jest skuteczna, bo mimo wątpliwości i w sytuacji, gdy suwerenność Polski jest tak bardzo zagrożona, wielu wyborców o orientacji patriotycznej nadal popiera tę partię. W dużej mierze za sprawą teorii "mniejszego zła", czyli świadomości "niewierności" w sprawach zasadniczych, tłumionej ugruntowanym przekonaniem o braku realnej alternatywy.
Za niepowetowaną szkodę należy uznać to, że nie doszło w Polsce do szerokiej debaty na temat traktatu i że nie doszło do referendum. Liderzy PiS mieli świadomość, że w sprawie ratyfikacji odgrywali kluczową rolę. Bez tej partii nie zebrałaby się w parlamencie większość 2/3 głosów, niezbędnych do ratyfikacji eurokonstytucji. Wydawałoby się, że naturalnym odruchem PiS powinno być zatem domaganie się rozstrzygnięcia ratyfikacji traktatu na drodze referendum. PiS w ten sposób przejęłoby inicjatywę i kontrolę nad całym procesem. Uzyskałoby bardzo mocny argument do tego, by zmusić PO do poparcia referendum i dania szansy Polakom, by mogli sami decydować o swojej przyszłości. Sprzeciw PO wobec referendum otwierałby drogę PiS do ogłoszenia, że nieodwołanie się w tej sprawie do woli Narodu uniemożliwia poparcie przez PiS ratyfikacji w trybie parlamentarnym.
Szkoda, że nie wymusiło ono na PO wstrzymania ratyfikacji przynajmniej do czasu rozstrzygnięć w innych krajach. Zamrożenie ratyfikacji stawiałoby nas w bardzo dobrej pozycji wyjściowej w negocjacjach z Brukselą w ważnych dla nas sprawach, dotyczących na przykład wymogów formalnych pozyskiwania środków unijnych, których w znacznej mierze nie wykorzystamy ze względu na procedury. Obserwując działania Brukseli wobec Warszawy, trudno nie odnieść wrażenia, że Europa Zachodnia kosztem Polski odreagowuje fakt, że rozwój krajów rozwiniętych odbywał się przez pokolenia kosztem ochrony środowiska naturalnego. Jednak dziś Europa ma drogi, autostrady, zmodernizowane szlaki kolejowe, zakłady przemysłowe, infrastrukturę, a Polska poprzez narzucane nam wyśrubowane i niezwykle kosztowne normy ekologiczne jest w sposób zasadniczy ograniczana w nadrabianiu zaległości. Przykładem może być polityka odnośnie do energii odnawialnej i narzucone Polsce administracyjne, obowiązkowe, wysokie i trudne do spełnienia normy udziału energetyki odnawialnej w całości produkcji energii. Inny przykład - już obecnie czeka nas drastyczna kilkudziesięcioprocentowa podwyżka cen cementu i innych materiałów budowlanych, co wiąże się z bardzo wysokimi kosztami dostosowania do norm związanych z emisją dwutlenku węgla i innych gazów do atmosfery. Ograniczenie produkcji cementu i innych materiałów budowlanych osłabi tempo inwestycji budowlanych. No cóż, w dominującym nurcie obecnej polskiej polityki dostrzega się kompleks "Europy" i wasalną mentalność wobec Brukseli, a pomysłem na przyszłość ma być rozpłynięcie się w mgławicowym "imperium Europa".
Dziś czekamy na to, co zrobi prezydent Lech Kaczyński. Najlepszym wyjściem byłoby oświadczenie, że ratyfikacja traktatu lizbońskiego jest obecnie bezprzedmiotowa. Ma rację Marek Jurek, były marszałek Sejmu, który stwierdził, że: "Traktat upadł i to jest dobra wiadomość dla Polski, teraz należy oczekiwać jednoznacznego potwierdzenia zatrzymania przez prezydenta procesu ratyfikacyjnego traktatu". W jego ocenie, "działanie w przeciwnym kierunku, próba forsowania ratyfikacji tego traktatu, oznaczać będzie zanegowanie fundamentalnej zasady obowiązującej w UE i chroniącej suwerenność państw, to znaczy zasady zgody wszystkich państw na zmianę podstawowych zasad działania Unii". Wyjściem rezerwowym jest skierowanie przez głowę państwa traktatu lizbońskiego do Trybunału Konstytucyjnego, gdyż istnieją uzasadnione przesłanki, że jest on niezgodny z Konstytucją RP. Tylko prezydent przed wejściem ratyfikacji w życie może zwrócić się w tej sprawie do TK. Taki ruch, podobny jak w Czechach, wzmacniałby pozycję Polski wobec Brukseli.
Jeśli natomiast prezydent ratyfikuje traktat lizboński, to w sposób naturalny otworzy się przestrzeń do powstania silnej formacji politycznej stojącej na gruncie legalizmu prawa międzynarodowego, która będzie patrzyła na ręce euroentuzjastycznym elitom zasiadającym w polskim parlamencie. Przecież już za rok zostaną przeprowadzone wybory do Parlamentu Europejskiego, za dwa lata wybory prezydenckie, a następnie wybory parlamentarne. Polsce jest potrzebna silna formacja broniąca naszego interesu narodowego, bo czy można oddawać przyszłość Polski w ręce nadgorliwych polityków, służalczo nastawionych do "projektu europejskiego"?
Nasz Dziennik, 2008-06-29
Jan Maria Jackowski
Irlandzkie "nie" dla traktatu lizbońskiego powoduje bardzo poważne skutki nie tylko dla całej Unii Europejskiej, ale również dla wewnętrznej polityki polskiej. Co charakterystyczne, tak zwane elity europejskie i międzynarodowa eurobiurokracja chyba nie rozumieją, co tak naprawdę się stało. Z większości komentarzy zagranicznych i krajowych przebija ton wyższości i pogarda dla reguł demokracji, odsłaniając istotę projektu "imperium Europa" jako tworu z zasady antydemokratycznego.
Wiele do myślenia dały opublikowane na gorąco opinie i komentarze zamieszczone w prasie niemieckiej. Nierzadko pierwsze z nich wypływają ze szczerości, późniejsze z kalkulacji. "Irlandia szokuje Europę", "Europejski koszmar", a nawet "Irlandzki skandal" - głosiły tytuły. Zdaniem "Frankfurter Allgemeine Zeitung", Wspólnota powróciła do momentu, w którym znalazła się po referendach we Francji i Holandii, kiedy obywatele tych krajów opowiedzieli się przeciwko eurokonstytucji. Frankfurcki dziennik wypomniał, że mało który kraj skorzystał na członkostwie w Unii w takim stopniu jak Irlandia. "Sueddeutsche Zeitung" przewiduje, że skutkiem irlandzkiego "nie" będzie powstanie Europy dwóch prędkości. "Stary kontynent straci na znaczeniu, jeśli pozwoli sobie dyktować warunki maruderom" - grozi dziennik z Monachium. Podobną opinię zamieszczono w berlińskim "Tagesspiegel", którego komentator twierdzi, że europejscy reformatorzy powinni się skupić wokół Niemiec, Francji i krajów Beneluksu. Inne wnioski wyciągnął komentator "Stuttgarter Zeitung", który zaproponował opracowanie nowego tekstu traktatu bardziej czytelnego dla obywateli.
Z kolei we francuskim dzienniku "Le Figaro" stwierdzono, że państwa członkowskie Wspólnoty powinny kontynuować proces ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Natomiast Irlandii można zaproponować lekko zmodyfikowany tekst traktatu, który zostałby poddany pod nowe głosowanie. Autor artykułu w dzienniku "Le Figaro", poświęconego konsekwencjom irlandzkiego referendum, podkreśla, że "na szczęście Irlandia jest jedynym krajem, którego konstytucja nakazuje zorganizowanie referendum w sprawie każdego traktatu". Zdaniem francuskiej gazety, należy mieć nadzieję, że proces ratyfikacyjny powiedzie się w pozostałych 26 krajach Unii. Jeśli tak będzie, "Le Figaro" proponuje, by Irlandczycy ponownie głosowali nad tekstem traktatu, do którego wprowadzono by "mało istotne poprawki, odpowiadające na ich zastrzeżenia".
Europeizacja Niemiec czy germanizacja Europy
Nawoływania do powtórki referendum trudno nie uznać za przykład niekonsekwencji i demokracji sterowanej. Dlaczego referendum nie zostało powtórzone we Francji i w Holandii po odrzuceniu przez obywateli tych państw eurokonstytucji w 2005 roku? Irlandczycy mają w pamięci przymuszenie ich do powtórnego głosowania, by został wprowadzony traktat nicejski z 2001 roku. Odrzucenie traktatu lizbońskiego przez Irlandczyków było również reakcją na tę presję, dezintegrację, obrażanie tych, którzy uważają inaczej, oraz okłamywanie wyborców. Znamienny tytuł został zamieszczony w irlandzkim dzienniku "Irish Examiner", który wyniki referendum z 12 czerwca br. określił mianem "krwawej łaźni". Komentator gazety podkreślił, że na wynik głosowania nie miały wpływu "słowne wygibasy" propagandystów, którzy uważali, że "olbrzymi deficyt demokracji można zrównoważyć sloganami i standardowym pokrzykiwaniem". Na Zielonej Wyspie "niemal każda partia, która kiedykolwiek była u władzy, prawie wszystkie organizacje gospodarcze, Kościół, większość związków zawodowych i organizacji farmerskich oraz spora część komentatorów zalecała ratyfikację traktatu". I okazało się, że niezależny i nieprzekonany elektorat zadecydował odwrotnie.
Prezydent Czech Vaclav Klaus sprawę określił jasno: "To zwycięstwo wolności i rozumu nad europejską biurokracją". Można dodać - to krok na ciernistej drodze obrony Europy przed eurobełkotem, bo trudno wprowadzanej bocznymi drzwiami eurokonstytucji nie uznać za zaawansowane wcielenie eurokratycznej nowomowy, aroganckiej, bełkotliwej, niejasnej, mętnej, zideologizowanej. Jednak, co groźne, ten bełkot służy przejęciu pełni władzy w krajach członkowskich przez UE, która już i tak zarządza głównymi obszarami oraz w zakamuflowanej formie jest narzędziem dominowania jednych państw nad drugimi. Eurokraci boją się opinii Europejczyków. Słusznie zauważył prof. Mariusz Muszyński, że problem polega na braku dialogu między politykami a społeczeństwami europejskimi. Nie ma bowiem dyskusji na temat kierunku, w którym ma zmierzać Unia, a następnie opracowania ram prawnych dla przyjętych rozwiązań. Zamiast tego od razu tworzy się ramy, a następnie próbuje się wtłaczać w nie UE, "przyciskając kolanem", a decyduje o tym kilku najważniejszych polityków największych państw Unii.
Komentarze polityków i obserwatorów niemieckich oraz francuskich są o tyle istotne, że oba kraje przez lata stanowiły motor integracji europejskiej. Polityka francuska od lat polegała na włączaniu Niemiec w projekt europejski, upatrując w tym sposób na neutralizację teutońskich tendencji ekspansywnych, które były przyczyną dwóch wojen światowych. Niemcy przez lata byli lojalnymi partnerami Francuzów i na tej podstawie zbudowano mit o modelowej, pokojowej współpracy dawnych wrogów. Między innymi dzięki tej szczególnej symbiozie Republika Federalna doszła do takiej potęgi, że stała się w tej chwili największym i najsilniejszym krajem Unii Europejskiej. I Niemcy dziś stanowią problem Unii Europejskiej, gdyż coraz bardziej ujawnia się dylemat, czy Niemcy się europeizują, czy Europa się germanizuje?
Dziś Niemcy mają najsilniejszą gospodarkę. Najwięcej płacą na rzecz wspólnej Europy i chcą w niej mieć największą władzę. Dzięki rozpadowi bloku komunistycznego i przyłączeniu b. NRD mają najwięcej ludności. Dysponują największymi wpływami w Parlamencie Europejskim, w Komisji Europejskiej, aspirują do Rady Bezpieczeństwa ONZ. To Niemcy zabiegają o status najważniejszego sojusznika USA w Europie kontynentalnej. Za rządów Angeli Merkel dostrzegana jest wyraźna zmiana polityki zagranicznej Niemiec. Niemcy odeszły od poprzedniego, antyamerykańskiego kursu z czasów Schroedera i tradycyjnie mając bardzo dobre stosunki z Rosją, jednocześnie chcą być najważniejszym sojusznikiem Waszyngtonu w Europie. W zamian za poparcie dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie i przekonanie Rosji do popierania sankcji przeciw Iranowi, wprowadzającemu intensywny program atomowy, Niemcy oczekiwały od USA wsparcia dla przyjęcia konstytucji europejskiej. Pani kanclerz zadeklarowała już na początku stycznia 2007 roku na łamach "Financial Times", że doprowadzi do przyjęcia tego dokumentu. Była to oczywista zapowiedź silnego niemieckiego nacisku na powrót do odrzuconej w referendach we Francji i Holandii konstytucji europejskiej.
Dla Niemiec eurokonstytucja - czyli obecny traktat lizboński - jest instrumentem do budowania podstaw swej dominacji w Europie. Traktat otwiera drogę do landyzacji Europy i procesu sprowadzania państw narodowych do prowincji europejskiego superpaństwa federacyjnego, a mającym najwięcej do powiedzenia w Unii Niemcom daje uprzywilejowaną pozycję. Dla Niemiec Unia Europejska jest bowiem o tyle interesująca, o ile stanie się narzędziem w ich rękach do ekspansji na skalę europejską, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej, tradycyjnie w Berlinie uważanej za strefę niemieckich wpływów. Dlatego Niemcy z taką determinacją i skutecznością doprowadziły do reanimacji eurokonstytucji po szoku wywołanym przez referenda we Francji i w Holandii. Pozostawiono ponad 90 proc. starych zapisów, ale zmieniono nazwę z "traktatu konstytucyjnego" na "traktat reformujący", czyli wysadzono świecę bez ruszenia lichtarza. Miało to zakamuflować istotę dokumentu i ułatwić ratyfikację nowej wersji eurokonstytucji przez parlamenty krajowe, aby uniknąć referendów. Dlatego irlandzkie "nie" wywołało tak gwałtowne reakcje polityków niemieckich. Dublinowi grozi się nawet, że powstanie nowa Unia Europejska, ale bez Irlandii.
Oś Berlin - Moskwa
Oczywiście ekspansja Niemiec jest dostrzegana w Europie. Z niepokojem na ich rosnącą potęgę, jako zarzewie kolejnych problemów, spogląda Londyn, który tradycyjnie zwalcza najsilniejsze państwo na kontynencie. Polityka brytyjska, w sojuszu z krajami skandynawskimi, próbuje stworzyć przeciwwagę dla siły Niemiec. Również we Francji, szczególnie w ostatnich miesiącach, powoli są dostrzegane oznaki pewnej reorientacji. Naiwna polityka partnerstwa niemiecko-francuskiego i mgławicowej ideologii "europejskiej tożsamości" ulega pewnej weryfikacji. Przemiany w Europie po 1989 roku i zjednoczenie Niemiec, a więc ogromne zwiększenie ich potencjału, niezaprzeczalnie zmieniły równowagę sił. W dodatku dla Niemiec otworzyła się nowa przestrzeń do ekspansji w Europie Środkowowschodniej i na Bałkanach. Pojednanie francusko-niemieckie następowało w czasach zimniej wojny, gdy Niemcy Zachodnie odgrywały inną rolę geopolityczną i te dwa państwa były w stanie równowagi.
Obecnie to Niemcy lansują koncepcję dalszego pogłębiania europejskiej integracji, co najlepiej dowodzi, iż równowaga sił między Paryżem a Berlinem została naruszona. Niemiecka propozycja przebudowania Europy z systemu, w którym europejskie prawo i polityka opierały się na solidarności i równorzędności partnerów, i narzucanie nowej koncepcji, w której silne centrum kieruje całym kontynentem, prowadzi do wniosku, że stary porządek prawny pochodzący z poprzedniej równowagi musi zostać również obalony. Francja od 1 lipca br. ma objąć prezydencję Unii Europejskiej, a jednym z głównych jej priorytetów ma być rozbudowa instytucjonalnej infrastruktury europejskiej polityki obronności. Niemcy oficjalnie są za, ale mają trudności z ustosunkowaniem się do roli francuskich arsenałów nuklearnych w strukturach obronnych UE. Są i inne problemy, szczególnie że coraz bardziej wyraźnie widać, iż Niemcy są bezwzględne w realizacji swoich interesów i instrumentalnie traktują "solidarność europejską". Coraz bardziej jawnie dogadują się z Moskwą, która dąży do energetycznego uzależnienia Europy. To dogadywanie - korzystne dla Berlina, nie jest korzystne dla całej Unii Europejskiej. Inna sytuacja była w okresie zimnej wojny, kiedy to Francja miała tradycyjnie poprawne stosunki z Kremlem. Dziś Berlin jest głównym partnerem Rosji w Europie.
Zacieśnienie współpracy niemiecko-rosyjskiej jest realizowane konsekwentnie i w niczym nie przeszkadza, że Niemcy są członkiem NATO i Unii Europejskiej, a Rosja nie. Budowa gazociągu z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku, popieranie przez rząd niemiecki Eriki Steinbach, działalność Powiernictwa Pruskiego, żądanie odszkodowań od Polski, sytuacja mniejszości polskiej w Niemczech - to tylko niektóre realia sytuacji. Polaków szczególnie może niepokoić realizowana od lat, konsekwentna polityka zbliżenia na osi Berlin - Moskwa. Zbyt dobrze znamy ponurą dla Polski tradycję współpracy prusko-niemiecko-rosyjskiej, sięgającą czasów rozbiorów i niesławnej pamięci paktu Ribbentrop - Mołotow. Po wejściu w życie traktatu lizbońskiego może się okazać, że nasza sytuacja uległa pogorszeniu i nasze członkostwo w zdominowanej przez Berlin UE nie gwarantuje nam obrony naszych żywotnych interesów.
Z punku widzenia Europy irlandzkie "nie" oznacza zatem próbę powstrzymania ekspansji Niemiec. Dlatego Niemcy będą bezwzględnie dążyły do przeforsowania traktatu, nawet za cenę naruszenia legalizmu prawa międzynarodowego. Formalnie irlandzkie "nie" zamyka proces ratyfikacji i traktat lizboński powinien trafić do kosza, a ewentualny nowy dokument trzeba negocjować od początku. Tymczasem trwają intensywne próby wskrzeszenia trupa. Zapewne Irlandii będą obiecywane złote góry, by skłonić władze tego kraju do powtórnego referendum. Warto zauważyć, że nawet Niemcy, które tak popędzają Polskę i uległego Berlinowi premiera Tuska, same jeszcze nie ratyfikowały traktatu lizbońskiego, gdyż pojawiły się wątpliwości, czy ten dokument nie jest sprzeczny z niemiecką konstytucją. Gdyby władze w Berlinie zarządziły referendum w tej sprawie i odwołały się do społeczeństwa niemieckiego, to prawdopodobnie traktat by upadł...
Referendum irlandzkie zadziałało jak czerwona lampka ostrzegawcza. Przekształcenie Unii Europejskiej w federacyjne "imperium Europa" pod kontrolą Niemiec szło już tak dobrze i nagle stanęło pod znakiem zapytania. W Czechach traktat został skierowany do Trybunału Konstytucyjnego i od jego werdyktu jest uzależniona ewentualna ratyfikacja. Irlandzkie "nie" z zadowoleniem zostało przyjęte w Londynie, choć premier Gordon Brown "oficjalnie" bagatelizuje sprawę. W Paryżu też z uwagą jest śledzony dalszy rozwój wypadków, podobnie w Sztokholmie czy Kopenhadze. Przywódcy krajów członkowskich UE zastanawiają się w zaciszach gabinetów, co ich kraje mogą zyskać na zaistniałej sytuacji. Nadszedł czas targów i poufnych negocjacji. Czy rządzący Polską potrafią sprostać wyzwaniom chwili?
Wbrew interesom Polski
Traktat lizboński oznacza zielone światło dla landyzacji Europy. Sankcjonuje dominację struktur europejskich nad narodowymi, a wszystko to z pogwałceniem zasad demokracji bezpośredniej. O przyszłości Europejczyków będą decydowali anonimowi eurokraci odpowiadający nie przed wyborcami, ale przed swymi działającymi zakulisowo mocodawcami. Traktat potwierdza prymat prawa unijnego nad krajowym, a wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości będą musiały stosować polskie sądy. Unia Europejska staje się de facto superpaństwem. Uzyskuje osobowość prawną, z prezydentem oraz ministrem spraw zagranicznych, który otrzyma do dyspozycji budżet przeszło 5 mld euro rocznie i pod jego nadzorem będzie pracował nowy europejski korpus dyplomatyczny z placówkami nawet w najdalszych zakątkach świata. Nowa struktura może w imieniu całej Wspólnoty zawierać umowy międzynarodowe. Po zniesieniu prawa weta przez każde państwo członkowskie, dominację nad tym tworem uzyskują najsilniejsi, w tym przede wszystkim Berlin.
Traktat oznacza również radykalne osłabienie prawie o połowę siły głosu Polski. Zniesienie dotychczasowej instytucji weta otwiera możliwość przegłosowania naszego kraju i narzucenia Polsce w każdej dziedzinie rozwiązań nawet ewidentnie sprzecznych z polskim interesem narodowym. Zdaniem mecenasa Stefana Hambury, szczególnie groźny jest punkt 6 art. 48 traktatu o Unii Europejskiej po wprowadzeniu zmian z Lizbony, który pozwala Radzie Europejskiej (na wniosek np. któregokolwiek z państw członkowskich) w ramach uproszczonych procedur zmieniać zapisy trzeciej części traktatu o funkcjonowaniu UE dotyczące wewnętrznych polityk i działań Unii (np. rynek wewnętrzny, rolnictwo i rybołówstwo, usługi, kapitał i płatności itd.). Po ratyfikacji traktatu unijne władze, w których będą dominować Niemcy, nie będą musiały liczyć się z głosem państw członkowskich, ponieważ otrzymają prawo decydowania o zmianach w unijnym systemie bez oglądania się na stanowisko mniej wpływowych państw. Eurokonstytucja otwiera możliwość nowego, niekorzystnego dla Polski etapu, w newralgicznym obszarze roszczeń obywateli niemieckich, co ma kluczowe znaczenie dla statusu Polski Zachodniej i Północnej.
Problem z traktatem konstytucyjnym nie polega tylko na tym, że zmieniony zostanie sposób podejmowania decyzji, który tylko w minimalnym stopniu daje nam możliwość wpływania na decyzje w Unii, ale dotyczy sprawy fundamentalnej dla tożsamości i przyszłości Europy. Przypomnijmy, że autorzy konstytucji, pozostając wierni radykalnej tradycji laickiej, odrzucili odwołanie do chrześcijańskich korzeni Europy, do praw narodów czy praw rodziny. To do tradycji laickiej należy przecież gilotyna, a w czasach nam bliższych łagry i krematoria oraz powołujące się na poparcie rzesz wyborców systemy totalitarne.
Rodzi się zatem fundamentalne pytanie, czy zgoda premiera z PO i prezydenta wywodzącego się z PiS na tworzenie "imperium Europa" jest dobra dla Polski i Polaków? Dlaczego poprzedni rząd uczynił tak niewiele, aby w preambule do traktatu reformującego znalazło się odniesienie do Boga czy chrześcijańskich korzeni Europy, co postulowali Jan Paweł II i Benedykt XVI oraz środowiska oczekujące od dokumentu tej rangi prawdy historycznej? Poprzedni rząd, który negocjował warunki zgody Polski na traktat lizboński, powinien również uzależnić stanowisko naszego kraju od skutecznego rozwiązania przez władze Niemiec z punktu widzenia prawa międzynarodowego wszelkich wątpliwości w sprawie roszczeń obywateli niemieckich kierowanych pod adresem Polski. Czy dzisiejsze deklaracje polityków PO o konieczności dalszej ratyfikacji traktatu odrzuconego przez Irlandię służą interesom Polski? Dlaczego premier Tusk nie oświadczył pani Merkel w Gdańsku 16 czerwca br., że Polska zastanowi się nad traktatem, ale po ratyfikowaniu go przez Niemcy. Dlaczego prezydent Lech Kaczyński zapowiedział ratyfikację dokumentu?
"Przeciw" , a nawet "za"
O ile postawa PO nie dziwi, bo ta partia tradycyjnie ustawiła się na pozycjach euroentuzjastycznych, o tyle wielu Polaków czuje się zawiedzionych postawą liderów PiS. Partia ta na użytek wewnętrzny głosiła propagandowe hasło: "nie oddamy guzika", ale godząc się w ogóle na traktat konstytucyjny, dała zielone światło dla osłabienia pozycji Polski w Europie. Należy przypomnieć, że w trakcie zwycięskiej kampanii wyborczej do parlamentu w 2005 r. PiS głosiło sprzeciw wobec konstytucji europejskiej i obiecywało twardą walkę o zapisanie chrześcijańskiej tożsamości Europy w dokumentach unijnych. Czyżby rację mieli ci, którzy twierdzą, że w sprawach europejskich PO i oficjalne PiS w sumie niewiele się różnią? Od czasu do czasu kierownictwo PiS urządza medialny spektakl pod tytułem: jesteśmy "przeciw", ale w kluczowych momentach jest zawsze "za". Odbywa się to poprzez grę frakcjami (euroentuzjastyczna i eurosceptyczna), co przypomina starą śledczą metodę osiągania celu poprzez "dobrego" i "złego" policjanta. Ta gra jak na razie jest skuteczna, bo mimo wątpliwości i w sytuacji, gdy suwerenność Polski jest tak bardzo zagrożona, wielu wyborców o orientacji patriotycznej nadal popiera tę partię. W dużej mierze za sprawą teorii "mniejszego zła", czyli świadomości "niewierności" w sprawach zasadniczych, tłumionej ugruntowanym przekonaniem o braku realnej alternatywy.
Za niepowetowaną szkodę należy uznać to, że nie doszło w Polsce do szerokiej debaty na temat traktatu i że nie doszło do referendum. Liderzy PiS mieli świadomość, że w sprawie ratyfikacji odgrywali kluczową rolę. Bez tej partii nie zebrałaby się w parlamencie większość 2/3 głosów, niezbędnych do ratyfikacji eurokonstytucji. Wydawałoby się, że naturalnym odruchem PiS powinno być zatem domaganie się rozstrzygnięcia ratyfikacji traktatu na drodze referendum. PiS w ten sposób przejęłoby inicjatywę i kontrolę nad całym procesem. Uzyskałoby bardzo mocny argument do tego, by zmusić PO do poparcia referendum i dania szansy Polakom, by mogli sami decydować o swojej przyszłości. Sprzeciw PO wobec referendum otwierałby drogę PiS do ogłoszenia, że nieodwołanie się w tej sprawie do woli Narodu uniemożliwia poparcie przez PiS ratyfikacji w trybie parlamentarnym.
Szkoda, że nie wymusiło ono na PO wstrzymania ratyfikacji przynajmniej do czasu rozstrzygnięć w innych krajach. Zamrożenie ratyfikacji stawiałoby nas w bardzo dobrej pozycji wyjściowej w negocjacjach z Brukselą w ważnych dla nas sprawach, dotyczących na przykład wymogów formalnych pozyskiwania środków unijnych, których w znacznej mierze nie wykorzystamy ze względu na procedury. Obserwując działania Brukseli wobec Warszawy, trudno nie odnieść wrażenia, że Europa Zachodnia kosztem Polski odreagowuje fakt, że rozwój krajów rozwiniętych odbywał się przez pokolenia kosztem ochrony środowiska naturalnego. Jednak dziś Europa ma drogi, autostrady, zmodernizowane szlaki kolejowe, zakłady przemysłowe, infrastrukturę, a Polska poprzez narzucane nam wyśrubowane i niezwykle kosztowne normy ekologiczne jest w sposób zasadniczy ograniczana w nadrabianiu zaległości. Przykładem może być polityka odnośnie do energii odnawialnej i narzucone Polsce administracyjne, obowiązkowe, wysokie i trudne do spełnienia normy udziału energetyki odnawialnej w całości produkcji energii. Inny przykład - już obecnie czeka nas drastyczna kilkudziesięcioprocentowa podwyżka cen cementu i innych materiałów budowlanych, co wiąże się z bardzo wysokimi kosztami dostosowania do norm związanych z emisją dwutlenku węgla i innych gazów do atmosfery. Ograniczenie produkcji cementu i innych materiałów budowlanych osłabi tempo inwestycji budowlanych. No cóż, w dominującym nurcie obecnej polskiej polityki dostrzega się kompleks "Europy" i wasalną mentalność wobec Brukseli, a pomysłem na przyszłość ma być rozpłynięcie się w mgławicowym "imperium Europa".
Dziś czekamy na to, co zrobi prezydent Lech Kaczyński. Najlepszym wyjściem byłoby oświadczenie, że ratyfikacja traktatu lizbońskiego jest obecnie bezprzedmiotowa. Ma rację Marek Jurek, były marszałek Sejmu, który stwierdził, że: "Traktat upadł i to jest dobra wiadomość dla Polski, teraz należy oczekiwać jednoznacznego potwierdzenia zatrzymania przez prezydenta procesu ratyfikacyjnego traktatu". W jego ocenie, "działanie w przeciwnym kierunku, próba forsowania ratyfikacji tego traktatu, oznaczać będzie zanegowanie fundamentalnej zasady obowiązującej w UE i chroniącej suwerenność państw, to znaczy zasady zgody wszystkich państw na zmianę podstawowych zasad działania Unii". Wyjściem rezerwowym jest skierowanie przez głowę państwa traktatu lizbońskiego do Trybunału Konstytucyjnego, gdyż istnieją uzasadnione przesłanki, że jest on niezgodny z Konstytucją RP. Tylko prezydent przed wejściem ratyfikacji w życie może zwrócić się w tej sprawie do TK. Taki ruch, podobny jak w Czechach, wzmacniałby pozycję Polski wobec Brukseli.
Jeśli natomiast prezydent ratyfikuje traktat lizboński, to w sposób naturalny otworzy się przestrzeń do powstania silnej formacji politycznej stojącej na gruncie legalizmu prawa międzynarodowego, która będzie patrzyła na ręce euroentuzjastycznym elitom zasiadającym w polskim parlamencie. Przecież już za rok zostaną przeprowadzone wybory do Parlamentu Europejskiego, za dwa lata wybory prezydenckie, a następnie wybory parlamentarne. Polsce jest potrzebna silna formacja broniąca naszego interesu narodowego, bo czy można oddawać przyszłość Polski w ręce nadgorliwych polityków, służalczo nastawionych do "projektu europejskiego"?
Sunday, May 18, 2008
GEN FRANCISZEK GĄGOR w Waszyntonie spotkanie polskimi z weteranami Bitwy pod Monte Cassino.
GEN FRANCISZEK GĄGOR w Waszyntonie spotkanie polskimi z weteranami Bitwy pod Monte Cassino.

Niedziela 06/18/2008 Washington DC Polski Kosciol w Silver Spring

The Battle For Monte Cassino - 6/6
GEN FRANCISZEK GĄGOR CHIEF OF THE GENERAL STAFF OF THE POLISH ARMED FORCES
General Franciszek GĄGOR was born in Koniuszowa near Nowy Sącz. He is a 1973 graduate of the Mechanised Infantry Officer College in Wrocław and holds a Master's Degree in English Philology from Adam Mickiewicz University in Poznań. He received his doctorate in military science from the National Defence Academy in Warsaw (1998). The General is also a graduate of the NATO Defence College in Rome (2001) as well as the National Defense University in Washington DC (the National War College in 2002). In 1973-1978 he held staff and command posts in the 2nd Tank Regiment, 10th Armoured Division in Opole. In 1978-1988 he worked as a senior lecturer in the Officer College in Wrocław.
In 1988 he was assigned the post of senior operations officer in the Combat Training Inspectorate. Then, he served in the Peacekeeping Operations Section, Military Foreign Affairs Department (MFAD), Ministry of National Defence (MoND).
In 1992 he was the Head of the Peacekeeping Operations Branch, MFAD, MoND. In 1993 he was promoted to the rank of Colonel. In 1994 he assumed the post of the Director of the Arms Control and Peacekeeping Operations Bureau (Deputy Director of the MFAD, MoND); in 1996-1999 headed the latter. General Gągor participated in preparations of the Polish Armed Forces for the Partnership for Peace Programme. He represented the MoND in international negotiations concerning arms control, disarmament and confidence-building measures. In 1999-2001 he was the Chief of the Operations Directorate at the General Staff of the Polish Armed Forces.
General Gągor has gained broad experience in UN peacekeeping missions. His career included the following positions:
• 1992 - Deputy Sector Commander of UN Iraq-Kuwait Observation Mission UNIKOM;
• 2003 - Force Commander of UNIKOM;
• 2003-2004 - Force Commander of UNDOF.
From January 2004 he served as the Polish Military Representative to the NATO and EU Military Committees in Brussels.
On 27 February 2006 he was appointed Chief of General Staff of the Polish Armed Forces; subsequently, on 3 May 2006 promoted to the rank of General.
General Gągor was decorated with the Officer's and Cavalier's Cross of the Order of Polonia Restituta and Golden Cross of Merit.
He is married with two children. General Gągor speaks fluent English and has a good command of Russian and French. His interests include history and tennis.
Szef sztabu generał dr Franciszek Gągor
ur. 1951-09-08
Sztab Generalny Wojska Polskiego
Generał Franciszek Gągor urodził się w Koniuszowej k/Nowego Sącza na Podhalu. W 1973 roku ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Jest również absolwentem (1983 r.) Wydziału Filologii Angielskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 1988 r. doktoryzował się z nauk wojskowych w Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. W 2001 roku gen. Gągor ukończył studia w Akademii Obrony NATO w Rzymie, a rok później z wyróżnieniem Podyplomowe Studia Strategiczno-Operacyjne na Uniwersytecie Obrony w Waszyngtonie (USA).
W latach 1973-1978 zajmował stanowiska dowódcze i sztabowe w 2. Pułku Czołgów 10 Dywizji Pancernej w Opolu. W międzyczasie był oficerem operacyjnym w misjach UNEF i UNDOF. W latach 1978-1988 służył jako starszy wykładowca w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, odpowiedzialny m. in. za szkolenie polskich kontyngentów, wyznaczonych do operacji pokojowych. W tym okresie brał również czynny udział w misji ONZ UNDOF (1980/1981, 1985/1986). W latach 1988-1990 gen. Gagor pełnił obowiązki Zastępcy Szefa Logistyki w Kwaterze Głównej w misji UNDOF. W roku 1988 rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Szkolenia Bojowego, a następnie w Zarządzie Wojskowych Spraw Zagranicznych SG WP. Jako Szef Oddziału Operacji Pokojowych był bezpośrednio odpowiedzialny za przygotowanie, nadzór i koordynację działań polskich jednostek wypełniających zadania poza granicami kraju. W 1991 r. był Zastępcą Dowódcy PKW w operacji ,,Pustynna Burza”, a w latach 1991-1992- Zastępcą Dowódcy sektora misji UNIKOM. W roku 1994 gen. Gągor został Dyrektorem Biura Kontroli Zbrojeń i Misji Międzynarodowych. W latach 1996-1999 pełnił obowiązki Dyrektora Departamentu Wojskowych Spraw Zagranicznych MON. W tym czasie gen. Gągor reprezentował resort obrony RP w międzynarodowych rokowaniach dotyczących kontroli zbrojeń, rozbrojenia i środków budowy zaufania oraz był odpowiedzialny za przygotowanie i koordynację działań SZ RP w Programie PfP oraz PARP. Jednocześnie był jednym z głównych przedstawicieli zespołu przygotowującego polską akcesję do Sojuszu Północnoatlantyckiego, odpowiedzialnym m. in. za udział Polski w procesie planowania obronnego NATO. W 1997 roku został awansowany do stopnia gen. brygady, a w 1999 r. objął obowiązki Szefa Generalnego Zarządu Operacyjnego SG WP, które sprawował do roku 2003. W tym okresie był odpowiedzialny za przygotowanie doktryn w zakresie szkolenia SZ, planowanie operacyjne oraz gotowość bojową SZ RP, udział jednostek WP w operacjach pokojowych oraz proces planowania obronnego w SZ RP.
W latach 2003-2006 gen. Gągor poszerzał swoje doświadczenie międzynarodowe pełniąc najwyższe stanowiska dowódcze w operacjach pokojowych ONZ oraz instytucjach NATO i UE. Był między innymi:
• Dowódcą misji UNIKOM w Iraku / Asystentem Sekretarza Generalnego ONZ -2003 r.;
• Dowódcą misji UNDOF na Wzgórzach Golan / Asystentem Sekretarza Generalnego ONZ – 2003/2004r.;
• Polskim Przedstawicielem Wojskowym przy Komitetach Wojskowych NATO i UE w Brukseli - 2004/2006 r.
W dniu 27 lutego 2006 roku został awansowany przez Prezydenta RP do stopnia generała broni i powołany na stanowisko Szefa Sztabu Generalnego WP. 3 maja 2006 roku został awansowany przez Prezydenta RP do stopnia generała.
Za wzorową służbę uhonorowany został m.in. Krzyżami Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Krzyżem Zasługi, odznaczeniami resortowymi i wieloma odznaczeniami innych państw.
Gen. Gągor jest autorem licznych publikacji w obszarze współpracy wojskowej, wojskowych spraw zagranicznych, modernizacji i rozwoju SZ. Włada jęz. angielskim, francuskim i rosyjskim.
Interesuje się historią, literaturą angielską oraz problematyką operacji kryzysowych, tenisem ziemnym, siatkówką, narciarstwem.
Gen. Gągor jest żonaty i ma dwoje dzieci.
Battle of Monte Cassino
- the fifth greatest battle of World War II
The pact signed in Moscow at the end of August between Hitler and Stalin gave a green light for war against Poland.
September 1,1939 Wehrmacht launched its Blitzkrieg, and a couple weeks later, the Red Army stabbed the overwhelmed Polish Army in the back, splitting Poland in half along a prearranged line.
Less then two years later, Hitler’s surprise attack on Russia forced Stalin to turn to the West for help. This gave the Polish government-in-exile in London a chance to negotiate the release of Polish prisoners held in the Gulag. Out of almost two million held there, only less then 75,000 prisoners were released from prisons and labor camps. They joined the recruiting centers and waited - sick and hungry — for the arms that Stalin has promised their prime minister in London, but few only were delivered. General Wladyslaw Anders, just released from the notorious Lubyanka prison, knowing the Russians well, was very apprehensive and suspicious about Stalin's designs on Poland. Being aware of his plans to control newly organized army militarily as well as politically, Anders worked out a plan of evacuation to Iran Under pressure of Wehrmacht advance to the gates of Moscow in late 1941, Stalin panicked and dropped his guard, allowing several divisions of Polish volunteers to join the British 10th Army in the Middle East.
Welcome there, they were fed, dressed, armed and trained. By mid 1943 the 2nd Polish Corps was ready for action .just in time to help with a stalled advance at the Gustav Line barring advance to Rome during five month of heavy Allied fighting. The Gustav Line crossing Apennine peninsula was anchored on towering Monte Cassino, with its thousand year old Benedictine monastery on top.
As in ancient times, the mountain was vital to the German's defenses. It was providing a perfect observation point to which the Germans added an elaborate system of bunkers and tunnels. From this fortified vantage point, the Germans commanded the valley of the river Liri, and the road to Rome. Built by Romans, now Highway 6, ancient Via Casillina was originally constructed to facilitate the movement of Roman troops in their march North to expand the Roman Empire. Now, twenty-five centuries later, troops of the allied forces, including the Polish Free Army, used the same road on their way to victory.
Before the 2nd Corps took positions, the Allies in preparation for storming the Monte Cassino attempted to eliminate town of Cassino, located at its foot. Now being in ruins, and almost totally destroyed on surface, it was still representing a formidable obstruction with its underground bunkers.
Town of Cassino, originally known as Cassimum, was regarded as a sacred place and was revered by the Romans. Two centuries before the birth of Christ, emperor Markus Aurelius Antonius — had his villa there.
Town of Cassino, in the three month prior to May 1944, has been devastated in the offensives led by the American 5th and British 8th armies.
After the New Zealanders under gen. Friberg suffered huge losses, frustrated general called for destruction of monastery from the air. In one of the most tragic miscalculations of the war, 500 American bombers pulverized the ancient abbey with its priceless medieval treasures — some saved, were evacuated to Rome by Abbot Diamare.
"The Lord willed it, and it was good thing for the salvation ion of Rome , - the old abbot told his Benedictine monks after bombardment.
The New Zealanders, supported by Indian troops, attacked once more, and again were driven off by Germans, who had taker advantage of the rubble to create new defense positions.
Meanwhile, the Allied invasion at Anzio launched in February to circumvent the Gustav Line , was still cornered or the beach by Germans.
The debacle at Anzio and the ruins of monastery, still defended, were symbolic of Allied failure to achieve victory in Italy.
Beginning of April , the Polish 2nd Corps was deployed to the front at Monte Cassino. The offensive started one hour before midnight on May 11, 1944. In his Order of the Day, gen. Anders addressed his apprehensive troops: "Soldiers, the time to defeat our ancient enemy has come. With faith in God's justice, tonight at 11 o'clock, we are going into battle beginning our last march to victory and on to our country, Poland."
The campaign in Italy , was difficult one. The mountainous terrain with some peaks reaching 6,000 feet, many fast flowing rivers and deep valleys were limiting use o armor in its classic concept of a quick action, so the major burden was on infantry, sustaining the heaviest losses.
Against all odds, during the battle which lasted a week, with infantry battalions decimated, the Poles beat the Germans into submission, and in the morning of May 18th. Polish flag was finally hoisted over the ruins of the monastery -
One of the greatest confrontation with the enemy during WW II was ended, the road to Rome opened and Americans and Anzio bridgehead relieved- With this dainge breakthrough victory in Italy was assured
The Poles paid their share of victory at Monte Cassino: over on thousand killed, and three thousand wounded.
Gen. Anders, commander of the 2nd Corps, before he died in London in 1972, expressed his wish to be laid to rest with his fallen soldiers near the monastery. After the war a cemetery was built at the foot of the Abbey by surviving soldiers of the 2nd Corps.
At its entrance, the engraved epitaph depicts their bravery and dedication to Poland.
In four languages it reads:
"We, Polish soldiers
For our freedom and yours
Have given our souls to God
Our bodies to the soil of Italy
And our hearts — to Poland"

Niedziela 06/18/2008 Washington DC Polski Kosciol w Silver Spring

The Battle For Monte Cassino - 6/6
GEN FRANCISZEK GĄGOR CHIEF OF THE GENERAL STAFF OF THE POLISH ARMED FORCES
General Franciszek GĄGOR was born in Koniuszowa near Nowy Sącz. He is a 1973 graduate of the Mechanised Infantry Officer College in Wrocław and holds a Master's Degree in English Philology from Adam Mickiewicz University in Poznań. He received his doctorate in military science from the National Defence Academy in Warsaw (1998). The General is also a graduate of the NATO Defence College in Rome (2001) as well as the National Defense University in Washington DC (the National War College in 2002). In 1973-1978 he held staff and command posts in the 2nd Tank Regiment, 10th Armoured Division in Opole. In 1978-1988 he worked as a senior lecturer in the Officer College in Wrocław.
In 1988 he was assigned the post of senior operations officer in the Combat Training Inspectorate. Then, he served in the Peacekeeping Operations Section, Military Foreign Affairs Department (MFAD), Ministry of National Defence (MoND).
In 1992 he was the Head of the Peacekeeping Operations Branch, MFAD, MoND. In 1993 he was promoted to the rank of Colonel. In 1994 he assumed the post of the Director of the Arms Control and Peacekeeping Operations Bureau (Deputy Director of the MFAD, MoND); in 1996-1999 headed the latter. General Gągor participated in preparations of the Polish Armed Forces for the Partnership for Peace Programme. He represented the MoND in international negotiations concerning arms control, disarmament and confidence-building measures. In 1999-2001 he was the Chief of the Operations Directorate at the General Staff of the Polish Armed Forces.
General Gągor has gained broad experience in UN peacekeeping missions. His career included the following positions:
• 1992 - Deputy Sector Commander of UN Iraq-Kuwait Observation Mission UNIKOM;
• 2003 - Force Commander of UNIKOM;
• 2003-2004 - Force Commander of UNDOF.
From January 2004 he served as the Polish Military Representative to the NATO and EU Military Committees in Brussels.
On 27 February 2006 he was appointed Chief of General Staff of the Polish Armed Forces; subsequently, on 3 May 2006 promoted to the rank of General.
General Gągor was decorated with the Officer's and Cavalier's Cross of the Order of Polonia Restituta and Golden Cross of Merit.
He is married with two children. General Gągor speaks fluent English and has a good command of Russian and French. His interests include history and tennis.
Szef sztabu generał dr Franciszek Gągor
ur. 1951-09-08
Sztab Generalny Wojska Polskiego
Generał Franciszek Gągor urodził się w Koniuszowej k/Nowego Sącza na Podhalu. W 1973 roku ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Jest również absolwentem (1983 r.) Wydziału Filologii Angielskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 1988 r. doktoryzował się z nauk wojskowych w Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. W 2001 roku gen. Gągor ukończył studia w Akademii Obrony NATO w Rzymie, a rok później z wyróżnieniem Podyplomowe Studia Strategiczno-Operacyjne na Uniwersytecie Obrony w Waszyngtonie (USA).
W latach 1973-1978 zajmował stanowiska dowódcze i sztabowe w 2. Pułku Czołgów 10 Dywizji Pancernej w Opolu. W międzyczasie był oficerem operacyjnym w misjach UNEF i UNDOF. W latach 1978-1988 służył jako starszy wykładowca w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, odpowiedzialny m. in. za szkolenie polskich kontyngentów, wyznaczonych do operacji pokojowych. W tym okresie brał również czynny udział w misji ONZ UNDOF (1980/1981, 1985/1986). W latach 1988-1990 gen. Gagor pełnił obowiązki Zastępcy Szefa Logistyki w Kwaterze Głównej w misji UNDOF. W roku 1988 rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Szkolenia Bojowego, a następnie w Zarządzie Wojskowych Spraw Zagranicznych SG WP. Jako Szef Oddziału Operacji Pokojowych był bezpośrednio odpowiedzialny za przygotowanie, nadzór i koordynację działań polskich jednostek wypełniających zadania poza granicami kraju. W 1991 r. był Zastępcą Dowódcy PKW w operacji ,,Pustynna Burza”, a w latach 1991-1992- Zastępcą Dowódcy sektora misji UNIKOM. W roku 1994 gen. Gągor został Dyrektorem Biura Kontroli Zbrojeń i Misji Międzynarodowych. W latach 1996-1999 pełnił obowiązki Dyrektora Departamentu Wojskowych Spraw Zagranicznych MON. W tym czasie gen. Gągor reprezentował resort obrony RP w międzynarodowych rokowaniach dotyczących kontroli zbrojeń, rozbrojenia i środków budowy zaufania oraz był odpowiedzialny za przygotowanie i koordynację działań SZ RP w Programie PfP oraz PARP. Jednocześnie był jednym z głównych przedstawicieli zespołu przygotowującego polską akcesję do Sojuszu Północnoatlantyckiego, odpowiedzialnym m. in. za udział Polski w procesie planowania obronnego NATO. W 1997 roku został awansowany do stopnia gen. brygady, a w 1999 r. objął obowiązki Szefa Generalnego Zarządu Operacyjnego SG WP, które sprawował do roku 2003. W tym okresie był odpowiedzialny za przygotowanie doktryn w zakresie szkolenia SZ, planowanie operacyjne oraz gotowość bojową SZ RP, udział jednostek WP w operacjach pokojowych oraz proces planowania obronnego w SZ RP.
W latach 2003-2006 gen. Gągor poszerzał swoje doświadczenie międzynarodowe pełniąc najwyższe stanowiska dowódcze w operacjach pokojowych ONZ oraz instytucjach NATO i UE. Był między innymi:
• Dowódcą misji UNIKOM w Iraku / Asystentem Sekretarza Generalnego ONZ -2003 r.;
• Dowódcą misji UNDOF na Wzgórzach Golan / Asystentem Sekretarza Generalnego ONZ – 2003/2004r.;
• Polskim Przedstawicielem Wojskowym przy Komitetach Wojskowych NATO i UE w Brukseli - 2004/2006 r.
W dniu 27 lutego 2006 roku został awansowany przez Prezydenta RP do stopnia generała broni i powołany na stanowisko Szefa Sztabu Generalnego WP. 3 maja 2006 roku został awansowany przez Prezydenta RP do stopnia generała.
Za wzorową służbę uhonorowany został m.in. Krzyżami Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Krzyżem Zasługi, odznaczeniami resortowymi i wieloma odznaczeniami innych państw.
Gen. Gągor jest autorem licznych publikacji w obszarze współpracy wojskowej, wojskowych spraw zagranicznych, modernizacji i rozwoju SZ. Włada jęz. angielskim, francuskim i rosyjskim.
Interesuje się historią, literaturą angielską oraz problematyką operacji kryzysowych, tenisem ziemnym, siatkówką, narciarstwem.
Gen. Gągor jest żonaty i ma dwoje dzieci.
Battle of Monte Cassino
- the fifth greatest battle of World War II
The pact signed in Moscow at the end of August between Hitler and Stalin gave a green light for war against Poland.
September 1,1939 Wehrmacht launched its Blitzkrieg, and a couple weeks later, the Red Army stabbed the overwhelmed Polish Army in the back, splitting Poland in half along a prearranged line.
Less then two years later, Hitler’s surprise attack on Russia forced Stalin to turn to the West for help. This gave the Polish government-in-exile in London a chance to negotiate the release of Polish prisoners held in the Gulag. Out of almost two million held there, only less then 75,000 prisoners were released from prisons and labor camps. They joined the recruiting centers and waited - sick and hungry — for the arms that Stalin has promised their prime minister in London, but few only were delivered. General Wladyslaw Anders, just released from the notorious Lubyanka prison, knowing the Russians well, was very apprehensive and suspicious about Stalin's designs on Poland. Being aware of his plans to control newly organized army militarily as well as politically, Anders worked out a plan of evacuation to Iran Under pressure of Wehrmacht advance to the gates of Moscow in late 1941, Stalin panicked and dropped his guard, allowing several divisions of Polish volunteers to join the British 10th Army in the Middle East.
Welcome there, they were fed, dressed, armed and trained. By mid 1943 the 2nd Polish Corps was ready for action .just in time to help with a stalled advance at the Gustav Line barring advance to Rome during five month of heavy Allied fighting. The Gustav Line crossing Apennine peninsula was anchored on towering Monte Cassino, with its thousand year old Benedictine monastery on top.
As in ancient times, the mountain was vital to the German's defenses. It was providing a perfect observation point to which the Germans added an elaborate system of bunkers and tunnels. From this fortified vantage point, the Germans commanded the valley of the river Liri, and the road to Rome. Built by Romans, now Highway 6, ancient Via Casillina was originally constructed to facilitate the movement of Roman troops in their march North to expand the Roman Empire. Now, twenty-five centuries later, troops of the allied forces, including the Polish Free Army, used the same road on their way to victory.
Before the 2nd Corps took positions, the Allies in preparation for storming the Monte Cassino attempted to eliminate town of Cassino, located at its foot. Now being in ruins, and almost totally destroyed on surface, it was still representing a formidable obstruction with its underground bunkers.
Town of Cassino, originally known as Cassimum, was regarded as a sacred place and was revered by the Romans. Two centuries before the birth of Christ, emperor Markus Aurelius Antonius — had his villa there.
Town of Cassino, in the three month prior to May 1944, has been devastated in the offensives led by the American 5th and British 8th armies.
After the New Zealanders under gen. Friberg suffered huge losses, frustrated general called for destruction of monastery from the air. In one of the most tragic miscalculations of the war, 500 American bombers pulverized the ancient abbey with its priceless medieval treasures — some saved, were evacuated to Rome by Abbot Diamare.
"The Lord willed it, and it was good thing for the salvation ion of Rome , - the old abbot told his Benedictine monks after bombardment.
The New Zealanders, supported by Indian troops, attacked once more, and again were driven off by Germans, who had taker advantage of the rubble to create new defense positions.
Meanwhile, the Allied invasion at Anzio launched in February to circumvent the Gustav Line , was still cornered or the beach by Germans.
The debacle at Anzio and the ruins of monastery, still defended, were symbolic of Allied failure to achieve victory in Italy.
Beginning of April , the Polish 2nd Corps was deployed to the front at Monte Cassino. The offensive started one hour before midnight on May 11, 1944. In his Order of the Day, gen. Anders addressed his apprehensive troops: "Soldiers, the time to defeat our ancient enemy has come. With faith in God's justice, tonight at 11 o'clock, we are going into battle beginning our last march to victory and on to our country, Poland."
The campaign in Italy , was difficult one. The mountainous terrain with some peaks reaching 6,000 feet, many fast flowing rivers and deep valleys were limiting use o armor in its classic concept of a quick action, so the major burden was on infantry, sustaining the heaviest losses.
Against all odds, during the battle which lasted a week, with infantry battalions decimated, the Poles beat the Germans into submission, and in the morning of May 18th. Polish flag was finally hoisted over the ruins of the monastery -
One of the greatest confrontation with the enemy during WW II was ended, the road to Rome opened and Americans and Anzio bridgehead relieved- With this dainge breakthrough victory in Italy was assured
The Poles paid their share of victory at Monte Cassino: over on thousand killed, and three thousand wounded.
Gen. Anders, commander of the 2nd Corps, before he died in London in 1972, expressed his wish to be laid to rest with his fallen soldiers near the monastery. After the war a cemetery was built at the foot of the Abbey by surviving soldiers of the 2nd Corps.
At its entrance, the engraved epitaph depicts their bravery and dedication to Poland.
In four languages it reads:
"We, Polish soldiers
For our freedom and yours
Have given our souls to God
Our bodies to the soil of Italy
And our hearts — to Poland"
Friday, May 16, 2008
Wizyta prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji
Friday, April 11, 2008
Wizyta premiera Tuska w Izraelu prof. dr hab Bobusław Wolniewicz
Wizyta premiera Tuska w Izraelu prof. dr hab Bobusław Wolniewicz

Bogusław Wolniewicz (ur. 22 września 1927 w Toruniu) - filozof i logik. Publicysta i felietonista m.in. Telewizji Trwam, Radia Maryja , Naszego Dziennika. W 2005 r. startował w wyborach parlamentarnych z listy Platformy Janusza Korwin-Mikke.
Życiorys
Studiował w latach 1947-1951 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pod kierunkiem Tadeusza Czeżowskiego. Do 1953 r. był asystentem w Katedrze Logiki UMK, a od 1956 r. wykładowcą na WSP w Gdańsku. W 1963 r. został przeniesiony do Katedry Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego z inicjatywy Adama Schaffa. Do 1998 r. był profesorem w Instytucie Filozofii UW, kiedy to odszedł na emeryturę. W latach 1956 - 1981 członek PZPR.
Nauka
Bogusław Wolniewicz specjalizuje się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansuje się od głównych nurtów filozofii XX wieku i przyjmuje tezy wielkich myślicieli, m.in.: Arystotelesa, Leibniza, Hume'a, Kanta i szczególnie Wittgensteina. Krytyczny wobec freudyzmu, fenomenologii, postmodernizmu i fundamentalizmu religijnego, a od lat 90. XX wieku także marksizmu, reprezentuje postawę analityczną i metafizyczną. Główne założenia jego myśli to aksjologiczny absolutyzm w wersji racjonalistycznej i metafizyczny pesymizm w spojrzeniu na człowieka oraz społeczeństwo.
Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, za wybitne zasługi dla nauki polskiej, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Polityka
Bogusław Wolniewicz startował w wyborach parlamentarnych w 2005 r. z list Platformy Janusza Korwin-Mikke, ale nie został posłem.
9 kwietnia 2006 Wolniewicz, wraz z o. Mieczysławem Krąpcem i ks. Czesławem Bartnikiem, zainicjował Społeczny Niezależny Zespół ds. Etyki Mediów, poparty m.in. przez przedstawicieli świata nauki i mediów, który postawił sobie za cel "informować rzetelnie opinię publiczną w kraju i na świecie o wszelkich poczynaniach w mediach i wokół nich, które zagrażają bądź obyczajności, bądź swobodzie publicznej dyskusji"[1]. Wolniewicz wyraził przekonanie, że Rada Etyki Mediów chce "nałożyć Polsce kaganiec na swobodę publicznej dyskusji" i "wprowadzić skrytą cenzurę"[2]. Inicjatywa ta miała miejsce po tym, jak Rada Etyki Mediów oraz Marek Edelman skrytykowali[3] Radio Maryja za nadanie, określanego przez nich jako antysemickiego, felietonu[4] Stanisława Michalkiewicza, a kieleckie Stowarzyszenie im. Jana Karskiego zażądało od prokuratury wszczęcia postępowania przeciwko autorowi[5].
Wybrane pisma
Ontologia sytuacji : podstawy i zastosowania, Warszawa : Państwowe Wydaw. Naukowe, 1985.
Filozofia i wartości : rozprawy i wypowiedzi : z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1993.
Filozofia i wartości, 2, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1998.
Logic and metaphysics : studies in Wittgenstein's ontology of facts, Warszawa : "Znak, Język, Rzeczywistość" : Polskie Towarzystwo Semiotyczne, 1999.
Filozofia i wartości, 3, Z fragmentem "Księgi tragizmu" Henryka Elzenberga i jego uwagami o "Dociekaniach" Wittgensteina, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2003.
Boguslaw Wolniewicz and the Formal Ontology of Situations
INTRODUCTION
"The theory presented below was developed in an effort to clarify the metaphysics of Wittgenstein's Tractatus. The result obtained, however, is not strictly the formal twin of his variant of Logical Atomism. but something more, general, of which the latter is lust a special case. One might call it an ontology of situations. Some basic ideas of that ontology stern from Stenius Wittgenstein's Tractatus, Oxford, 1968 and Suszko Ontology in the Tractatus of L. Wittgenstein - Notre Dame Journal of Formal Logic, 1968.
Let L be a classic propositional language. Propositions of L are supposed to have their semantic counterparts in the realm of possibility, or as Wittgenstein put it: in logical space. These counterparts are situations, and S is to be the totality of them. The situation described by a proposition a is S(a). With Meinong we call it the objective of a."
From: Boguslaw Wolniewicz - A formal ontology of situations - Studia Logica 41: 381-413 (1982). pp. 381-382.
"Different ontologies adopt different notions of existence as basic. Aristotle's paradigm of existence is given by the equivalence:
(A) to be = to be a substance.
On the other hand, the paradigm of existence adopted in Wittgenstein's Tractatus is given by the parallel equivalence:
(W) to be = to be a fact.
Now, an Aristotelian substance is the denotation of an individual name, whereas a Wittgensteinian fact is the denotation of a true proposition. It seems therefore that the notions of existence derived from these two paradigms should be quite different, and one might readily expect that the metaphysical systems erected upon them will display wide structural discrepancies.
It turns out, however, that in spite of this basic difference there runs between these two systems a deep and striking parallelism. This parallelism is so close indeed that it makes possible the construction of a vocabulary which would transform characteristic propositions of Wittgenstein's ontology into Aristotelian ones, and conversely. To show in some detail the workings of that transformation will be the subject of this paper.
The vocabulary mentioned is based on the following four fundamental correlations:
Aristotle
Wittgenstein
1) primary substances (substantiae primae)
atomic facts
2) prime matter (materia prima)
objects
3) form (forma)
configuration
4) self-subsistence of primary substances (esse per se)
independence of atomic facts
Aristotle's ontology is an ontology of substances, Wittgenstein's ontology is an ontology of facts. But concerning the respective items of each of the pairs (1)-(4) both ontologies lay down conditions which in view of our vocabulary appear to be identical. To show this let us confront, to begin with, the items of pair (1): substances and facts.
(The interpretation of Aristotle adopted in this paper is the standard one, to be found in any competent textbook of the history of philosophy. Therefore, with but one exception, no references to Aristotle's works will be given here.)Relatively to the system involved substances and facts are of the same ontological status. Aristotle's world is the totality of substances (summa rerum), Wittgenstein's world is the totality of facts (die Gesamtheit der Tatsachen). For Aristotle whatever exists in the basic sense of the word is a primary substance, for Wittgenstein - an atomic fact. Moreover, both ontologies are MODAL ones, allowing for different modes of being (modi essendi); and both take as basic the notion of `contingent being' (esse contingens), opposed to necessary being on the one hand, and to the possibility of being on the other. Both substances and facts are entities which actually exist, but might have not existed. The equality of ontological status between substances and facts is corroborated by the circumstance that both are PARTICULARS, there being - as the saying goes - no multiplicity of entities which FALL UNDER them.
Substances and facts stand also in the same relation to the ontological categories of pairs (2) and (3). Both are always COMPOUND entities, a substance consisting of matter and form, and a fact consisting of objects and the way of their configuration. But in neither of the two systems is this compoundness to be understood literally as composition of physically separable parts or pieces. The compoundness (compositio) of a substance consists in its being formed stuff (materia informata), and the compoundness of a fact in its being a configuration of objects.
In view of correlation (4) we have also an equality of relation which a substance bears to other substances, and a fact to other facts. Self-subsistence is the characteristic attribute of primary substances: substantia prima = ens per se. If we take this to mean that each substance exists independently of the existence or non-existence of any other substance we get immediately the exact counterpart of Wittgenstein's principle of logical atomism stating the mutual independence of atomic facts. It should be noted that thus understood the attribute of self-subsistence or independence is a relative one, belonging to a substance - or to a fact - only in virtue of its relation to other substances - or facts.
From a Wittgensteinian point of view Aristotle's substances are not things, but hypostases of facts, and thus their names are not logically proper names, but name-like equivalents of propositions. (By that term we mean roughly either a noun clause of the form `that p', or any symbol which might be regarded as a definitional abbreviation of such clause.) Surely, from the Aristotelian point of view it might be easily retorted here that just the opposite is the case: substances are not `reified' facts, but on the contrary - facts are 'dereified' substances. Without passing judgement on these mutual objections let us note in passing that their symmetric character seems to be itself an additional manifestation of the parallelism discussed."
From: Boguslaw Wolniewicz - A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-210 (notes omitted).
--------------------------------------------------------------------------------
SELECTED PUBLICATIONS (Works in Polish are not enclosed)
In 1970 Boguslaw Wolniewicz published a Polish translation of Ludwig Wittgenstein Tractatus logico-philosophicus.
A difference between Russell's and Wittgenstein's logical atomism. In Akten des XIV. Internationalen Kongresses für Philosophie. Wien, 2. - 9. September 1968 - Vol. II. Wien: Herder 1968. pp. 263-267
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.193-197
"A note on Black's 'Companion'," Mind 78: 141 (1969).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - p. 229.
"It is a mistake to suppose that in Wittgenstein's "Tractatus" the meaning of Urbild has any connexion with that of picture. "
A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-217
Proceedings of the Boston Colloquium for the philosophy of science 1966/1968.
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.198-207
"Four notion of independence," Theoria 36: 161-164 (1970).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.127-130.
WFour (binary) relations of independence I(p,q) between propositions are distinguished: the Wittgensteinian I sub-w, the statistical I sub-s, the modal I sub-m, and the deductive I sub-d. The validity of the following theorem is argued for: I sub-w(p,q) implies I sub-s(p,q) implies I sub-m(p,q) implies Isub-d(p,q). "
Wittgensteinian foundations of non-Fregean logic. In Contemporary East European philosophy. Vol. 3. Edited by D'Angelo Edward, DeGrood David, and Riepe Dale. Bridgeport: Spartacus Books 1971. pp. 231-243
"The notion of fact as a modal operator," Teorema: 59-66 (1972).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 218-224
"The notion of fact /fp = "it is a fact that p"/ is characterized axiomatically, and the ensuing modal systems shown to be equivalent to tT, S4 and S5 respectively."
Zur Semantik des Satzkalküls: Frege und Wittgenstein. In Der Mensch - Subjekt und Objekt (Festchrift für Adam Schaff). Edited by Borbé Tasso. Wien: Europaverl. 1973. pp.
Sachlage und Elementarsätz. In Wittgenstein and his impact on contemporary thought. Proceedings of the Second International Wittgenstein Symposium, 29th August to 4th September 1977, Kirchberg/Wechsel (Austria). Edited by Leinfellner Elisabeth. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1977. pp. 174-176
"Objectives of propositions," Bulletin of the Section of Logic 7: 143-147 (1978).
"The paper sketches out a semantics for propositions based upon the Wittgensteinian notion of a possible situation. The objective of a proposition is defined as the smallest situation verifying it. Two propositions are assumed to have the same objective iff they are strictly equivalent. Formulas are given which determine the objectives of conjunction and disjunction as functions of the objectives of their components. finally a link with possible-world semantics is established."
"Situations as the reference of propositions," Dialectics and Humanism 5: 171-182 (1978).
"The reference of propositions is determined for a class of languages to be called the "Wittgensteinian" ones. A meaningful proposition presents a possible situation. Every consistent conjunction of elementary propositions presents an elementary situation. The smallest elementary situations are the "Sachverhalte"; the greatest are possible worlds. The situation presented by a proposition is to be distinguished from that verifying it, but the greatest situation presented is identical with the smallest verifying. The reference of compound propositions is then determined as a function of their components."
"Les situations comme corrélats semantiques des enoncés," Studia Filozoficzne 2: 27-41 (1978).
Wittgenstein und der Positivismus. In Wittgenstein, the Vienna circle and critical rationalism. Proceedings of the third International Wittgenstein Symposium, 13th to 19th August 1978, Kirchberg am Wechsel (Austria). Edited by Bergehel Hal, Hübner Adolf, and Eckehart Köhler. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1978. pp. 75-77
"Some formal properties of objectives," Bulletin of the Section of Logic 8: 16-20 (1979).
"The objectives of propositions as defined in an earlier paper are shown here to form a distributive lattice."
A Wittgensteinian semantics for propositions. In Intention and intentionality. Essay in honour of G. E. M. Anscombe. Edited by Diamond Cora and Teichman Jenny. Ithaca: Cornell University Press 1979. pp. 165-178
"More than once Professor Anscombe has expressed doubt concerning the semantic efficacy of the idea of an 'elementary proposition' as conceived in the Tractatus. Wittgenstein himself eventually discarded it, together with the whole philosophy of language of which it had been an essential part. None the less the idea is still with us, and it seems to cover theoretical potentialities yet to be explored. This paper is a tentative move in that direction.
According to Professor Anscombe, (*) Wittgenstein's 'elementary propositions' may be characterized by the following five theses:
(1) They are a class of mutually independent propositions.
(2) They are essentially positive.
(2) They are such that for each of them there are no two ways of being true or false, but only one.
(4) They are such that there is in them no distinction between an internal and an external negation.
(5) They are concatenations of names, which are absolutely simple signs.
We shall not investigate whether this is an adequate axiomatic for the notion under consideration. We suppose it is. In any case it is possible to modify it in one way or another, and for the resulting notion still to preserve a family resemblance with the original idea. One such modification is sketched out below."
"On the lattice of elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 9: 115-121 (1980).
"On the verifiers of disjunction," Bulletin of the Section of Logic 9: 57-59 (1980).
"The Boolean algebra of objectives," Bulletin of the Section of Logic 10: 17-23 (1981).
"This concludes a series of papers constructing a semantics for propositional languages based on the notion of a possible "situation". Objectives of propositions are the situations described by them. The set of objectives is defined and shown to be a boolean algebra isomorphic to that formed by sets of possible worlds."
"A closure system for elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 11: 134-139 (1982).
"On logical space," Bulletin of the Section of Logic 11: 84-88 (1982).
"Ludwig Fleck and Polish philosophy," Dialectics and Humanism 9: 25-28 (1982).
"A formal ontology of situations," Studia Logica 41: 381-413 (1982).
"A generalized Wittgensteinian semantics for propositional languages is presented, based on a lattice of elementary situations. Of these, maximal ones are possible worlds, constituting a logical space; minimal ones are logical atoms, partitioned into its dimensions. A verifier of a proposition is an elementary situation such that if real it makes true. The reference (or objective) of a proposition is a situation, which is the set of all its minimal verifiers. (Maximal ones constitute its locus.) Situations are shown to form a Boolean algebra, and the Boolean set algebra of loci is its representation. Wittgenstein's is a special case, admitting binary dimensions only."
Contents:
0. Preliminaries;
1. Elementary Situations
1.1.The Axioms; 1.2.Some Consequences; 1.3. W-Independence; 1.4.States of Affairs;
2. Sets of Elementary Situations
2.1.The Semigroup of SE"-Sets; 2.2.The Lattice of Minimal SE"-Sets; 2.3.Q-Spaces and V-Sets; 2.4.V-Equivalence and Q-Equivalence; 2.4.V-Classes and V-Sets;
3. Objectives of Propositions
3.1. Verifiers of Propositions; 3.2. Verifying and Forcing; 3.3. Situations and Logical Loci; 3.4. Loci and Objectives of Compound Propositions 3.5. The Boolean Algebra of Situations;
4. References
"Truth arguments and independence," Bulletin of the Section of Logic 12: 21-28 (1983).
"Logical space and metaphysical systems," Studia Logica 42: 269-284 (1983).
"The paper applies the theory presented in "A formal ontology of situations" (Studia Logica, vol. 41 (1982), no. 4) to obtain a typology of metaphysical systems by interpreting them as different ontologies of situations.
Four are treated in some detail: Hume's diachronic atomism, Laplacean determinism, Hume's synchronic atomism, and Wittgenstein's logical atomism. Moreover, the relation of that theory to the "situation semantics" of Perry and Barwise is discussed."
"An algebra of subsets for join-semilatttices with unit," Bulletin of the Section of Logic 13: 21-24 (1984).
"A topology for logical space," Bulletin of the Section of Logic 13: 255-259 (1984).
"Suszko: a reminiscence," Studia Logica 43: 317-321 (1984).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.302-306
"Die Grundwerte einer wissenschaftlichen Weltauffassaung," Conceptus 19: 3-8 (1985).
"The scientific world-view is one of the fundamentals of our culture. It can be characterized in part by its specific system of values. A world-view is regarded as a scientific one if "truth" is one of its primary values, that is, as a value which is not a means, but an end in itself. Truth is served in particular by the two instrumental values of conceptual clarity and openness to critique. Their standing is (at present) low, for two reasons. (1) Unclear thinking not only promotes social idols; its consequences are also often difficult to see clearly and immediately. (2) In any case truth is of no interest (in a biological sense) to human beings; therefore, critique can at best be a socially tolerated activity. On the other hand, truth is not only a value, but also a force which in the long run cannot be held back; this fact gives some hope to adherents of the scientific world-view. "
"Discreteness of logical space," Bulletin of the Section of Logic 15: 132-136 (1986).
"Entailments and independence in join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 2-5 (1989).
"The paper generalizes Wittgenstein's notion of independence. in a join-semilattice of elementary situations the atoms are the Sachverhalte, and maximal ideals are possible worlds. A subset of that semilattice is independent iff it is free of "ontic ties". This is shown to be equivalent to independence in von Neumann's sense."
"On atomic join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 105-111 (1989).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 307-312.
The essence of Logical Atomism: Hume and Wittgenstein. In Wittgenstein. Eine Neubewertung. Akten 14. Internationale Wittgenstein-Symposium. Vol. 1. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1990. pp. 106-111
"A question about join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic: 108 (1990).
Concerning reism in Kotarbinski. In Kotarbinski: logic. semantics and ontology. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1990. pp. 199-204
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.265-271
Elzenberg's logic of values. In Logic counts. Edited by Zarnecka-Bialy Ewa. Dordrecht: Kluwe 1990. pp. 63-70
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 286-292 (with the title: Elzenberg's axiology"
"1. Values are what our value-Judgements refer to, and the passing of Judgements is one of our vital activities, like sleeping and breathing. We constantly appraise things as good or bad, pretty or ugly, as noble or base, well-made or misshapen. No wonder that both the act of appraisal and that which it refers to - i.e. the real or spurious values - have been always the source of philosophical reflexion. In systematic form such reflexion is what we call axiology.
In Polish philosophy it was Henryk Elzenberg (1887-1967) who reflected upon matters of axiology most deeply and incisively.
(...)
3. Leibniz had said somewhere: "There are two mazes in which the human mind is most likely to get lost: one is the concept of continuity, the other is that of liberty". This admits of generalization: all concepts are mazes, viz mazes of logical relations between the propositions that involve them.
One such maze is the concept of 'value'. Possibly, it is even the same as one of the two mentioned by Leibniz, only entered - so to say - by another door. For it would be in full accord with Elzenberg's position - and with that of Kant too - to adopt the following characteristic: values are what controls the actions of free agents. Thus the concepts of value and of liberty should constitute one conceptual maze, or - which comes to the same - two mazes communicating with each other.
To get a survey of such logical maze the first thing is to fix the ontological category of the concept in question. Thus, in our case, we ask what kind of entities are those 'values' supposed to be. (Ontological categories are the most general classes of entities, the summa genera A term even more general has to cover literally everything: like 'entity' or 'something'. For everything is an entity, just as everything is a something.)
Different ontologies admit different sets of categories. The categories most frequently referred to are those of 'objects', 'properties', and 'relations'; the more exotic ones are those of an 'event', a 'set', a 'function', or a 'situation'. One point, however, is of paramount importance: the categories admitted In one ontology have to be mutually disjoint". p. 63; 66.
"A sequel to Hawranek/Zygmunt," Bulletin of the Section of Logic 20: 143-144 (1991).
Needs and value. In Logic and ethics. Edited by Geach Peter. Dordrecht: Kluwer 1991. pp.
On the discontinuity of Wittgenstein's philosophy. In Peter Geach: philosophical encounters. Edited by Lewis Harry. Dordrecht: Kluwer 1991. pp. 77-81
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 13-17.
"A question of logic in the philosophy of religion," Bulletin of the Section of Logic 22: 33-36 (1993).
On the synthetic a priori. In Philosophical logic in Poland. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1994. pp. 327-336
Logic and metaphysics. Studies in Wittgenstein's ontology of facts. Warsaw: Polskie Towarzystwo Semiotyczne 1999.
Contents: Preface 11; Discontinuity of Wittgenstein's philosophy 13; 1. Elementary situations as a lattice of finite length 19; Elementary situations as a semilattice 73; 3. Independence 127; 4. Elementary situations generalized 137; 5. Auxiliary studies 193; 5.1 The Logical Atomisms of Russell and Wittgenstein 193; 5.2 A parallelism between Wittgenstein and Aristotle 198; 5.3 Frege's semantics 207; 5.4. The notion of fact as a modal operator 218; 5.5 "Tractatus" 5.541 - 5.542 224; 5.6 History of the concept of a Situation 229; 6. Offshoots 243 6.1 Languages and codes 243; 6.2 Logic and hermeneutics 254; 6.3 Kotarbinski's Reism 265; 6.4 On Bayle's critique of theodicy 271; 6.5 Elzenberg's axiology 286; 6.6 Needs and values 293; 6.7 Suszko: a reminiscence 302; Supplements 307; Indices: Index of subjects 317; Index of names 326; Index of Tractatus references 329.
"Atoms in semantic frames," Logica Trianguli 4: 69-86 (2000).
"Elaborating on Wittgenstein's ontology of facts, semantic frames are described axiomatically as based on the notion of an elementary situation being the verifier of a proposition. Conditions are investigated then for suchframes to be atomic, i.e. to have lattice-theoretic counterparts of his "Sachverhalte"."
"Extending atomistic frames," Logica Trianguli 5 (2001).
Tractatus 5.541 - 5.542. In Satz un Sachverhalt. Edited by Neumaier Otto. Sankt Augustin: Academia Verlag 2001. pp. 185-190
"In Wittgenstein's "Tractatus", thesis 5 is the Principle of Extensionality: all propositions are truth-functions of their clauses. This, however, has been often thrown into doubt. There are - it is said - compound propositions whose truth-value does not depend on that of their clauses. The usual example given are the so-called intensional contexts, like "John thinks that p", or "John says that p". And indeed, the truth-value of "p" is patently immaterial here to that of the whole proposition which it is part of.
Wittgenstein's retort are the following much discussed theses, adduced here in a translation of our own:
5.54 In the general propositional form, propositions occur in one another only as bases of truth-operations.
5.541 At first sight it seems that a proposition might occur in another also in a different way.
Particularly in certain propositional forms of psychology, like "A believes that p is the case", "A thinks p", etc.
For taken superficially, proposition p seems here to stand to the object A in some sort of relation.
(And in modem epistemology - Russell, Moore, etc. - these have actually been construed that way.)
5.542 However, "A believes that p", "A thinks p", "A says p" are clearly of the form " 'p' says p "; and this is not correlating a fact with an object, but a correlation of facts by correlating their objects.
The objection is met here in two steps. Firstly, it is pointed out that a proposition of the form "John says that p" is actually of the form "'p' says that p". The idea is this: the proposition "John says that Jill has a cat" means: John produces the sentence "Jill has a cat", the latter saying by itself that Jill has a cat. In such a way propositions get independent of the persons producing them, and communicate some objective content. It is surely not by John's looks that we come to know about Jill's cat, but merely by his words. Whom they stem from, is irrelevant.
In his second step Wittgenstein follows Frege's interpretation of indirect speech, but with modifications. He points out that the formula " 'p' says that p " is equivalent to some compound proposition in which neither the proposition "p" as a syntactic unit, nor anything equivalent to it, does occur although there occur all the logically relevant constituents of "p" separately.
(...)
The distinction between abstract and concrete states of affairs is not drawn explicitly in the "Tractatus". But it fits well thesis 5.156, if we expand that thesis by a few words of comment, added here in brackets:
5.156(d) A proposition may well be en incomplete image of a particular (concrete) situation, but it is always the complete image (of an abstract one).
The circumstance that in 5.156 not "states of affairs", but "situations" are mentioned, is of no consequence in our context. We assume that states of affairs are just atomic situations, and so the distinction between "concrete" and "abstract" applies to both."
"Extending atomistic frames: part II," Logica Trianguli 6: 69-88 (2003).
"The paper concludes an earlier one (Logica Trianguli, 5) on extensions of atomistic semantic frames. Three kinds of extension are considered: the adjunctive, the conjunctive, and the disjunctive one. Some theorems are proved on extending "Humean" frames, i.e. such that the elementary situations constituting their universa are separated by the maximally coherent sets of them ("realizations")."
"On a minimality condition," Bulletin of the Section of Logic 34: 227-228 (2005).

Bogusław Wolniewicz (ur. 22 września 1927 w Toruniu) - filozof i logik. Publicysta i felietonista m.in. Telewizji Trwam, Radia Maryja , Naszego Dziennika. W 2005 r. startował w wyborach parlamentarnych z listy Platformy Janusza Korwin-Mikke.
Życiorys
Studiował w latach 1947-1951 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pod kierunkiem Tadeusza Czeżowskiego. Do 1953 r. był asystentem w Katedrze Logiki UMK, a od 1956 r. wykładowcą na WSP w Gdańsku. W 1963 r. został przeniesiony do Katedry Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego z inicjatywy Adama Schaffa. Do 1998 r. był profesorem w Instytucie Filozofii UW, kiedy to odszedł na emeryturę. W latach 1956 - 1981 członek PZPR.
Nauka
Bogusław Wolniewicz specjalizuje się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansuje się od głównych nurtów filozofii XX wieku i przyjmuje tezy wielkich myślicieli, m.in.: Arystotelesa, Leibniza, Hume'a, Kanta i szczególnie Wittgensteina. Krytyczny wobec freudyzmu, fenomenologii, postmodernizmu i fundamentalizmu religijnego, a od lat 90. XX wieku także marksizmu, reprezentuje postawę analityczną i metafizyczną. Główne założenia jego myśli to aksjologiczny absolutyzm w wersji racjonalistycznej i metafizyczny pesymizm w spojrzeniu na człowieka oraz społeczeństwo.
Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, za wybitne zasługi dla nauki polskiej, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Polityka
Bogusław Wolniewicz startował w wyborach parlamentarnych w 2005 r. z list Platformy Janusza Korwin-Mikke, ale nie został posłem.
9 kwietnia 2006 Wolniewicz, wraz z o. Mieczysławem Krąpcem i ks. Czesławem Bartnikiem, zainicjował Społeczny Niezależny Zespół ds. Etyki Mediów, poparty m.in. przez przedstawicieli świata nauki i mediów, który postawił sobie za cel "informować rzetelnie opinię publiczną w kraju i na świecie o wszelkich poczynaniach w mediach i wokół nich, które zagrażają bądź obyczajności, bądź swobodzie publicznej dyskusji"[1]. Wolniewicz wyraził przekonanie, że Rada Etyki Mediów chce "nałożyć Polsce kaganiec na swobodę publicznej dyskusji" i "wprowadzić skrytą cenzurę"[2]. Inicjatywa ta miała miejsce po tym, jak Rada Etyki Mediów oraz Marek Edelman skrytykowali[3] Radio Maryja za nadanie, określanego przez nich jako antysemickiego, felietonu[4] Stanisława Michalkiewicza, a kieleckie Stowarzyszenie im. Jana Karskiego zażądało od prokuratury wszczęcia postępowania przeciwko autorowi[5].
Wybrane pisma
Ontologia sytuacji : podstawy i zastosowania, Warszawa : Państwowe Wydaw. Naukowe, 1985.
Filozofia i wartości : rozprawy i wypowiedzi : z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1993.
Filozofia i wartości, 2, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1998.
Logic and metaphysics : studies in Wittgenstein's ontology of facts, Warszawa : "Znak, Język, Rzeczywistość" : Polskie Towarzystwo Semiotyczne, 1999.
Filozofia i wartości, 3, Z fragmentem "Księgi tragizmu" Henryka Elzenberga i jego uwagami o "Dociekaniach" Wittgensteina, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2003.
Boguslaw Wolniewicz and the Formal Ontology of Situations
INTRODUCTION
"The theory presented below was developed in an effort to clarify the metaphysics of Wittgenstein's Tractatus. The result obtained, however, is not strictly the formal twin of his variant of Logical Atomism. but something more, general, of which the latter is lust a special case. One might call it an ontology of situations. Some basic ideas of that ontology stern from Stenius Wittgenstein's Tractatus, Oxford, 1968 and Suszko Ontology in the Tractatus of L. Wittgenstein - Notre Dame Journal of Formal Logic, 1968.
Let L be a classic propositional language. Propositions of L are supposed to have their semantic counterparts in the realm of possibility, or as Wittgenstein put it: in logical space. These counterparts are situations, and S is to be the totality of them. The situation described by a proposition a is S(a). With Meinong we call it the objective of a."
From: Boguslaw Wolniewicz - A formal ontology of situations - Studia Logica 41: 381-413 (1982). pp. 381-382.
"Different ontologies adopt different notions of existence as basic. Aristotle's paradigm of existence is given by the equivalence:
(A) to be = to be a substance.
On the other hand, the paradigm of existence adopted in Wittgenstein's Tractatus is given by the parallel equivalence:
(W) to be = to be a fact.
Now, an Aristotelian substance is the denotation of an individual name, whereas a Wittgensteinian fact is the denotation of a true proposition. It seems therefore that the notions of existence derived from these two paradigms should be quite different, and one might readily expect that the metaphysical systems erected upon them will display wide structural discrepancies.
It turns out, however, that in spite of this basic difference there runs between these two systems a deep and striking parallelism. This parallelism is so close indeed that it makes possible the construction of a vocabulary which would transform characteristic propositions of Wittgenstein's ontology into Aristotelian ones, and conversely. To show in some detail the workings of that transformation will be the subject of this paper.
The vocabulary mentioned is based on the following four fundamental correlations:
Aristotle
Wittgenstein
1) primary substances (substantiae primae)
atomic facts
2) prime matter (materia prima)
objects
3) form (forma)
configuration
4) self-subsistence of primary substances (esse per se)
independence of atomic facts
Aristotle's ontology is an ontology of substances, Wittgenstein's ontology is an ontology of facts. But concerning the respective items of each of the pairs (1)-(4) both ontologies lay down conditions which in view of our vocabulary appear to be identical. To show this let us confront, to begin with, the items of pair (1): substances and facts.
(The interpretation of Aristotle adopted in this paper is the standard one, to be found in any competent textbook of the history of philosophy. Therefore, with but one exception, no references to Aristotle's works will be given here.)Relatively to the system involved substances and facts are of the same ontological status. Aristotle's world is the totality of substances (summa rerum), Wittgenstein's world is the totality of facts (die Gesamtheit der Tatsachen). For Aristotle whatever exists in the basic sense of the word is a primary substance, for Wittgenstein - an atomic fact. Moreover, both ontologies are MODAL ones, allowing for different modes of being (modi essendi); and both take as basic the notion of `contingent being' (esse contingens), opposed to necessary being on the one hand, and to the possibility of being on the other. Both substances and facts are entities which actually exist, but might have not existed. The equality of ontological status between substances and facts is corroborated by the circumstance that both are PARTICULARS, there being - as the saying goes - no multiplicity of entities which FALL UNDER them.
Substances and facts stand also in the same relation to the ontological categories of pairs (2) and (3). Both are always COMPOUND entities, a substance consisting of matter and form, and a fact consisting of objects and the way of their configuration. But in neither of the two systems is this compoundness to be understood literally as composition of physically separable parts or pieces. The compoundness (compositio) of a substance consists in its being formed stuff (materia informata), and the compoundness of a fact in its being a configuration of objects.
In view of correlation (4) we have also an equality of relation which a substance bears to other substances, and a fact to other facts. Self-subsistence is the characteristic attribute of primary substances: substantia prima = ens per se. If we take this to mean that each substance exists independently of the existence or non-existence of any other substance we get immediately the exact counterpart of Wittgenstein's principle of logical atomism stating the mutual independence of atomic facts. It should be noted that thus understood the attribute of self-subsistence or independence is a relative one, belonging to a substance - or to a fact - only in virtue of its relation to other substances - or facts.
From a Wittgensteinian point of view Aristotle's substances are not things, but hypostases of facts, and thus their names are not logically proper names, but name-like equivalents of propositions. (By that term we mean roughly either a noun clause of the form `that p', or any symbol which might be regarded as a definitional abbreviation of such clause.) Surely, from the Aristotelian point of view it might be easily retorted here that just the opposite is the case: substances are not `reified' facts, but on the contrary - facts are 'dereified' substances. Without passing judgement on these mutual objections let us note in passing that their symmetric character seems to be itself an additional manifestation of the parallelism discussed."
From: Boguslaw Wolniewicz - A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-210 (notes omitted).
--------------------------------------------------------------------------------
SELECTED PUBLICATIONS (Works in Polish are not enclosed)
In 1970 Boguslaw Wolniewicz published a Polish translation of Ludwig Wittgenstein Tractatus logico-philosophicus.
A difference between Russell's and Wittgenstein's logical atomism. In Akten des XIV. Internationalen Kongresses für Philosophie. Wien, 2. - 9. September 1968 - Vol. II. Wien: Herder 1968. pp. 263-267
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.193-197
"A note on Black's 'Companion'," Mind 78: 141 (1969).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - p. 229.
"It is a mistake to suppose that in Wittgenstein's "Tractatus" the meaning of Urbild has any connexion with that of picture. "
A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-217
Proceedings of the Boston Colloquium for the philosophy of science 1966/1968.
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.198-207
"Four notion of independence," Theoria 36: 161-164 (1970).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.127-130.
WFour (binary) relations of independence I(p,q) between propositions are distinguished: the Wittgensteinian I sub-w, the statistical I sub-s, the modal I sub-m, and the deductive I sub-d. The validity of the following theorem is argued for: I sub-w(p,q) implies I sub-s(p,q) implies I sub-m(p,q) implies Isub-d(p,q). "
Wittgensteinian foundations of non-Fregean logic. In Contemporary East European philosophy. Vol. 3. Edited by D'Angelo Edward, DeGrood David, and Riepe Dale. Bridgeport: Spartacus Books 1971. pp. 231-243
"The notion of fact as a modal operator," Teorema: 59-66 (1972).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 218-224
"The notion of fact /fp = "it is a fact that p"/ is characterized axiomatically, and the ensuing modal systems shown to be equivalent to tT, S4 and S5 respectively."
Zur Semantik des Satzkalküls: Frege und Wittgenstein. In Der Mensch - Subjekt und Objekt (Festchrift für Adam Schaff). Edited by Borbé Tasso. Wien: Europaverl. 1973. pp.
Sachlage und Elementarsätz. In Wittgenstein and his impact on contemporary thought. Proceedings of the Second International Wittgenstein Symposium, 29th August to 4th September 1977, Kirchberg/Wechsel (Austria). Edited by Leinfellner Elisabeth. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1977. pp. 174-176
"Objectives of propositions," Bulletin of the Section of Logic 7: 143-147 (1978).
"The paper sketches out a semantics for propositions based upon the Wittgensteinian notion of a possible situation. The objective of a proposition is defined as the smallest situation verifying it. Two propositions are assumed to have the same objective iff they are strictly equivalent. Formulas are given which determine the objectives of conjunction and disjunction as functions of the objectives of their components. finally a link with possible-world semantics is established."
"Situations as the reference of propositions," Dialectics and Humanism 5: 171-182 (1978).
"The reference of propositions is determined for a class of languages to be called the "Wittgensteinian" ones. A meaningful proposition presents a possible situation. Every consistent conjunction of elementary propositions presents an elementary situation. The smallest elementary situations are the "Sachverhalte"; the greatest are possible worlds. The situation presented by a proposition is to be distinguished from that verifying it, but the greatest situation presented is identical with the smallest verifying. The reference of compound propositions is then determined as a function of their components."
"Les situations comme corrélats semantiques des enoncés," Studia Filozoficzne 2: 27-41 (1978).
Wittgenstein und der Positivismus. In Wittgenstein, the Vienna circle and critical rationalism. Proceedings of the third International Wittgenstein Symposium, 13th to 19th August 1978, Kirchberg am Wechsel (Austria). Edited by Bergehel Hal, Hübner Adolf, and Eckehart Köhler. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1978. pp. 75-77
"Some formal properties of objectives," Bulletin of the Section of Logic 8: 16-20 (1979).
"The objectives of propositions as defined in an earlier paper are shown here to form a distributive lattice."
A Wittgensteinian semantics for propositions. In Intention and intentionality. Essay in honour of G. E. M. Anscombe. Edited by Diamond Cora and Teichman Jenny. Ithaca: Cornell University Press 1979. pp. 165-178
"More than once Professor Anscombe has expressed doubt concerning the semantic efficacy of the idea of an 'elementary proposition' as conceived in the Tractatus. Wittgenstein himself eventually discarded it, together with the whole philosophy of language of which it had been an essential part. None the less the idea is still with us, and it seems to cover theoretical potentialities yet to be explored. This paper is a tentative move in that direction.
According to Professor Anscombe, (*) Wittgenstein's 'elementary propositions' may be characterized by the following five theses:
(1) They are a class of mutually independent propositions.
(2) They are essentially positive.
(2) They are such that for each of them there are no two ways of being true or false, but only one.
(4) They are such that there is in them no distinction between an internal and an external negation.
(5) They are concatenations of names, which are absolutely simple signs.
We shall not investigate whether this is an adequate axiomatic for the notion under consideration. We suppose it is. In any case it is possible to modify it in one way or another, and for the resulting notion still to preserve a family resemblance with the original idea. One such modification is sketched out below."
"On the lattice of elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 9: 115-121 (1980).
"On the verifiers of disjunction," Bulletin of the Section of Logic 9: 57-59 (1980).
"The Boolean algebra of objectives," Bulletin of the Section of Logic 10: 17-23 (1981).
"This concludes a series of papers constructing a semantics for propositional languages based on the notion of a possible "situation". Objectives of propositions are the situations described by them. The set of objectives is defined and shown to be a boolean algebra isomorphic to that formed by sets of possible worlds."
"A closure system for elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 11: 134-139 (1982).
"On logical space," Bulletin of the Section of Logic 11: 84-88 (1982).
"Ludwig Fleck and Polish philosophy," Dialectics and Humanism 9: 25-28 (1982).
"A formal ontology of situations," Studia Logica 41: 381-413 (1982).
"A generalized Wittgensteinian semantics for propositional languages is presented, based on a lattice of elementary situations. Of these, maximal ones are possible worlds, constituting a logical space; minimal ones are logical atoms, partitioned into its dimensions. A verifier of a proposition is an elementary situation such that if real it makes true. The reference (or objective) of a proposition is a situation, which is the set of all its minimal verifiers. (Maximal ones constitute its locus.) Situations are shown to form a Boolean algebra, and the Boolean set algebra of loci is its representation. Wittgenstein's is a special case, admitting binary dimensions only."
Contents:
0. Preliminaries;
1. Elementary Situations
1.1.The Axioms; 1.2.Some Consequences; 1.3. W-Independence; 1.4.States of Affairs;
2. Sets of Elementary Situations
2.1.The Semigroup of SE"-Sets; 2.2.The Lattice of Minimal SE"-Sets; 2.3.Q-Spaces and V-Sets; 2.4.V-Equivalence and Q-Equivalence; 2.4.V-Classes and V-Sets;
3. Objectives of Propositions
3.1. Verifiers of Propositions; 3.2. Verifying and Forcing; 3.3. Situations and Logical Loci; 3.4. Loci and Objectives of Compound Propositions 3.5. The Boolean Algebra of Situations;
4. References
"Truth arguments and independence," Bulletin of the Section of Logic 12: 21-28 (1983).
"Logical space and metaphysical systems," Studia Logica 42: 269-284 (1983).
"The paper applies the theory presented in "A formal ontology of situations" (Studia Logica, vol. 41 (1982), no. 4) to obtain a typology of metaphysical systems by interpreting them as different ontologies of situations.
Four are treated in some detail: Hume's diachronic atomism, Laplacean determinism, Hume's synchronic atomism, and Wittgenstein's logical atomism. Moreover, the relation of that theory to the "situation semantics" of Perry and Barwise is discussed."
"An algebra of subsets for join-semilatttices with unit," Bulletin of the Section of Logic 13: 21-24 (1984).
"A topology for logical space," Bulletin of the Section of Logic 13: 255-259 (1984).
"Suszko: a reminiscence," Studia Logica 43: 317-321 (1984).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.302-306
"Die Grundwerte einer wissenschaftlichen Weltauffassaung," Conceptus 19: 3-8 (1985).
"The scientific world-view is one of the fundamentals of our culture. It can be characterized in part by its specific system of values. A world-view is regarded as a scientific one if "truth" is one of its primary values, that is, as a value which is not a means, but an end in itself. Truth is served in particular by the two instrumental values of conceptual clarity and openness to critique. Their standing is (at present) low, for two reasons. (1) Unclear thinking not only promotes social idols; its consequences are also often difficult to see clearly and immediately. (2) In any case truth is of no interest (in a biological sense) to human beings; therefore, critique can at best be a socially tolerated activity. On the other hand, truth is not only a value, but also a force which in the long run cannot be held back; this fact gives some hope to adherents of the scientific world-view. "
"Discreteness of logical space," Bulletin of the Section of Logic 15: 132-136 (1986).
"Entailments and independence in join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 2-5 (1989).
"The paper generalizes Wittgenstein's notion of independence. in a join-semilattice of elementary situations the atoms are the Sachverhalte, and maximal ideals are possible worlds. A subset of that semilattice is independent iff it is free of "ontic ties". This is shown to be equivalent to independence in von Neumann's sense."
"On atomic join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 105-111 (1989).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 307-312.
The essence of Logical Atomism: Hume and Wittgenstein. In Wittgenstein. Eine Neubewertung. Akten 14. Internationale Wittgenstein-Symposium. Vol. 1. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1990. pp. 106-111
"A question about join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic: 108 (1990).
Concerning reism in Kotarbinski. In Kotarbinski: logic. semantics and ontology. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1990. pp. 199-204
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.265-271
Elzenberg's logic of values. In Logic counts. Edited by Zarnecka-Bialy Ewa. Dordrecht: Kluwe 1990. pp. 63-70
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 286-292 (with the title: Elzenberg's axiology"
"1. Values are what our value-Judgements refer to, and the passing of Judgements is one of our vital activities, like sleeping and breathing. We constantly appraise things as good or bad, pretty or ugly, as noble or base, well-made or misshapen. No wonder that both the act of appraisal and that which it refers to - i.e. the real or spurious values - have been always the source of philosophical reflexion. In systematic form such reflexion is what we call axiology.
In Polish philosophy it was Henryk Elzenberg (1887-1967) who reflected upon matters of axiology most deeply and incisively.
(...)
3. Leibniz had said somewhere: "There are two mazes in which the human mind is most likely to get lost: one is the concept of continuity, the other is that of liberty". This admits of generalization: all concepts are mazes, viz mazes of logical relations between the propositions that involve them.
One such maze is the concept of 'value'. Possibly, it is even the same as one of the two mentioned by Leibniz, only entered - so to say - by another door. For it would be in full accord with Elzenberg's position - and with that of Kant too - to adopt the following characteristic: values are what controls the actions of free agents. Thus the concepts of value and of liberty should constitute one conceptual maze, or - which comes to the same - two mazes communicating with each other.
To get a survey of such logical maze the first thing is to fix the ontological category of the concept in question. Thus, in our case, we ask what kind of entities are those 'values' supposed to be. (Ontological categories are the most general classes of entities, the summa genera A term even more general has to cover literally everything: like 'entity' or 'something'. For everything is an entity, just as everything is a something.)
Different ontologies admit different sets of categories. The categories most frequently referred to are those of 'objects', 'properties', and 'relations'; the more exotic ones are those of an 'event', a 'set', a 'function', or a 'situation'. One point, however, is of paramount importance: the categories admitted In one ontology have to be mutually disjoint". p. 63; 66.
"A sequel to Hawranek/Zygmunt," Bulletin of the Section of Logic 20: 143-144 (1991).
Needs and value. In Logic and ethics. Edited by Geach Peter. Dordrecht: Kluwer 1991. pp.
On the discontinuity of Wittgenstein's philosophy. In Peter Geach: philosophical encounters. Edited by Lewis Harry. Dordrecht: Kluwer 1991. pp. 77-81
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 13-17.
"A question of logic in the philosophy of religion," Bulletin of the Section of Logic 22: 33-36 (1993).
On the synthetic a priori. In Philosophical logic in Poland. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1994. pp. 327-336
Logic and metaphysics. Studies in Wittgenstein's ontology of facts. Warsaw: Polskie Towarzystwo Semiotyczne 1999.
Contents: Preface 11; Discontinuity of Wittgenstein's philosophy 13; 1. Elementary situations as a lattice of finite length 19; Elementary situations as a semilattice 73; 3. Independence 127; 4. Elementary situations generalized 137; 5. Auxiliary studies 193; 5.1 The Logical Atomisms of Russell and Wittgenstein 193; 5.2 A parallelism between Wittgenstein and Aristotle 198; 5.3 Frege's semantics 207; 5.4. The notion of fact as a modal operator 218; 5.5 "Tractatus" 5.541 - 5.542 224; 5.6 History of the concept of a Situation 229; 6. Offshoots 243 6.1 Languages and codes 243; 6.2 Logic and hermeneutics 254; 6.3 Kotarbinski's Reism 265; 6.4 On Bayle's critique of theodicy 271; 6.5 Elzenberg's axiology 286; 6.6 Needs and values 293; 6.7 Suszko: a reminiscence 302; Supplements 307; Indices: Index of subjects 317; Index of names 326; Index of Tractatus references 329.
"Atoms in semantic frames," Logica Trianguli 4: 69-86 (2000).
"Elaborating on Wittgenstein's ontology of facts, semantic frames are described axiomatically as based on the notion of an elementary situation being the verifier of a proposition. Conditions are investigated then for suchframes to be atomic, i.e. to have lattice-theoretic counterparts of his "Sachverhalte"."
"Extending atomistic frames," Logica Trianguli 5 (2001).
Tractatus 5.541 - 5.542. In Satz un Sachverhalt. Edited by Neumaier Otto. Sankt Augustin: Academia Verlag 2001. pp. 185-190
"In Wittgenstein's "Tractatus", thesis 5 is the Principle of Extensionality: all propositions are truth-functions of their clauses. This, however, has been often thrown into doubt. There are - it is said - compound propositions whose truth-value does not depend on that of their clauses. The usual example given are the so-called intensional contexts, like "John thinks that p", or "John says that p". And indeed, the truth-value of "p" is patently immaterial here to that of the whole proposition which it is part of.
Wittgenstein's retort are the following much discussed theses, adduced here in a translation of our own:
5.54 In the general propositional form, propositions occur in one another only as bases of truth-operations.
5.541 At first sight it seems that a proposition might occur in another also in a different way.
Particularly in certain propositional forms of psychology, like "A believes that p is the case", "A thinks p", etc.
For taken superficially, proposition p seems here to stand to the object A in some sort of relation.
(And in modem epistemology - Russell, Moore, etc. - these have actually been construed that way.)
5.542 However, "A believes that p", "A thinks p", "A says p" are clearly of the form " 'p' says p "; and this is not correlating a fact with an object, but a correlation of facts by correlating their objects.
The objection is met here in two steps. Firstly, it is pointed out that a proposition of the form "John says that p" is actually of the form "'p' says that p". The idea is this: the proposition "John says that Jill has a cat" means: John produces the sentence "Jill has a cat", the latter saying by itself that Jill has a cat. In such a way propositions get independent of the persons producing them, and communicate some objective content. It is surely not by John's looks that we come to know about Jill's cat, but merely by his words. Whom they stem from, is irrelevant.
In his second step Wittgenstein follows Frege's interpretation of indirect speech, but with modifications. He points out that the formula " 'p' says that p " is equivalent to some compound proposition in which neither the proposition "p" as a syntactic unit, nor anything equivalent to it, does occur although there occur all the logically relevant constituents of "p" separately.
(...)
The distinction between abstract and concrete states of affairs is not drawn explicitly in the "Tractatus". But it fits well thesis 5.156, if we expand that thesis by a few words of comment, added here in brackets:
5.156(d) A proposition may well be en incomplete image of a particular (concrete) situation, but it is always the complete image (of an abstract one).
The circumstance that in 5.156 not "states of affairs", but "situations" are mentioned, is of no consequence in our context. We assume that states of affairs are just atomic situations, and so the distinction between "concrete" and "abstract" applies to both."
"Extending atomistic frames: part II," Logica Trianguli 6: 69-88 (2003).
"The paper concludes an earlier one (Logica Trianguli, 5) on extensions of atomistic semantic frames. Three kinds of extension are considered: the adjunctive, the conjunctive, and the disjunctive one. Some theorems are proved on extending "Humean" frames, i.e. such that the elementary situations constituting their universa are separated by the maximally coherent sets of them ("realizations")."
"On a minimality condition," Bulletin of the Section of Logic 34: 227-228 (2005).
Subscribe to:
Comments (Atom)